Kamraci
fantasy-laysailandczarna-flotamenu-storywrzosZłoty Feniks EstareluRouge Pirate's Diaryvadim



Subskrypcja
Subskrypcja bloga captainclaw

Twój email



dowiedz się więcej >> 

BUTTONY

THE 

CLAW RECLUSE

Photobucket

Chcesz mi coś napisać? Mój mail: shadow-13@o2.pl

Design by : mirdathil (vel captainclaw ) NIE ZEZWALAM NA KOPIOWANIE!!!

Przeszłość i przyszłość >> piątek, 2 lipica 2010 15:35:01
Nawet nie wyobrażacie sobie, jak trudno było napisać tą notkę. Pociłam się przy niej i męczyłam, miesiąc temu miałam już dość tekstu i wyglądało na to, że skończyłam... Po czym przeczytałam moje "cudowne dzieło" i dopiero co dopisaną połowę notki wywaliłam do kosza. Była tak beznadziejnie nudna i płaska, że nie zasługiwala na nic innego. Każdy kolejny odcinek jest trudniejszy do skończenia, ale mam nadzieję, że od teraz będzie lepiej. Wszystko to z powodu tego głupiego romantyzmu, który przez tyle czasu przerabialiśmy w szkole. Na lekturach z tej epoki powinny się znajdować nalepki ostrzegawcze! W dużych ilościach źle wpływają na twórczość i psychikę, naprawdę. Pierwsza połowa notki jest jeszcze romantyczna, ale uznałam ją za godną zamieszczenia - mam nadzieję, że nie będziecie mi mieć za złe tego, czym doświadczyłam biednego Nataniela o_O
Ta część notki, której nie umieściłam, miała być o przeszłości Omara, ale potraktowałam biednego tygrysa takim Weltschmerzem, że aż mi wstyd. Z góry przepraszam tych, co by się o nim chcieli dowiedzieć czegoś więcej - może jego czas jeszcze nadejdzie :)
Jak zwykle uprasza się o komentowanie - to naprawdę znacząco zwiększa tempo mojej pracy i częstotliwość przypływów weny :)
PS: A, ten obrazeczek to wykonany przeze mnie kiedyś malutki Pazur. Niekoniecznie na temat ^^
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Nataniel sadził przed siebie wielkimi krokami, niemal nie patrząc, dokąd zmierza. Zwolnił dopiero, kiedy dotarł na skraj lasu i półprzytomnie rozejrzał się wokół siebie.
Na niebie w kolorze aksamitnej czerni migotały tysiące gwiazd; Wydawały się być jednocześnie na wyciągnięce ręki i nieskończenie daleko. Idealnie okrągły księżyc wzeszedł już w pełnej krasie, a jego srebrny blask dodawał urody każdemu przedmiotowi, na który padł. Dzięki tej poświacie widoczność była tak dobra, jak w dzień, ale zarazem każdy, nawet najzwyczajniejszy szczegół krajobrazu wydawał się nowy i tajemniczo piękny. Przed kapitanem rozpościerał się kawałek pustej, porośniętej suchą trawką przestrzeni, oddzielającej zagajnik od miasta. Króciutkie źdźbła szeleściły tajemniczo, kołysząc się delikatnie na wietrze i wydawało się, że cała łąka faluje miarowo... Zupełnie jakby była bokiem wielkiego, pogrążonego we śnie kota, podnoszącym się i opadającym w rytm spokojnego oddechu... Zaś ta chłodna, przyjemnie odświeżająca bryza, która szeleściła wśród drzew za plecami Nataniela i delikatnie przeczesywała mu futro, mogła być tchnieniem tego łąkowego kota.
Nataniel odetchnął, głęboko wciągając powietrze. Miało ten wyjątkowy, niemożliwy do nazwania zapach ciepłej nocy.
"Cudowna pogoda. Pewnie gdzieś w pobliżu snują się przytulone pary i wyznają sobie uczucie aż po grób... Jaka szkoda, że Jackie musiała się tak wcześnie rozstać ze swoim kochasiem. Och, to takie romantyczne... Powiedziałby, że ją kocha, wylał morze łez, pożegnaliby się pod księżycem... A potem on poszedłby do najbliższego burdelu, pogwizdując radośnie." - Nataniel uśmiechnął się drwiąco, ale był to bardzo gorzki grymas. Takie to wszystko słodkie, takie romantyczne... Takie fałszywe.
Wiele lat temu, w zupełnie innym miejscu, ale pod takim samym księżycem w pełni, zniszczono jego marzenia. On też kiedyś był zakochany i nocami snuł się uliczkami rodzinnego miasteczka, z gorącym, czułym sercem i głową po młodzieńczu pustą, lecz lekką od cudownych, nierealnych marzeń. I podczas takiej pięknej, romantycznej nocy, idealnej do przechadzek z uwielbianą osobą... Kotka, której nierozsądnie ofiarował swoje uczucie, przedeptała po jego sercu, nawet nie oglądając się za siebie.

Była od niego starsza o jakieś trzy lata. Od urodzenia mieszkali w jednym miasteczku, ale jakoś nigdy szczególnie nie zwracał na nią uwagi. To znaczy, wiedział o jej istnieniu, a jakże - w końcu razem z kolegami rzucał za nią patyczkami i małymi kamykami, starał się ochlapać ją błotem albo nastraszyć żabą. Bardzo ich śmieszyło, gdy denerwowała się na nich i wymyślała swoim wysokim głosem. A jeżeli dobrze się postarali, to czasem nawet próbowała ich gonić! Lubili jej robić różne małe złośliwości, bo uważała się za taką dorosłą! Całe godziny spędzała nad studnią, mizdrząc się do swojego odbicia i bez przerwy się stroiła, tocząc z matką wielkie batalie o dłuższą sukienkę albo buty na obcasikach, przysługujące dorosłym kobietom. Trzeba jednak przyznać, że fizycznie była nad wiek rozwinięta i jej figura przyciągała natarczywe spojrzenia starszych chłopaków i przyjezdnych marynarzy. Ich zainteresowanie bardzo jej pochlebiało - kokietowała każdego napotkanego kota, niejednokrotnie narażając się na niebezpieczne dla jej "dobrego imienia" sytuacje. W końcu doprowadziła do tego, że bez towarzystwa rozsądniejszej przyjaciółki nie pozwalano jej oddalić się poza własne podwórze! Z tych właśnie powodów była ulubionym obiektem drwin i złośliwych żarcików wszystkich podrostków z całej okolicy, a Nataniel (zwany wtedy jeszcze po prostu Natem) chętnie się do nich przyłączał.
Spojrzał na nią inaczej dopiero po powrocie ze swojej pierwszej pełnomorskiej wyprawy. Dwa tygodnie wśród marynarzy uświadomiły mu pewne sprawy i diametralnie zmieniły jego poglądy dotyczące płci przeciwnej, na którą wcześniej patrzył z politowaniem i pogardą. Krótko mówiąc, Rose (bo tak chyba miała na imię) wydała mu się nagle najcudowniejszą istotą na świecie.
Oczywiście, starał się okazać jej swoje przywiązanie. Chodził za nią jak cień, towarzyszył jej na każdym kroku i próbował się popisać - na przykład tym, jak wspaniale umie chodzić na rękach albo gwizdać na palcach. Podrzucił jej nawet na próg swoje największe skarby: własnoręcznie wykonaną procę i małą fujarkę, wyciętą z trzcinki. Ku jego rozczarowaniu, Rose nie wzruszyły te przejawy oddania. Co więcej, nawet nie zauważyła zmiany w jego zachowaniu! W jej mniemaniu nadal nadal należał do kategorii "te nieznośne robale", do których standardowo zaliczała małych chłopców, owady i szczury. Nie był to bynajmniej ten efekt, na który liczył Nat, lecz jej obojętność utwierdziła go tylko w przekonaniu, że powinien podjąć zdecydowane kroki.

Ciekawe, jak żywe jest to wspomnienie. Upływ lat nawet w najmniejszym stopniu nie potrafił zatrzeć owego wydarzenia w jego pamięci. Wydaje się, jakby to było wczoraj...

Pewnego dnia wyczekał, aż będzie sama rozwieszać pranie na podwórzu. Była to jedyna okazja, aby porozmawiać z nią bez świadków, bowiem gdy zdarzało jej się robić coś w obejściu, nigdy nie towarzyszyły jej przyjaciółki. Nie było takiej potrzeby - Rose nie pozwoliłaby żadnemu adoratorowi zobaczyć się z motyką albo koszem mokrej bielizny, nie trzeba więc jej było przyzwoitki. Mimo to Nat rozejrzał się parę razy, chcąc się upewnić, że są tu tylko we dwoje. Czuł straszliwą tremę: zlewał się potem, kolana drżały mu w niekontrolowany sposób i chyba musiał połknąć kulę do sześciofuntówki, bo jakaś ogromna, zbita masa w gardle uniemożliwiała mu przełknięcie śliny. Był bliski tego, żeby zawrócić i uciec, ale powstrzymywała go duma i szaleńcza nadzieja. "Bądź mężczyzną!" - zbeształ sam siebie w myślach. "Po prostu wyjdź i się odezwij. To przecież nic takiego!" Odetchnął głęboko, wyprostował się i podszedł do kotki, chowając coś za plecami.
- To dla ciebie, Rose! - powiedział cieniutkim dyszkantem, który ze zdenerwowania brzmiał wyjątkowo piskliwie. Kiedy powoli odwróciła się w jego stronę, unosząc wysoko brwi, wyciągnął ku niej rękę z bukietem polnych kwiatów, pieczołowicie zebranych na łące.
Kotka musiała być w wyjątkowo dobrym nastroju, bo zamiast wytargać go za uszy i wyrzucić z ogródka wraz z podarkiem, przyjęła od niego kwiatki. Nic nie powiedziała, tylko się dziwnie uśmiechnęła... Otumaniony idiota, czuł się zbyt szczęśliwy, żeby zauważyć, że był to drwiący grymas. Teraz, z perspektywy czasu widział to wyraźnie, o wiele wyraźniej, niż by sobie życzył.
- Jesteś... Jesteś bardzo ładna! - wykrztusił w końcu, ośmielony jej przychylnym (jak mu się wtedy wydawało) spojrzeniem.
- Miło, że tak uważasz - odparła łaskawie, zadowolona z pochwały. Lubiła komplementy, nawet jeżeli pochodziły od chudych, smarkatych niedorostków o brudnych nogach.
Nat chciałby jeszcze coś powiedzieć, a najlepiej wygłosić płomienny poemat o jej urodzie, ale oczywiście język mu skołowaciał, zaś w głowie miał pusto. Po dłuższej chwili niezręcznego milczenia udało mu się wykrztusić słowa pożegnania i zaraz potem wybiegł z jej ogrodu w radosnych podskokach. Tego dnia przez parę godzin był najszczęśliwszym kotem na świecie! Poszedł do ukochanej, wyznał jej swoje uczucia i spotkał się ze zrozumieniem! A to przecież prawie tyle, co akceptacja, co z kolei znaczy... wzajemność! Idąc uliczkami miasta niemal nie dotykał bosymi stopami ziemi. Ona go kocha, kocha, z pewnością go kocha! Niezdolny usiedzieć w jednym miejscu, ganiał po dworze aż do wieczora, kiedy to wzeszedł piękny, jasny księżyc w pełni, napełniając niesprecyzowanymi marzeniami umysł radosnego młodzika.
I wtedy... zobaczył ją, jak w towarzystwie przyjaciółek i jednego z nieodłącznych adoratorów przechadzała się, głośno rozmawiając. Z początku wydało mu się to kolejnym radosnym darem od losu: oto ma możliwość podziwiać swoją boginię, cieszyć oczy jej widokiem i nasycić się słodkim brzmieniem jej głosu! Przystanął więc pod ścianą i z utęsknieniem nastawił uszu...

Nataniel skrzywił wargi, z politowaniem kiwając głową nad tym młodszym sobą ze wspomnień. Biedny głupiec! Biedny, zakochany po uszy głupiec! Podkradł się na tyle blisko, by słyszeć jej słowa. Ten głos, który brzmiał mu wtedy tak cudnie w uszach, był niczym trucizna...

Stał w miejscu, niezdolny do uczynienia najmniejszego ruchu. Najpierw nie chiał uronić ani słowa, a potem, gdy dotarł do niego sens jej wypowiedzi, po prostu go sparaliżowało. Opowiadała towarzyszom o tym, jak przyszedł ją odwiedzić i wręczył kwiaty...
- Przywlókł się do mnie ten smarkacz, syn rybaka... Pat, czy jak mu tam było... Włazi mi do ogrodu, potykając się o własne nogi i chowa coś za sobą. Stoi jak idiota przez parę chwil, łyka ślinę, to podejdzie krok, to się cofnie o dwa, nos mu płonie jak latarnia. W końcu wyciąga zza pleców jakieś podwiędnięte chwasty, ani chybi zerwane na kompostowniku, i podtyka mi je pod nos. Według niego to chyba miały być kwiaty! Dziwię się, że udało mu się podać je właściwą stroną do góry, wyglądał na tak ogłupiałego, że chyba tylko cudem się nie pomylił! - Kotka przerwała, by przeczesać palcami kasztanowe pukle, obiekt zazdrości wielu koleżanek. Następnie jeszcze obciągnęła na sobie bluzkę, wygładziła spódnicę i dopiero potem kontynuowała:
- O czym to ja mówiłam? Ach, tak. Podaje mi więc ten wiecheć i piszczy: "To dla ciebie! Bo wiesz, jesteś taka ładna!" - przedrzeźniała irytująco wysokim głosem.
- Proszę, proszę... Widzę, że mam konkurenta! - parsknął z rozbawieniem towarzyszący jej kot. Założył ręce za głowę, aby zwrócić uwagę towarzyszki na swoją muskulaturę, ale ona była zbyt zajęta oglądaniem pazurków, żeby poświęcić mu chociaż jedno spojrzenie. - Moja droga, czy mogę zlać smarkacza na kwaśne jabłko już teraz, czy może powinienem poczekać?
- Wstrzymaj się na razie - odpowiedziała leniwie, przystając, by mimo ciemności spróbować przejrzeć się w kałuży. - Szczeniak mnie bawi. Pozwolę mu pętać się koło mnie jeszcze ze dwa dni, a potem możesz go pogonić.
- Oj, nie powinnaś się go pozbywać tak szybko! - zawołała gorliwie jedna z jej towarzyszek, okrąglutka kotka, która zawsze starała się mówić to, co ma ochotę usłyszeć jej wspaniała przyjaciółka. - Taki mały brudas może się przydać - na przykład, gdyby trzeba było przerzucić gnojówkę... Myślę, że gdybyś mu powiedziała, że gdzieś w tę stertę wpadł ci ulubiony pierścionek, przekopałby ją gołymi rękami!
Kotki wybuchnęły głośnym, urągliwym śmiechem, ich towarzysz zawtórował im wesoło. Nat, wcześniej niezdolny się poruszyć, w końcu odzyskał władzę w nogach i czmychnął co sił, byle dalej od tych bezmyślnie okrutnych kpin. Pognał prosto przed siebie jak wariat, nawet nie patrząc, dokąd zmierza i przez resztę nocy kręcił się po okolicy, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Całe szczęście, że kotłujące się pod czaszką myśli nie pozwalały mu podjąć żadnej decyzji, bo mógłby nawet w desperacji popełnić samobójstwo! W końcu, wiele długich godzin później, znalazł go ojciec. Surowy kocur porządnie zlał syna za wałęsanie się samopas po nocy, powlókł za ucho do domu i zamknął w ramach kary w komórce, być może ratując mu tym samym życie.
Nat spędził w ciemnościach następne parę godzin, sam na sam ze swoim obolałym sercem. Nie potrafił dojść ze sobą do ładu: to obiecywał sobie, że nigdy więcej na Rose nie spojrzy, to znowu miał ochotę pobiec do niej i żarliwymi słowami sprawić, by odwzajemniła jego uczucie. Raz chciał uciec na morze, rojąc sobie, że kotka będzie go wtedy żałować, a za chwilę znów najbardziej na świecie pragnął dumnym krokiem podejść do niej, wyrzucić jej okrucieństwo i oznajmić, że nią gardzi. Zraniona miłość własna nie pozwalała udawać, że nic się nie stało, jednak wciąż silne zadurzenie powstrzymywało go przed uczynieniem czegokolwiek, co mogłoby odizolować go od uwielbianej osoby lub sprawić jej (choćby wyimaginowaną) przykrość. Kiedy jego areszt domowy nareszcie dobiegł końca, młody kot nadal nie miał pojęcia, jak zamierza postąpić, lecz ciągnące go ku domkowi Rose uczucie było potężniejsze od zdrowego rozsądku.
Gdy tylko pojawił się w miasteczku, zaraz obskoczyli go koledzy.
- Nat, Nat, słyszeliśmy, żeś dał Rose kwiatki!
- Toś ty taki? Najpierw mówisz, że jak przegląda się w polerowanej tacy to nadyma się jak ropucha, a teraz co? Kłamczuch i zdrajca!
- Zabujałeś się? No, powiedz? Nie chcesz? E, chłopaki, na pewno tak! Słuchajta, nic nie mówi! No, zabujałeś się czy nie?
Nat próbował ich ominąć, ale rozradowani koledzy otoczyli go kołem i nie dawali mu się wymknąć. Wyśmiewali się z niego, poszturchiwali i wciąż zastępowali mu drogę, domagając się odpowiedzi. W końcu, zdesperowany i zawstydzony, wdał się z nimi w szarpaninę, a kiedy tylko udało mu się wydostać, pomknął z powrotem w stronę domu, goniony przez podekscytowanych młodzików prawie pod sam próg.
Jeśli roił sobie, że dadzą mu spokój, to się grubo mylił. Przez następne parę dni nie wychylał nawet czubka nosa na dwór, pogrążony w prywatnej żałobie. Świat na zewnątrz był dla niego pozbawiony sensu, nieczuły i wrogi. Jego kumple z dziecięcym okrucieństwem nie dawali mu spokoju: wystawali pod domem, śpiewając na cały głos: "A Nat się zakoooOOOOchaaał! ZakOOOchał się w RoooOOOse!!!" i rzucając w ściany patyczkami i kamykami. Ojciec, na szczęście, wypłynął na połów i nie miał okazji dowiedzieć się o całej sprawie. Co innego matka: czuła, że coś się święci, zanim jeszcze pod jej oknami pojawili się samozwańczy chórzyści. Z prawdziwym współczuciem starała się ulżyć nieszczęśliwemu synowi, ale nawet rozmowy z nią nie mogły pomóc Natowi: mimo jej pocieszających słów, czuł się samotny, skrzywdzony i niezrozumiany. Gdyby nie to, że wstydził się pokazać światu, chyba utopiłby się w stawiku dla kaczek.
Minął tydzień, potem jeszcze parę dni. Matka miłosiernie nie próbowała go wyciągać na dwór: napomknęła tu i ówdzie, że jej synek jest chory, tłumacząc tym samym jego nieobecność. Po pierwszych pięciu dniach chłopcom znudziło się czekanie, aż Nat wystawi nos z domu i rozbiegli się do ciekawszych zajęć. Mimo to mały Nataniel był nadal pogrążony w głębokiej melancholii, tak niezwykłej dla chłopca w tym wieku. W końcu jego matka straciła cierpliwość i kategorycznie nakazała mu przestać się izolować od świata, popierając polecenie miotłą z brzozowych witek, gdy użalający się nad samym sobą synek nie zechciał jej posłuchać od razu.
Początkowo Nat zaszywał się w lesie albo błądził po polach, starając się nie wchodzić nikomu w oczy, ale w końcu nie wytrzymał i pojawił się w miasteczku. Koledzy trochę z niego podrwili, ale bez szczególnego przekonania, po czym zaraz zaproponowali, żeby połapał z nimi kijanki. Po dwóch dniach wszystko było jak dawniej, z jednym małym wyjątkiem: Nataniel, choć otrząsnął się z zauroczenia, nie zapomniał, co go spotkało... Ani nie przebaczył. Od tego czasu unikał Rose, a i ona, jak łatwo się było domyśleć, absolutnie nie szukała jego towarzystwa. Spotkał ją co prawda parę razy na ulicy, ale chyba nawet go nie rozpoznała: szybko zapomniała o smarkatym kociaku, który podarował jej polne kwiatki i po prostu znów była nieświadoma jego istnienia.

Minęło parę lat, przez które znacznie się zmienił: jak wszyscy w jego wieku poznał wątpliwe uroki dorastania, po których nagle się okazało, że głos mu się nie łamie, a on sam jest o wiele wyższy i jakoś przestał być tak żenująco niezdarny. Odbył też kolejne morskie podróże, tym razem dłuższe, które znacząco na niego wpłynęły: nabrał pewności siebie, zmężniał, poznał trochę świata (a przynajmniej dużo więcej niż przeciętny rybak), zaś ciężka praca na statku sprawiła, że bynajmniej nie wyglądał na słabeusza. Po jednej z takich wypraw powrócił do rodzinnego miasteczka, do rodziców i domu... I natknął się na Rose.
Niewiele się zmieniła: nadal miała wspaniałe kasztanowe włosy, interesującą powierzchowność, wciąż była świadoma własnej urody, pyszna i egocentryczna... Ale mimo odpowiedniego wieku nie została mężatką, a adoratorzy, choć nadal liczni, ulatniali się najdalej po paru dniach. W miasteczku wszyscy wiedzieli, że jest z niej nieużyteczna, zapatrzona w siebie wietrznica, a przyjezdni z reguły nie szukali żony. Tak więc Rose była nadal w stanie wolnym, coraz szybciej opuszczana przez wielbicieli i koleżanki, które miały teraz własne rodziny i mało czasu, żeby szwendać się po mieście. Z każdym dniem bardziej zdesperowana, wcześniej przebierająca w adoratorach jak w ulęgałkach, szukała kogoś do usidlenia...
...I spotkała Nataniela. Zupełnie go nie poznała - w końcu wcale nie przypominał trzynastoletniego, nieśmiałego podrostka, który kręcił jej się kiedyś pod nogami. Widać było, że to młody marynarz, jeszcze nie dorosły mężczyzna, ale przecież wąsy ma już całkiem porządne, a do tego jaki przystojny..! Krótko mówiąc, zachwyciła się nim i zakochała na zabój.
Nataniel ze swej strony nie miał kłopotów z rozpoznaniem Rose. Zbyt dobrze zapamiętał jej twarz - tą prawdziwą, drwiącą i wyniosłą. Najpierw był przekonany, że kotka sobie z niego kpi, potem, gdy przekonał się, że go nie poznała, chciał odrzucić jej towarzystwo ze wstrętem... Po czym wpadł na lepszy pomysł. Minęło sporo czasu, ale choć wyleczył się z zadurzenia, wciąż doskwierała mu urażona miłość własna. Dlaczego więc nie miałby zadośćuczynić zranionej dumie? Pomścić po latach doznane upokorzenie?
Odniósł się więc do wniebowziętej kotki całkiem przychylnie, dał jej znać, że mu się podoba. Towarzyszył jej przez pewen czas w przechadzkach, oczarował i owinął sobie wokół palca... Po czym, gdy dostał, czego chciał, zaśmiał jej się w twarz, oznajmił, że tylko ostatni idiota i desperat ożeniłby się z kimś tak bezużytecznym, nieciekawym i zadurzonym w sobie - i odszedł. Oczywiście, potem szybko musiał poszukać następnej pracy na statku, żeby uniknąć spotkania z rozwścieczonymi braćmi Rose, ale wywarł swoją zemstę, a przecież tylko to się liczyło.


Nataniel wzruszył ramionami i zaśmiał się drwiąco. Tyle lat, a on wciąż nie potrafi wspominać tego bez emocji! Nadal czuł litość i wstręt do tego młodego, sponiewieranego idioty, jakim był kiedyś. Nawet zemsta, która przecież powinna była ukoić jego zranioną dumę i pomóc mu ostatecznie rozprawić się ze wspomnieniami o nieprzyjemnych doświadczeniach, była niska i zaprawiona goryczą. Owszem, dała satysfakcję, ale żadnej radości. A może to i dobrze? W końcu, czy ktoś normalny mógłby cieszyć się z czegoś takiego?
Warknął ze złością i ruszył ścieżką przed siebie, gwałtownie oganiając się od świetlików. Świecące seledynowym blaskiem owady całymi chmarami podlatywały mu do twarzy, zakochane w morskozielonym blasku jego oczu. Otoczony świecącą chmurą wkroczył do miasteczka, zmierzając tam, gdzie będzie mógł zapomnieć o tych paskudnych widokach na zewnątrz, przynoszących jeszcze gorsze wspomnienia.


Nikt z mieszkańców Llanes nie zauważył dwóch okrętów, które około pierwszej w nocy wypłynęły cicho spośród klifów i zniknęły za horyzontem... A nawet jeśli, to przynajmniej nikt nie zaalarmował stacjonującej w mieście straży wybrzeża. Gdy tylko stało się jasne, że nie są ścigani, piraci odetchnęli z ulgą - szybka i zwrotna pinasa pościgowa, mimo swoich żałosnych rozmiarów, mogłaby unikać ich salw armatnich i ostrzeliwać o wiele większe i wolniejsze okręty, dopóki nie poszłyby na dno. Na szczęście, wyglądało na to, że strażnicy nadal smacznie śpią w (niekoniecznie) swoich łóżkach, nieświadomi szerzącego się na ich wodach piractwa.
Ten fakt nieco rozweselił Nataniela, który po dzisiejszym dniu spodziewał się wszystkiego najgorszego. Nocna wyprawa do miasta wcale mu nie posłużyła - wrócił na pokład ponury jak chmura gradowa, do tego spóźniając się o pół godziny. Miał cichą nadzieję, że może spotka w jakiejś ciemnej portowej uliczce senora Jose Marię i okaże mu swoją antypatię, ale wredny Hiszpan nie dał mu nawet takiej satysfakcji. Jakby tego było mało, po powrocie Jackie zdenerwowała go jeszcze bardziej, wpychając się "Wiedźmą" przed "Mongrels Conquerora" i wypływając pierwsza z zatoki.
No, właśnie. Jackie. Spojrzał złym zezem w kierunku drugiego okrętu. Piratki właśnie rozwieszały na rejach lampy, poprzednio zdjęte i zgaszone, żeby ich blask nie był widoczny w Llanes. W złotym świetle nietrudno było rozpoznać panią kapitan, która w otoczeniu swoich załogantek energicznie chodziła po pokładzie. Noc była tak cicha, że ich wesołe śmiechy docierały aż tutaj, drażniąc uszy Pazura. Nataniel parsknął ze złością. Już on wiedział, co je tak bawi! Lorelei na pewno przytacza rozmowę, którą z nim odbyła w lesie. Dobrze, proszę bardzo, niech się śmieją - póki jeszcze mogą. Nie będą takie radosne, gdy on i jego chłopcy zdobędą pierwszy kawałek mapy!

W rzeczywistości Jackie ani wspomniała o swojej pogawędce z Natanielem. Najzwyczajniej w świecie o niej zapomniała, zajęta opowiadaniem o dniu spędzonym w towarzystwie Jose Marii. Historia tak się podobała piratkom, że kazały sobie powtarzać najciekawsze fragmenty i dawały wyraz swojej uciesze, chichocząc i piszcząc rozgłośnie. Co chwila też przerywały swojej pani kapitan, zadając pytania o takie szczegóły, jak kolor oczu jej amanta albo cena chusty, którą od niego dostała. Nic więc dziwnego, że Jackie zachrypła jeszcze na długo przed końcem opowieści.
- A, właśnie - przypomniała sobie jedna z piratek, kiedy w końcu ona i jej przyjaciółki dokładnie przedyskutowały najważniejsze wydarzenie minionego dnia i nie potrafiły już wpaść na żadne nowe pytanie. - A co z tym, jak mu tam... Raulem? Udało ci się czegoś dowiedzieć?
- Pewnie! - wychrypiała Jackie. - Stary moczymorda stracił wszystkie fragmenty mapy, ale potrafi nam mniej-więcej powiedzieć, gdzie się powinny znajdować. Na razie wiadomo o jednym kawałku - jest u kuzyna tego Hiszpana, w Aldea del Vidrio. I tam właśnie teraz płyniemy.

- Aldea del Vidrio? - zaniepokoił się Tabby. - Jest pan zupełnie pewien, kapitanie?
Nataniel spojrzał na niego dziwnie.
- Oczywiście. Coś nie tak? - zapytał, unosząc wysoko brwi.
- Nic oprócz tego, że to miejsce godne przechowywania mapy wyspy skarbów... - wymruczał jego pierwszy oficer.
- Co masz na myśli? - Pazur z irytacją wystukał palcami podwójną "falę" na biodrze. Nie spodziewał się, że następny cel ich podróży wzbudzi jakiekolwiek wątpliwości. Powiedział swojej załodze, dokąd płyną, bo mają prawo to wiedzieć, jednak przez myśl mu nie przeszło, że ktoś będzie miał jakieś obiekcje!
Tabby'emu zaświeciły się oczy i Nataniel nagle zrozumiał, że właśnie zachęcił pierwszego oficera do snucia jeszcze jednej niesamowitej historii, która po raz kolejny może zasiać wśród piratów niepokój... Tak jak chociażby parę miesięcy temu, gdy Tabby lekkomyślnie opowiedział o Znikającym Archipelagu. Nie wiadomo, do czego by wtedy doszło, gdyby kapitan w samą porę nie zdyskredytował tej historyjki. A teraz ten niepoprawny bajarz znowu zamierza snuć jakieś niepokojące morskie opowieści! Może udałoby się go jakoś uciszyć bez wzbudzania podejrzeń?
Ale było już za późno: pręgowany kocur odchrząknął, zaplótł dłonie na dość wydatnym brzuchu i zaczął mówić.
- Słyszałem wiele historii o Aldea del Vidrio. Jak wszyscy wiemy, owa wioska znajduje się w Galicji, w prowincji Pontevedra...
Zebrani wokół piraci zaszemrali potakująco, choć tak naprawdę większość z nich nie miała najmniejszego pojęcia o geografii Hiszpanii.
Tabby zamachał rękami z oburzeniem.
- Proszę o ciszę! - zawołał, niby gniewnie, i piraci natychmiast umilkli. Kiedy pierwszy oficer opowiadał, miał wśród załogi posłuch absolutny. Zwykle kompani traktowali go nieco pobłażliwie ze względu na jego charakter, godny raczej dobrotliwego wujaszka, niż krwiożerczego korsarza... Jednak gdy snuł swoje historie, słuchali go potulnie i wykonywali jego polecenia bez szemrania. Zaś Tabby bardzo lubił wykorzystywać te krótkotrwałe chwile władzy absolutnej.
Napuszył się teraz dumnie, potoczył wzrokiem po zebranych, grzecznie czekających, aż raczy kontynuować. Na szczęście dla nich, nie potrafił zbyt długo milczeć.
- Wracając do tematu: Aldea del Vidrio jest położona na Pustynnym Wybrzeżu, w Srebrnej Zatoce. Pewnie zastanawiacie się, skąd takie nazwy? No, cóż... ci, którzy tam byli twierdzą, że miejscowe plaże ciągną się nawet na kilometr w głąb lądu: z morza wygląda to tak, jakby pustynia rozpościerała się aż do gór na horyzoncie.To naprawdę mało budujący widok, mówię wam! Jak okiem sięgnąć ani plamki zielen, żadnych zwierząt, nic! Nie widać nawet zabudowań, bo wioska jest położona w głębi lądu i schowana za jakąś piaszczystą wydmą. Nawiasem mówiąc, jest to jedyny zamieszkały obszar w promieniu wielu kilometrów! Nie mają tam portu, ba - nawet marnej przystani rybackiej, wyobrażacie sobie?!
Przerwał, potoczył spojrzeniem po skupionych piratach, po czym kontynuował:
- Nie są to zbyt sprzyjające warunki, ale nie do takich miejsc się przybijało, gdy zachodziła potrzeba, prawda? To przecież tylko małe niedogodności, myślicie sobie; jak to możliwe, że wszyscy trzymają się z daleka? Otóż dowiedzcie się, że jest to strefa potężnych wichrów, w której często powstają sztormy. Ale nie to jest jeszcze najgorsze..! - oznajmił, dramatycznie zniżając głos. Zafascynowani piraci cisnęli się bliżej, żeby nie uronić ani jednego słowa.
- ... Kiedy wieje z głębi lądu, żaden okręt ani jakakolwiek żywa istota nie wyjdzie z tego bez szwanku... Ci, którzy mieli dość szczęścia, aby wrócić stamtąd żywi, twierdzą, że przeszli przez... Szklany Sztorm!
Piraci jeszcze przez chwilę wstrzymywali w napięciu oddech, dopóki sens ostatnich słów w pełni do nich nie dotarł. Wtedy rozległy się ciche chichoty, a niektórzy nawet zaczęli kręcić głowami, rzucając sobie drwiące uśmieszki. Spodziewali się co najmniej potwora, a tu co? Czemu niby ten jeden szczególny sztorm ma być bardziej niebezpieczny od całej bezimiennej reszty?
- Uważacie, że to takie zabawne? - zapytał Tabby surowo. - Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę, o czym mowa? Pewnie wyobrażacie go sobie jako wiaterek o zapachu dymu ze szklanych hut, co? Niech was nie zmyli jego niewinna nazwa! Otóż dowiedzcie się, że jest to potężny, huraganowy wicher, przynoszący ze sobą ostre jak brzytwy kawałki szkła. Czasem są one nawet tak duże, jak mój kciuk! Wyobrażacie to sobie? Wiatr wiejący z prędkością sześćdziesięciu mil na godzinę, ciskający we wszystko szklanymi ostrzami! Te wielkie przeszywają ciało jak sztylety, mogą naszpikować wciąż żywego marynarza jak jeża, albo w całości wbić się w gardło... Te mniejsze, parocalowe tną skórę z niewyobrażalną łatwością - nawet przez futro! Zaś szklany pył - o, tego jest najwięcej! Nie da się przed nim schować: dostaje się wszędzie... - odwrócił się do pirata, który przed chwilą najgłośniej chichotał. - Jeśli go połkniesz lub spróbujesz nim oddychać, potnie cię od środka i przez następnych parę godzin będziesz powoli zdychał, plując krwią... A wystarczy, że parę drobinek wpadnie do oka, abyś nigdy w życiu nie zobaczył już nic więcej! Oto jest Szklany Sztorm! A gdybyście mieli jeszcze jakieś wątpliwości, to dodam, że pół godziny w takich warunkach i z żagli nie zostanie dość materiału nawet na chusteczkę dla damy!
Piraci umilkli - wiadomość wywarła na nich odpowiednie wrażenie. Nikt już się nie śmiał.
- Zaraz... Sir, jeżeli jest tam tak niebezpiecznie, to jak zamierza się pan dostać do wioski? - zapytał w końcu jeden z piratów.
Wszyscy członkowie załogi zwrócili się twarzami w stronę swojego kapitana, patrząc na niego z nadzieją i obawą jednocześnie. Po raz kolejny potrzebowali zapewnienia, że nie muszą się martwić, bo on się o wszystko zatroszczy.
"Dobre pytanie! Skąd ja niby mam to wiedzieć?" - pomyślał Nataniel, ale czując na sobie spojrzenie ponad setki par oczu, głośno powiedział tylko:
- Wszystko w swoim czasie, panowie. Najpierw musimy złapać wiatr w żagle i się stąd oddalić - resztą zajmiemy się później. A teraz do roboty, już!!
Kocury posłusznie rozeszły się do swoich obowiązków, półgłosem komentując zasłyszaną opowieść. Nikt nie wątpił, że ich kapitan poradzi sobie nawet z taką przeszkodą, ale Pazur nie był taki pewny siebie. "Musi być jakiś sposób, żeby się tam dostać - w końcu od czasu do czasu kupcy sprzedają sprowadzone stamtąd wyroby. Tylko jak to bezpiecznie zrobić, nie wzbudzając jednocześnie podejrzeń?" - rozmyślał. Skrzywił się z niechęcią, zdając sobie sprawę, że będzie musiał o to zapytać Jackie. Ale nie ma pośpiechu - najpierw zrobi wszystko, co tylko może, żeby obeszło się bez jej pomocy!


- Jackie! - Sammy wsadziła głowę do kajuty, przerywając swojej pani kapitan przeszukiwanie kufra. - Na "Mongrels Conqueror" wywieszono flagi sygnałowe. Kapitan prosi cię o spotkanie!
- Nareszcie! - Jackie prychnęła zwycięsko, wyciągając głowę i ramiona z wielkiej skrzyni z ubraniami. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale przerwał jej atak kichania, spowodowany unoszącym się znad kufra słodko-zatęchłym zapachem leżących w zamknięciu ubrań i suszonej lawendy.
- Wypłynęliśmy z Llanes prawie trzy dni temu, a on wciąż nie zapytał mnie, jak mamy się dostać do Aldea del Vidrio. Już myślałam, że nie ma pojęcia, co się wyprawia w tych okolicach! - wykrztusiła po chwili, pociągając głośno nosem.
Wstała, przyciskając do siebie dwie suknie.
- Ale dość już o tym! - oznajmiła stanowczo - Mamy zdecydowanie ważniejszą sprawę na głowie. Musisz mi koniecznie pomóc!
- W czym? Coś się stało? - zaniepokoiła się Samantha, podchodząc bliżej.
Jackie pokiwała poważnie głową.
- Owszem - oznajmiła ponuro.- Zupełnie nie wiem, w co się mam ubrać! Spójrz - powiedziała, przykładając do siebie jedną suknię. - Co o tym myślisz? Zamierzam udawać, że jestem córką jakiegoś nowobogackiego, na przykład bardzo zamożnego kupca. Muszę wyglądać jak ktoś, kto ma dość pieniędzy na podróż do Aldea del Vidrio i dokonywanie tam sensownych zakupów, ale jednocześnie nie mogę przezentować zbyt wysokiej pozycji społecznej... Zamierzam sprawiać wrażenie, jakbym jeszcze niedawno pomagała ojcu w sklepie i wciąż nie mogła się przyzwyczaić, że jako wielka dama powinnam bezczynnie siedzieć w hacjendzie i dostojnie zanudzać się na śmierć. No, bo sama pomyśl: wielka pani fatygująca się osobiście do takiej zapadłej mieściny? Nikt by w to nie uwierzył! Dlatego będę taką bogatą parweniuszką. A więc, która sukienka - ozdobiona haftem, czy też koronką?
Pierwsza oficer przyjrzała się krytycznie obu kreacjom.
- Ta pierwsza - zadecydowała. - Koronka jest zbyt droga, zwłaszcza jak na kogoś, kto podróżuje w interesach.
- Tak? Może i masz rację, ale czy tamta nie jest zbyt plebejska? - Jackie nadal się wahała. - Poczekaj, zaraz je przymierzę i zdecydujemy ostatecznie...
- Raczej nie teraz. Przecież Pazur miał przyjść, pamiętasz? - przypomniała jej Samantha. - A w zasadzie to już tu idzie - oznajmiła, wyglądając przez niedomknięte drzwi.
- Och! - Jackie skrzywła się z rozczarowaniem. - Wiesz, co ci powiem? Nie mam najmniejszej ochoty na odwiedziny tego gbura.
- Obawiam się, że nie masz wyboru. Jako kapitan masz obowiązek z nim rozmawiać i ustalać wspólne plany - stwierdziła Sammy, filozoficznie wzruszając ramionami.
- Nie chcę go widzieć! - grymasiła Jackie, wydymając usta. - Cham z niego i impertynent! Naprawdę mnie ostatnio zdenerwował: śmiał wtykać nos w moje życie osobiste! Jaka szkoda, że...
Zamarła przez chwilę w bezruchu, a na jej twarz z wolna wypłynął szczęśliwy uśmiech.
- Ha! A właśnie, że wcale nie muszę się z nim widzieć! I to dzięki tobie! - zawołała, triumfalnie celując wyciągniętym palcem w Samanthę.
- Co? Mnie? Niby jak? - zaniepokoiła się pierwsza oficer, czując się nieswojo w obliczu kolejnego genialnego pomysłu Jackie.
- Najzwyczajniej w świecie: wyjdziesz zaraz do niego i przekażesz mu wszystkie niezbędne informacje. Szybko, łatwo i przyjemnie. Skoro on mógł ostatnim razem przysłać Omara na rozmowę ze mną, to ja tym bardziej mogę wydelegować moją pierwszą oficer! - oznajmiła pani kapitan stanowczym tonem. Założyła przy tym ręce na piersiach, dając przyjaciółce do zrozumienia, że już zadecydowała i zdania nie zmieni.
- Ale to nie wypada! - broniła się słabo Samantha, z góry jednak wiedząc, że jest na przegranej pozycji.
- Bzdury! - ucięła jej protesty Jackie. - Zresztą możesz powiedzieć, że jestem niedomagająca - to zresztą nie będzie dalekie od prawdy. Już na sam jego widok robię się chora...


Nataniel był w dość ponurym nastroju. Myślał intensywnie przez dwa dni, ale miał za mało informacji, żeby stworzyć jakiś genialny plan. Nie znał tutejszych zwyczajów i topografii, a gdyby nie Tabby, nie wiedziałby też zupełnie nic o Aldea del Vidrio. Ba! Nie tylko nie potrafił wykombinować nic sensownego, nie mógł nawet wiarygodnie blefować! I dlatego z prawdziwym bólem serca szedł teraz przez pokład "Morskiej Wiedźmy", aby przyznać się przed Jackie do swojej niewiedzy.
Z daleka zobaczył, że w kajucie pani kapitan coś się dzieje: przez półotwarte drzwi dobiegały go odgłosy podekscytowanej rozmowy, migała mu też raz po raz postać Jackie i chyba Samanthy. Kiedy podszedł bliżej, głosy zamilkły, a za to na zewnątrz wyszła Sammy - w taki dziwny, niezgrabny sposób, jakby ktoś popychał ją ręką w plecy. Drzwi zostały za nią zatrzaśnięte w takim pośpiechu, że niemal przycięły jej ogon. Pierwsza oficer obejrzała się przez ramię z nieco żałosną miną, po czym ruszyła na jego spotkanie.
- Obawiam się, że Jackie nie może się z tobą dzisiaj zobaczyć... - zaczęła, nerwowo przeczesując palcami krótką fryzurkę.
Nataniel zmarszczył gniewnie brwi i spróbował ją wyminąć.
- Jak to, nie może? - warknął rozeźlony. Przyjście tutaj i tak kosztowało go sporo dumy, a ona teraz jeszcze będzie go odsyłać sprzed zatrzaśniętych mu przed nosem drzwi?! Niedoczekanie!
- Mam tu sprawę do załatwienia, i prędzej mnie szlag trafi, niż pozwolę się tak zbyć! - oznajmił gniewnie, sięgając do klamki.
- Nie! - Samantha stanowczo zastąpiła mu drogę. - To nie tak! - dopowiedziała szybko. - Jackie... Jackie nienajlepiej się czuje... I poprosiła mnie żebym przekazała potrzebne ci informacje w jej imieniu...
Nataniel spojrzał na nią sceptycznie. Pierwsza oficer unikała jego wzroku, nerwowo skubiąc brzeg swojej koszuli.
- Możesz mu powiedzieć, że jestem obrażona i nie mam ochoty go widzieć, dopóki mnie nie przeprosi! - rozległ się świszczący szept z okolic dziurki od klucza.
Samanthcie nos spurpurowiał z zażenowania.
- Jackie bardzo przeprasza, że nie może porozmawiać z tobą osobiście, ale jest przekonana, że będzie można nadrobić to zaniedbanie, kiedy tylko poczuje się lepiej..! - zapewniła szybko i nieco zbyt głośno, starając się zagłuszyć "dyskretne" komentarze swojej pani kapitan. Jednocześnie zatkała palcem gadatliwą dziurkę od klucza.
- A jakże! Obawiam się, że nigdy nie będę czuła się wystarczająco dobrze na takie przyjemności..! - wysyczała szyderczoszpara między drzwiami a futryną.
Pierwsza oficer zaparła się plecami o drzwi w żałosnej próbie uciszenia swojej przyjaciółki, wykrzywiając się błagalnie do kapitana, żeby tylko nie dał się wciągnąć w wymianę zdań. Niestety, jej wysiłki nie przyniosły efektów. Pazur tylko uśmiechnął się zjadliwie, nie mogąc sobie odpuścić przyjemności drażnienia Jacklynn.
- To w zasadzie nawet świetnie się składa! - oznajmił radośnie. - Nareszcie jest z kim sensownie pogadać. Bardzo się cieszę, że nie muszę widzieć tej rozwydrzonej złośnicy! Jest niewychowana, kłótliwa, uparta i bezpodstawnie pewna siebie. I ma krzywe kolana! - dodał złośliwie, specjalnie podnosząc głos.
Za drzwiami rozległ się przytłumiony okrzyk oburzenia i klamka poruszyła się, jakby ktoś usiłował je otworzyć od środka. Jednak Sammy z determinacją zaparła się plecami i drewno tylko zadygotało bezsilnie.
- Krzywe kolana... - z lubością wycedził przez zęby Nataniel, specjalnie zbliżając twarz do wypolerowanej powierzchni drzwi. Pierwsza oficer usiłowała go odgonić, ale nie zwracał na nią uwagi.
- Takiś hardy, bo chowasz się za solidnymi deskami z dębiny! Chodź no tu do środka i spróbuj mi to powtórzyć w cztery oczy, cwaniaczku! - rozbrzmiało gniewnie z drugiej strony.
- To raczej ty spróbuj wyjść, o ile dasz radę... - zaproponował kapitan.
- Jackie prosiła uprzejmie, abym ci przekazała, że będziecie udawać, iż pochodzicie z rodziny jakiegoś bardzo bogatego kupca, który ma wielkopańskie zadęcia!!! - ryknęła Samantha, żeby przerwać tą zjadliwą wymianę zdań. - Będziecie chcieli kupić w Aldea del Vidrio jakieś drogie szklane bibeloty, z których słynie ta miejscowość, a przy okazji zamierzacie też się rozejrzeć za możliwością korzystnego handlu w tych stronach. Jackie będzie córką tego zamożnego kupca, a ty jej bliskim krewnym, najlepiej stryjecznym bratem. Chodzi o to, że samotna dama nie może podróżować z niespokrewnionym z nią mężczyzną, a jednocześnie nikt nie uwierzy, że jesteście rodzeństwem, bo nie wygladacie dość podobnie. Przybijemy do brzegu gdzieś w pobliżu A Guarda i tam wysiądziecie na ląd. Pójdziecie pieszo do miasta, a tam zamówicie podróż dyliżansem pocztowym do Aldea del Vidrio - jest tylko jeden taki, jeździ średnio raz na tydzień, więc najwyżej poczekacie w gospodzie. W taki właśnie sposób podróżują do Wioski Szklarzy nieliczni interesanci, dlatego nie wzbudzicie niczyich podejrzeń... - kotka przerwała, żeby złapać oddech.
Nataniel zamyślił się. To był dobry i bardzo prosty plan. Najprawdopodobniej nie napotkają poważnych problemów w jego realizacji, a zagrożenie wyglądało na zredukowane do minimum...
- Jeszcze nazwisko i miejsce pochodzenia! I imię! - dobiegło zza drzwi. Najwyraźniej Jackie, skupiona na powodzeniu misji, zapomniała już o kłotni.
- Tak, racja. Jackie to teraz Juana Ferrer Catala-Roca, ale najlepiej zwracaj się do niej "kuzynko". Ty jesteś Nahuel Ferrer Mayne. Te imiona zaczynają się podobnie do waszych prawdziwych, więc łatwiej będzie wytłumaczyć ewentualne pomyłki. Twój stryj, a ojciec Jackie - przepraszam, Juany - jest handlarzem bławatnym w mieście Gijon. Postaraj się zachowywać jak na spadkobiercę bogatego kupca przystało - bądź chciwy i raczej skąpy, szukaj wszędzie okazji do interesów, trochę zadzieraj nosa. Jednocześnie przy każdej okazji opowiadaj, że twoja rodzina ma szlacheckie korzenie, które tylko trzeba zatwierdzić w urzędzie - wszyscy Hiszpanie, któży zebrali znaczniejszy majątek, starają się dowieść, że płynie w nich błękitna krew. To nikogo nie dziwi. I możesz od czasu do czasu wspomnieć, że jesteś gotów udowodnić swoje pochodzenie podczas pojedynku. Musisz też dbać o cześć swojej kuzynki i naskakiwać na każdego, kto będzie próbował się do niej zalecać - Hiszpanie są przewrażliwieni na punkcie rodzinnego honoru. Dobre imię twojej kuzynki jest dobrym imieniem całej rodziny i rękojmią powodzenia w interesach - tak to musisz widzieć. I to by było chyba na tyle - zakończyła Samantha.
Nataniel zdał sobie sprawę, że wybałusza na nią oczy. Nie spodziewał się aż tak szczegółowych wskazówek! Plan jest niby taki prosty, a tu proszę: tyle drobiazgów do zapamiętania!
- Bardzo... dokładne dane. Czy to aby na pewno niezbędne? - zapytał, pocierając w zakłopotaniu szczękę. Nigdy nie był dobry w uczeniu się takich rzeczy, musiałby chyba powtarzać sobie te informacje bez przerwy, od rana do wieczora...
- A nie wystarczyłoby, gdybym miał to zapisane na karteczce i nosił ją w kieszeni..? - zapytał z nadzieją.
- Wykluczone! Od teraz wyrwany ze snu w środku nocy powinieneś twierdzić, że nazywasz się Nahuel Ferrer Mayne! Razem z Jackie parokrotnie musiałyśmy podszywać się pod różne osoby i wierz mi, że bez wykucia tego wszystkiego na pamięć się nie obejdzie - oznajmiła Samantha tonem eksperta, mentorsko podnosząc palec do góry. - Plan może istnieć tylko w ogólnych zarysach, bo i tak nie da się przewidzieć wszystkiego i lepiej przerabiać go na bieżąco. Jednak postacie, w które się wcielasz, muszą być jak najbardziej realistyczne, a tego efektu nie da się osiągnąć bez uprzednich przygotowań. Czy nie uważasz, że to byłoby podejrzane, gdybyś nie reagował na własne imię, mylił się przy nazwie rodzinnego miasta, czy też za każdym razem podawał inny zawód, którym się trudnisz? No właśnie! Aby oszustwo się udało, musisz naprawdę stać się osobą, za którą się podajesz! Wymyśleć sobie prawdopodobny życiorys, umieć opowiedzieć parę związanych z nim anegdotek, bez zająknięcia podawać swoje koligacje i znajomości... Jackie jest prawdziwą artystką, jeśli o to chodzi. Osobiście uważam, że gdyby tylko dać jej parę dni czasu, potrafiłaby wcielić się nawet w króla Francji!
Z kajuty dobiegło ciche mruczenie ukontentowania, którym Jacklynn zareagowała na pochwałę.
- Masz trzy dni, żeby przyzwyczaić się do nowego imienia, kuzynie - przemówiła po hiszpańsku zza drzwi niskim, nieco chrapliwym głosem, właściwym rodowitym Hiszpankom. - I dobrze się postaraj, bo jeżeli ktoś podejmie podejrzenia co do naszych prawdziwych tożsamości, możemy oboje zawisnąć!





komentarze [8]

Gdzie jest Jackie? >> niedziela, 11 kwietnia 2010 15:01:04
Tą notkę, tak jak poprzednią, pisałam w miarę krótko, ale bardzo długo poprawiałam. Zaczynam się czuć jak jeden z tych rzemieślników z dawnych czasów, który żeby stworzyć mały, wypolerowany kamyczek, musiał najpierw ociosać kamień do odpowiedniego rozmiaru, później obłupywać mniejsze kawałki, aż zacznie wyłaniać się jakiś kształt, a potem mozolnie wygładzać go przez pocieranie o coraz drobniejszy piach wysypany na dużym, płaskim kamieniu, dopóki jego dzieło nie będzie skończone. I to wszystko trwało parę miesięcy! Tyle czasu, żeby uzyskać jajowaty kamień w interesującym kolorze, który mieścił się w zaciśniętej dłoni. ( Chyba jestem w melancholijnym nastroju. Te wiosenne zmiany pogody są denerwujące. ) Oprócz tego stwierdziłam, że na styl mojego pisania i te mniej ważne wydarzenia spotykające moich bohaterów ma wpływ przerabiana obecnie na lekcjach polskiego epoka. Teraz jest to romantyzm - jeśli w tej i poprzedniej notce nie rzuciło się to wam w oczy, to myślę, że nie sposób będzie tego przegapić w następnej. Jednak nie planuję żadnych Harlequinów, nie uciekajcie!!! Dotychczas nie było tak źle, prawda? Na pocieszenie dodam, że właśnie zaczynamy sentymentalizm.
Trochę za bardzo się rozgadałam o sobie. Do tematu: pewnie niektórzy nie będą zadowoleni, że w tej notce znowu jest tak wiele o Jackie, ale za to obiecuję wam, że następna będzie w całości o Pazurze, no i może o kimś jeszcze :) 2/3 następnego rozdziału mam już gotowe, a więc proszę czytać, czytać i komentować, szybko i dużo! Dziękuję.
PS: O, styl pisania przedmów też mi się zmienił! Ciekawe, czy to tak na stałe?
PS2: Gadanie do czytelników to prawie jak monolog. A rozmawianie z samą sobą to objawy schizofrenii. Zabawne.
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Nataniel wracał przez miasto bardzo zadowolony, pogwizdując pod nosem. Cały dzień spędził w tawernie, pijąc dobre wino i przysłuchując się rozmowom klientów. Wieści były dla niego pomyślne - okręty Hiszpańskiej Floty zajmowały się obecnie patrolowaniem wodnej granicy z Francją i w najbliższym czasie nie zamierzały wracać do kraju. Co więcej, póki co nikt jeszcze się nie zorientował, że groźny pirat Nataniel Joseph Pazur kręci się po okolicznych wodach, więc handel nadal kwitł i małe jednostki bez żadnych obaw przewoziły swoje ładunki. Kapitan nie usłyszał, co prawda, o żadnych szczególnie wartościowych celach, ale też nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego. Żywił za to nadzieję, że będą mogli sobie pozwolić na złupienie jakiegoś statku gdzieś bardziej na zachodzie: wioska Aldea del Vidrio, ich następny cel podróży, leżała bowiem w prowincji Pontevedra, wystarczająco daleko od Llanes, żeby pogłoski o ataku piratów nie wzbudziły zbyt dużego niepokoju. Z pewnością ucieszy to jego kompanów - bardzo dawno nie mieli już okazji do porządnego abordażu.
Usłyszał też ciekawe historie - na przykład tę rozmowę hiszpańskich kupców. Jeden z nich jakiś czas temu wrócił z Anglii (bo mimo nieprzyjaznych stosunków dyplomatycznych i częstych wojen, handel między wrogimi sobie państwami zawsze się opłacał) i głośno dawał wyraz swojemu zdumieniu obcym krajem.
"Wyobraź sobie" - mówił do towarzysza - "że całe Wyspy zamieszkane są tylko przez koty! I to tak wrogo nastawione do psów, że nawet gość chroniony immunitetem dyplomatycznym zostałby zabity z cichym przyzwoleniem miejscowych władz. Uwierzyłbyś? Ale to nie jest jeszcze najdziwniejsze! Słyszałem, jak zachęcają do zaciągania się na okręty, które sprawiają kłopoty naszej Flocie. Wiesz, co mówili? Że należy walczyć z Hiszpanami, aby wyzwolić tutejsze koty od, za przeproszeniem, "kundlej plagi", która nas zniewoliła i zmusza do służenia królowi. To po prostu niesłychane!"
Wtedy to Nataniel poczuł się nieco zakłopotany i przestał słuchać. Sprawa tutejszej mieszanej społeczności była dla niego, delikatnie mówiąc, wstydliwa.
Angielska propaganda głosiła, że Hiszpania była niegdyś państwem jedynie kocim, ale wiele wieków temu (nikt jakoś nie precyzował, kiedy) została zaatakowana i podbita przez psy, które założyły tam swoje osady i zadomowiły się na dobre. Według oficjalnej, angielskiej wersji, mieszkające tu koty oczekują wybawienia od okrutnych rządów, pragnąc zguby swoich kundlich prześladowców. Ewentualnych kocich żołnierzy na okrętach Hiszpańskiej Floty, przeczących tej teorii, okrzykiwano wobec tego podłymi zdrajcami i kolaborantami, którzy zawsze się przecież zdarzają. Było to tym łatwiejsze, że Hiszpańska Piechota Morska rzeczywiście składała się prawie wyłącznie z psów. Takie przedstawienie sprawy dawało wygodny pretekst do częstych, zaciekłych ataków na hiszpańskie okręty, a dodatkowo czyniło z tego coś w rodzaju świętej wojny, toczonej w słusznej sprawie. Jednak dla marynarzy szybko przestało mieć znaczenie, czy walczą z kotem czy psem - Hiszpan to Hiszpan, wróg i tyle.
Kiedy Nataniel pierwszy raz odwiedził Hiszpanię przeżył prawdziwy szok - koty i psy żyją wspólnie i w przyjaźni! W żadnym wypadku nie spodziewał się czegoś takiego - w końcu, czy to mało się nasłuchał o okrutnych rzeziach, jakie podobno miały tu miejsce na każdym kroku? Rozpowszechniane przez oficerów i starych marynarzy krwawe opowieści o okrutnych aspektach codziennego życia psów z hiszpańskimi kotami stawiały futro dęba. Tymczasem wszystkie te historie okazały się... jedynie fikcją! Poważnie zachwiało to wtedy jego światopoglądem i podkopało patriotyzm - kto wie, czy nie był to jeden z powodów, dla których potem został piratem?
Minął go jeden z jego załogantów, kiwając mu dyskretnie głową. Nataniel nawet nie spojrzał w jego stronę, ale skwitował pozdrowienie nieznacznym drgnięciem końca ogona. Jeszcze wczoraj zakazał piratom nazywania go kapitanem i chodzenia dużymi grupami, żeby nikt nie nabrał podejrzeń. Przykazał im też, żeby stawili się na pokładzie przed północą. Oczywiście, jak zwykle wylosowano paru pechowców, którzy musieli zostać i pełnić wartę, dopóki któryś z ich kolegów nie przyjdzie z miasta... Choć raczej nieczęsto zdarzało się, żeby piraci z własnej woli wrócili wcześniej.
Pazur wysiedział się już dość w tawernie i postanowił wrócić na statek, żeby zmienić kogoś, kto jeszcze nie miał okazji wykorzystać swego czasu wolnego. Słońce dopiero zbliżało się ku zachodowi - jakiś szczęściarz będzie miał dość czasu, żeby wyhulać się na zapas...
Tak samo jak rankiem, wybrał drogę przez mniej uczęszczane rejony Llanes - co w tym wypadku znaczyło jedynie, że nie musiał rozpychać się łokciami. O tej porze bowiem mieszkańcy tłumnie wylegali na ulice miasteczka, aby rozkoszować się przyjemną wieczorną bryzą, przynoszącą w rozgrzane popołudniowym słońcem alejki świeży i rześki zapach morza. Nataniela kusiło, żeby skorzystać z okazji i ukraść jakiś mieszek czy też torebkę, jednak rozsądnie się powstrzymał. Nie był szczególnie zdolnym kieszonkowcem, zaś taktyka "łap łup i w nogi" wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem. Nie może sobie na coś takiego pozwolić; w końcu jeszcze parę razy tu wróci, a prawdopodobieństwo, że ktoś go rozpozna i tak jest duże, więc nie powinien dodatkowo zachęcać mieszkańców do zapamiętywania jego twarzy. Dlatego też poprzestał na przyglądaniu się barwnym strojom mijających go przechodniów.
Kiedy tylko minął ostatnie domy, przyspieszył kroku, aby jak najszybciej opuścić rozgrzaną ścieżkę i ukryć się w cieniu lasu. Między drzewami było o wiele chłodniej i bardziej wilgotno. Zielone liście, mimo iż nieco wypłowiałe od słońca i przykurzone pyłem z piaszczystych dróżek, szeleściły tak samo jak w Anglii. Spacer przez zagajnik był wyjątkowo miłym przeżyciem dla kogoś, kto od paru miesięcy widział tylko falujące morze, toteż Pazur się nie spieszył. Kiedy w końcu dotarł do klifu, pod którym cumowały "Morska Wiedźma" i "Mongrels Conqueror", zapadał już zmrok. Rozluźniony i zadowolony zbliżył się do krawędzi urwiska, żeby popatrzeć na oba okręty...
Za plecami usłyszał jakiś szelest i odgłosy stawiania ostrożnych kroków. Ktoś tam był i go zauważył! Nataniel spiął mięśnie i odwrócił się, gotów do odparcia ataku...
- Och, nareszcie jesteście! Tak się martwiłam!
Zza drzew wyskoczyła na dróżkę Samantha, uśmiechając się do niego z ulgą. Kapitan popatrzył na nią z niejakim zakłopotaniem i schował pazury, z powrotem się rozluźniając. Ostrożności nigdy za wiele, ale głupio mu było, że tak gwałtownie reaguje na byle hałas.
- Naprawdę długo się nie pojawialiście! Nie mogłam wytrzymać i przyszłam tu, żeby obserwować, czy nie idziecie... - Sammy przerwała i rozejrzała się z niepokojem, nagle zdając sobie sprawę, że kapitan jest sam. - A gdzie Jackie?
- Rozstaliśmy się rano, zaraz po wizycie u Raula. A co, jeszcze jej nie ma? - Nataniel postawił z ciekawością uszy. O ile dobrze pamiętał, Lorelei chciała od razu wracać na statek...
Samantha zamarła w doskonałym bezruchu. Gdyby właśnie przechodził obok jakiś znawca sztuki, pewnie zachwyciłby się doskonałym posągiem i postawiłby przed nią tabliczkę: "Rzeźba pt. "Zgroza", autor: Nataniel J. Pazur".
- Puściłeś ją samą? - wykrzyknęła, odzyskawszy w końcu mowę. - Poszedłeś do miasta i pozwoliłeś jej wracać samotnie?
- Miałem sprawę do załatwienia - bąknął kapitan, z niepokojem stwierdzając, że z jakiegoś powodu nie jest w stanie spojrzeć przestraszonej kotce w oczy. - Przecież jest dorosła i umie sobie radzić...
- O której wyszliście od Raula? - wpadła mu w słowo Sammy. - Nie wiesz? Zaraz... Jackie wylądowała na brzegu koło piątej... Pół godziny, no, czterdzieści pięć minut na dojście do miasta, kwadrans na znalezienie jego domu, godzinka na rozmowę... Czyli widziałeś ją ostatnio koło siódmej rano? A jest prawie dwudziesta..! - Samantha miała w oczach czystą panikę, głos jej drżał. - Nie planowała żadnego długiego pobytu w mieście, a nawet gdyby zamierzała zrobić wielkie zakupy, to już dawno powinna wrócić! O nie, nie, nie...
- Zawsze mówiła, że doskonale sobie radzi sama i nie potrzebuje niczyjej pomocy - wytknął Pazur, "zapominając" dodać, że to drugie dotyczyło tylko jego skromnej osoby.
- A co, jeśli ktoś ją okradł? Pobił? A może zabłądziła? Leży gdzieś nieprzytomna w jakiejś uliczce... - Sammy trzęsła się ze zdenerwowania, obejmując się rękami. Zupełnie go nie słuchała! - Albo ją rozpoznano i siedzi w ciemnej, zimnej celi!
- Na pewno nic z tych rzeczy! - usiłował uspokoić ją Natniel, ale sam czuł narastającą obawę.
- I co ja mam zrobić?! Nie mogę iść do miasta! Nie mam odpowiedniego ubrania ani czernidła do futra i praktycznie nie potrafię mówić po hiszpańsku! Jak ja ją znajdę?! - Samantha nie potrafiła dłużej stać w bezruchu i zaczęła nerwowo krążyć po ścieżce. - I co teraz, co teraz?!?!?!
- Uspokój się! Ja pójdę jej poszukać! - Nataniel nie mógł już dłużej wysłuchiwać jej pełnych przerażenia jęków... A poza tym, chciał w ten sposób uspokoić odzywające się w nim wyrzuty sumienia.
- Naprawdę? - Sammy zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na niego z nadzieją. - Zrobisz to?
- Przyprowadzę ją z powrotem, nie martw się - obiecał, starając się wyglądać na pewnego siebie. - Wracaj na statek i czekaj cierpliwie - to może trochę potrwać.
- Och dziękuję, dziękuję! - kotka z radości usiłowała rzucić mu się na szyję, ale Pazur zdążył się odsunąć. Samantha opamiętała się i schowała ręce za plecami, usiłując ukryć zakłopotanie. - To... powodzenia - wymamrotała ze skrępowaniem.
- Jasne, dzięki - mruknął Pazur, idąc jeszcze przez chwilę tyłem, żeby upewnić się, że żaden nowy, dziwaczny pomysł nie strzeli jej do głowy. Potem odwrócił się i potruchtał z powrotem dróżką, którą przed chwilą przyszedł. Miał tylko nadzieję, że kiedy znajdzie Jackie, ta będzie jeszcze żywa...


Starał się biec przez cały czas, dlatego zanim dotarł na przedmieścia dostał kolki i z trudem łapał oddech. Po krótkich zmaganiach z własnym ciałem dał za wygraną: zwolnił i wlókł się przed siebie noga za nogą. Nie miał bladego pojęcia, gdzie może być Jackie - możliwości było mnóstwo, a większość z nich oznaczała dla niej marny koniec. W więzieniu? Gdzieś w jakiejś kupie śmieci pod płotem? A może raczej u Raula? To byłoby nawet prawdopodobne, w końcu mogła do niego wrócić, żeby dowiedzieć się czegoś jeszcze... Ale nie, przecież bała się znaleźć z nim sam na sam w jednym pomieszczeniu... W takim razie gdzie może się podziewać?!
Na dworze było już dość ciemno i przechodnie rozeszli się do domów. Odgłos kroków kapitana niósł się opustoszałymi uliczkami, odbijając się echem między ścianami stojących blisko siebie budynków. Nataniel nie miał pojęcia, gdzie zacząć poszukiwania, więc po prostu szedł przed siebie, bacznie przypatrując się wszystkim pogrążonym w mroku zaułkom, w których możnaby porzucić zmasakrowane ciało. Nie chciał zapeszać, ale czuł, że tylko tyle mogło zostać z Jackie. Bo z jakiego innego powodu nie wracała przez tyle godzin..?
Dochodząc do skrzyżowania z małym, brukowanym placykiem usłyszał czyjąś rozmowę, więc mimowolnie zwolnił kroku i zaczął się przysłuchiwać. Głosy wydawały mu się jakby znajome... Obudziło to jego czujność - jakoś tak się dziwnie składało, że większość spotkanych kiedyś osób, których głosu nie rozpoznawał od razu, nie było jego przyjaciółmi... Raczej wątpliwe, żeby któryś z jego osobistych wrogów pojawił się cichaczem w środku Llanes, ale ostrożności nigdy za wiele. Nataniel dotąd chodził żywy po tym świecie właśnie dlatego, że potrafił przyczaić się i nastawić uszu, kiedy coś wzbudziło jego podejrzenia.
Stąpając cichutko podszedł do narożnika domu i wyjrzał, kryjąc się w cieniu. I cóż się ukazało jego oczom? Niedaleko niego stała Jackie z tym swoim zalotnikiem, który trzymał ją za ręce! Coś takiego! To Samantha odchodzi od zmysłów ze strachu, a on sam lata po mieście, wsadzając nos w każdy kąt i szukając trupa, a tymczasem co?! Szanowna pani kapitan doskonale się bawi, flirtując z jakimś pacanem! Nataniel już chciał wypaść zza rogu i powiedzieć Lorelei, co o niej myśli, ale w tej chwili Jose Maria się odezwał i kapitan odruchowo zamarł w bezruchu, żeby posłuchać.
- Okrutny los nas rozłącza, ale możesz być pewna, że nigdy o tobie nie zapomnę! - zawołał żarliwie czarny kocur, ściskając oburącz drobne dłonie Jackie.
- Ja również zawsze będę o tobie pamiętać - zapewniła Jacklynn, robiąc melancholijną minę nieszczęśliwej heroiny romansów.
- Czy jesteś pewna, że musisz wracać sama? Nie mogę być z tobą ani chwili dłużej? - dopytywał się jękliwie senor Jose Maria.
- Niestety, tu nasze drogi się rozchodzą. Być może jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale do tego czasu - żegnaj! - oznajmiła Jackie, dramatycznym gestem przykładając rękę do czoła (przedtem musiała uwolnić ją z uścisku swojego amanta, który nieszczególnie chciał na to pozwolić).
- A więc, nie - żegnaj, lecz - do zobaczenia! Zawsze będziesz w moim sercu! - zawołał Hiszpan, obsypując jej dłoń pocałunkami.
Nataniel uniósł ze zdumieniem brwi. Proszę, proszę, już jej nie "senorituje", tylko mówi per "ty"? I do tego nie dość, że ją trzyma za rączki, to jeszcze ośmiela się całować? W świetle pruderyjnych hiszpańskich zwyczajów, jakie rano przedstawiła mu Lorelei, wyglądało to niemal na molestowanie seksualne...
Jacklynn w końcu udało się uwolnić od nachalnego adoratora i ruszyła w stronę majaczącego zza domów zagajnika, raz po raz odwracając się i rzucając Jose Marii pożegnalne spojrzenia, na które on każdorazowo odpowiadał głębokim ukłonem. Pazurowi coraz bardziej zbierało się na wymioty. Miał dość tej całej szopki, ale skoro już nie wparował na scenę na samym początku, to nie mógł się poruszyć, zanim oboje sobie nie pójdą. Po nieskończenie długim czasie Lorelei w końcu znikła z pola widzenia, a wtedy jej adorator wsadził ręce w kieszenie, odwrócił się na pięcie i odszedł w swoją stronę. "Jakoś nie wygląda na szczególnie zasmuconego" - pomyślał z ironicznym uśmieszkiem Nataniel. Odczekał jeszcze chwilę, żeby mieć pewność, że żadne z nich nie wróci, po czym szybkim krokiem podążył za Jacklynn.


Dogonił ją zanim jeszcze weszła do lasku. Jackie szła przed siebie raźnym krokiem, rozluźniona, w dobrym humorze, z delikatnym uśmiechem na ustach. Odwróciła się, żeby zobaczyć, czyje kroki słyszy na ścieżce i wyglądała na zdziwioną jego widokiem.
- O to, ty - powiedziała całkiem przyjaźnie. - Nie spodziewałam się, że cię jeszcze dziś spotkam.
- Pewnie myślałaś, że to twój przylizany wielbiciel, co? - warknął Pazur. Nawet w jego uszach zabrzmiało to bardzo zgryźliwie.
Jackie spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
- Podglądałeś! - zawołała, oskarżycielsko marszcząc nosek.
- Niechcący byłem świadkiem waszej romantycznej schadzki. Och, byliście taaaacy słodcy. Aż się mdło robiło - Nataniel wsadził ręce w kieszenie, z rozdrażnieniem zauważając, że od Jackie czuć delikatny zapach piżma, charakterystyczny dla męskich perfum. Sugerowało to WYJĄTKOWO bliskie kontakty towarzyskie.
- Nie trzeba było patrzeć - Jackie okazywała wyjątkową cierpliwość i ani na chwilę nie traciła humoru.
- "Zawsze będziesz w moim sercu!" - przedrzeźniał Nataniel przesadnie wysokim głosem. - "Nigdy o tobie nie zapomnę!" Naprawdę mu wierzysz? - przyspieszył kroku, żeby jej spojrzeć w twarz.
- Oczywiście, że nie! - Jacklynn zaczęła w końcu zdradzać oznaki irytacji. - Dobrze wiem, że nie mówił na poważnie - ja zresztą też nie. Po prostu podobało nam się zachowywanie w taki sposób.
- Hipokryzja i dwulicowość! Też mi rozrywka!
- A z ciebie taki wzór cnót wszelakich, żeby mnie pouczać? Moralizator się znalazł! Zresztą, nie masz racji - oboje znaliśmy reguły gry, byliśmy wobec siebie uczciwi. Nie oczekiwałam od niego prawdziwego uczucia, a on nie spodziewał się, że uwierzę w jego zapewnienia. Za to oboje mieliśmy ochotę przez chwilę udawać, że on jest moim galantem. Taki flirt; jeśli rozumiesz, co mam na myśli! - Jacklynn nieco skrzywiła pełne wargi, podając w wątpliwość jego osiągnięcia na tym polu.
- Lepiej, niż sobie wyobrażasz! - odparł wyniośle Nataniel. Rzeczywiście, jeśli tylko miał czas, lubił zadawać się z bardziej cnotliwymi kotkami - kontakty z paniami lekkich obyczajów nawiązywał tylko wtedy, gdy miał mało czasu, albo miasto było tak skrupulatnie patrolowane, że dla bezpieczeństwa nie mógł wychodzić poza dzielnicę portową. Oczywiście, uwodzenie wymagało dużej ilości wolnego czasu i nie było tak proste, jak pójście do najbliższego zamtuzu, ale to mu odpowiadało. Lubił wyzwania na każdym polu - również, jeśli chodzi o podboje miłosne.
- Doprawdy? Czemu więc z takim świętym oburzeniem się mnie czepiasz? - prychnęła gniewnie Jackie i zamilkła wyczekująco, ale jako że Nataniel nie uznał za stosowne jej odpowiedzieć, kontynuowała:
- Wiesz, co myślę? Że ty jesteś najzwyczajniej w świecie zazdrosny.
Kapitan drgnął, zaskoczony, ale mimo tego udało mu się nadać swojemu głosowi odpowiedni ton.
- Doprawdy? - zapytał jadowicie. - Bardzo jestem ciekawy, o co. Może o jękliwy głosik wielce szanownego senora Jose Marii?
Jacklynn zatrzymała się nagle, zmuszając do tego i jego. Odwróciła się nieco w jego stronę i oparła dłonie na biodrach. Lekko przechyliła głowę na bok, uśmiechając się delikatnie, znacząco. Posłała mu ciepłe, wiele obiecujące spojrzenie spod gęstych rzęs. Jej duże, zielone oczy błyszczały w mroku.
- A może raczej o mnie? - wymruczała głosem, który Natanielowi natychmiast skojarzył się z gorącą czekoladą. Był słodki, kuszący... i gęsty.
Pazur bezwiednie cofnął się o krok, mocno zszokowany. Co to ma być?! Czy ona całkiem zgłupiała! Przecież nie znosi go wprost bezgranicznie - i to z pełną wzajemnością! Ale... Z zażenowaniem poczuł, że krew zaczyna w nim krążyć żywiej. Zdumienie, zakłopotanie i konsternacja szybko jednak ustąpiły miejsca złości, kiedy uświadomił sobie, że Jackie, wciąż w nastroju do flirtu, po prostu próbuje na nim swoich sił.
- Jesteś pewna, że nie uderzyłaś o coś głową? - zapytał odrobinę zachrypniętym z nadmiaru różnych emocji głosem. - Też coś! - zaśmiał się urągliwie, wracając do równowagi psychicznej. Czuł coraz większy gniew na Jackie, która próbowała się zabawić jego kosztem. - I możesz schować te swoje śliczne minki dla kogoś naprawdę zdesperowanego - mnie nie nabierzesz. A nawiasem mówiąc... Cudowny senor Jose Maria coś chyba słabo się spisał, skoro patrzysz na mnie takim wzrokiem... Jesteś pewna, że nie wolałabyś spędzić jeszcze godzinki albo dwóch w mieście?
Jackie w ułamku sekundy zmieniła postawę z uwodzicielskiej na wojowniczą.
- Jak śmiesz! - zawołała, prostując się jak struna i zaciskając dłonie w pięści. - Kto dał ci prawo komentować moje życie osobiste? Ja cię nie pytam, z kim się spotykasz i co wtedy robisz, więc bądź łaskaw to uszanować! I wiesz co? To raczej ty powinieneś wrócić do Llanes i poszukać sobie odpowiedniego towarzystwa, bo inaczej kosmate myśli nie dadzą ci spać. Myślę, że wiesz, gdzie szukać odpowiedniego przybytku, prawda? A jakbyś zabłądził... Zamknij oczy i kieruj się słuchem. O tej porze miasto jest ciche, więc miejsce, którego szukasz, będzie słychać z odległości paru przecznic...
To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i pomaszerowała dalej. Ze zdenerwowania stawiała tak duże kroki, jakby nosiła spodnie, przez co spódnica usiłowała owinąć się wokół jej nóg i ogólnie utrudniała chodzenie. Gdyby pani kapitan nie otaczała tak potężna i budząca respekt aura urażonej godności, z pewnością byłby to zabawny widok.
Nataniel został sam na środku drogi. Wsadziwszy ręce w kieszenie, przyglądał się oddalającym plecom Jackie i doznawał mieszanych uczuć. Spodziewał się satysfakcji ze zwycięstwa w potyczce słownej, ale triumf odczuł jako mały i dziwnie gorzki. No i nadal był zły. Niech sobie idzie sama, jak chce...
Nagle przypomniało mu się, że kiedy rano się z nią rozdzielił, znikła aż do wieczora i że w zasadzie obiecał Sammy przyprowadzić jej panią kapitan osobiście, całą i zdrową... A jeśli Jackie znowu gdzieś po drodze zniknie?
- Czekaj, odprowadzę cię! - zawołał w jej kierunku, ale ona nawet się nie zatrzymała.
- Uprzejmie dziękuję, ale nie skorzystam! - doszedł go z oddali jej przytłumiony głos.
"Nie, to nie!" - pomyślał z urazą Nataniel. "Ale jeśli teraz się zgubi, to nie będę jej znowu szukać!". Postał jeszcze chwilę, zastanawiając się, co teraz zrobić. Zostało mu parę godzin do (zarządzonej zresztą przez niego samego) zbiórki na pokładzie, a nie chciał iść z Jackie. Z drugiej strony, nie podobało mu się też słuchanie jej rad - w końcu to właśnie ona ironicznie zaproponowała mu powrót do miasta.
Przez łagodnie szeleszczące liście zaczął przesączać się miękki, biały blask. Wschodzący księżyc posrebrzał każdy, nawet najdrobniejszy szczegół krajobrazu, wydobywał z mroku lasu fakturę szorstkiej kory, gładź lśniących listków i nieliczne źdźbła trawy wychylające się spomiędzy potężnych korzeni drzew. Nataniel podjął decyzję. "Nie byłem na lądzie od paru miesięcy. Mam chyba prawo do odrobiny rozrywki!"
Odwrócił się i raz jeszcze zaczął iść do miasta, starając się wyrzucić z pamięci złośliwe słowa Jacklynn, które mogłyby popsuć mu humor.


Jackie tymczasem przebyła drogę dzielącą ją od skarpy wznoszącej się nad okrętami. Spojrzała z góry na nieruchome, wydawałoby się, statki, stojące na wyjątkowo spokojnej wodzie, w której wyraźnie odbijał się wschodzący księżyc. Morze szumiało cicho i łagodnie, ciemnogranatowe, prawie czarne fale raz po raz lizały wąski skrawek plaży u podnóża klifu, żeby potem się cofnąć. Lorelei stała bez ruchu, z zapartym tchem podziwiając ten piękny widok, dopóki nie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy.
"Na pełnym morzu woda byłaby teraz tak gładka i nieruchoma, że wiernie odbijałaby całe niebo... Wydawałoby się, że statek żegluje w kosmosie, mając gwiazdy nad sobą i pod sobą..." - pomyślała. To przypomniało jej, że powinna już być na pokładzie - pewnie dziewczyny się o nią strasznie martwią. Poczuła lekkie wyrzuty sumienia; kiedy przyjmowała zaproszenie Jose Marii na śniadanie, nie spodziewała się, że rozwinie się to w coś więcej - była pewna, że najgorętsze godziny dnia spędzi już na "Morskiej Wiedźmie". I zdążyłaby wrócić na czas nawet po spacerze, gdyby nie ten kubeł z brudną wodą. Przecież nie mogła przewidzieć, że ktoś ją znienacka obleje pomyjami, zmuszając do spędzenia następnych paru godzin na przywrócenie ubioru do stanu używalności..!
"Później będzie czas na usprawiedliwianie się - teraz powinnam jak najszybciej dostać się na statek!" - upomniała samą siebie. Tylko... Jak ma tego dokonać? Gdyby było widno, obserwatorka na pewno zauważyłaby swoją panią kapitan na szczycie klifu i piratki wysłałyby po nią szalupę. Jednak teraz, kiedy jest ciemno, nie da się dostrzec kociej sylwetki na tle lasu, a nawet jeśli, to trudno ją rozpoznać...
Wychyliła się ostrożnie poza krawędź urwiska, sprawdzając, czy na dole ktoś jest. Może na nią czekają? Przyjemnie zaskoczona odkryła, że u stóp klifu majaczy kształt łódki i od czasu do czasu ktoś się tam porusza. A więc nie będzie problemów! Ucieszona, podkasała spódnicę i zaczęła schodzić ścieżynką w dół. Odczuwała jednocześnie zadowolenie, dezaprobatę i wyrzuty sumienia. "To cudownie, że mogę od razu popłynąć na "Wiedźmę", ale dziewczyny nie powinny były siedzieć tu przez cały czas... Przeze mnie czekały parę godzin!" - myślała, coraz bardziej zawstydzona. "Koniecznie muszę je przeprosić!"
Kwadrans potem z prawdziwą ulgą opuściła niebezpieczną, kamienistą ścieżkę i postawiła nogę na wilgotnym piasku. Chodzenie w pantofelkach po mokrej plaży nie należy do najprzyjemniejszych czynności, ale przynajmniej nie musiała już się obawiać, że lada chwila runie w przepaść.
- Hej, hej! Już jestem! Przepraszam, że tak długo to trwało! - zawołała i zamachała na powitanie ręką.
W łódce zapanowało poruszenie: parę postaci zaczęło podnosić się z ławek wioślarskich, na których wcześniej leżały, a głowy osób siedzących odwróciły się w jej stronę. W głębokim cieniu rzucanym przez kamienną skarpę nie mogła rozpoznać kim są, ale ich sylwetki wyglądały zupełnie nie tak, jak powinny...
Kiedy podeszła bliżej, ze zdumieniem stwierdziła, że to rzeczywiście nie są jej przyjaciółki. Z szalupy spoglądali na nią bardzo zdziwieni piraci z "Mongrels Conqueror". Sądząc po ich wyrazach twarzy, oni również nie spodziewali się jej tutaj zobaczyć. Poza tym patrzyli jakoś tak dziwnie... z konsternacją i zafascynowaniem jednocześnie.
- Hej, laleczko, co tutaj robisz? - zapytał jeden z nich, stając przed nią i błyskając zębami.
Jackie wytrzeszczyła oczy. Załoganci Pazura byli bezczelni i mieli wyjątkowo kiepską opinię o jej piratkach, ale jeszcze nigdy żaden z nich nie ośmielił się odezwać w taki sposób DO NIEJ! Czy ten impertynent naprawdę myśli, że miałaby opory przed poczęstowaniem go piorunem?
W tym samym momencie, w którym na twarzach pozostałych kotów zaczął pojawiać się wyraz gwałtownego zainteresowania, Jacklynn zdała sobie sprawę, że po prostu jej nie poznali. Nie widzieli jej przebranej i pewnie sądzą, że to jakaś tutejsza kicia przyszła w odwiedziny... Skoro tak, są usprawiedliwieni.
- Szukam transportu na statek, przystojniaku - odparła z humorem, zdejmując z głowy chustę, żeby bardziej przypominać "zwykłą" siebie.
Kot-podrywacz wyraźnie się zmieszał, jego towarzysze pospiesznie zaczęli oglądać własne stopy.
- Oooo... Dobry wieczór, pani kapitan... Ja, ja przepraszam, nie poznałem pani, nie odważyłbym się... - wyjąkał, przygarbiając ramiona i nerwowo wyłamując sobie palce.
- Nie gniewam się - zapewniła go z łaskawym uśmiechem, starając się nie okazać rozbawienia jego nagłą pokorą. Piraci dyskretnie odetchnęli i wyraźnie się rozluźnili.
- Co tu robicie, panowie? - zapytała przyjaźnie, składając chustę w schludną kostkę. - Dlaczego o tej porze nie jesteście w mieście albo na statku?
Jej rozmówca wzruszył z rezygnacją ramionami.
- Czekamy na kapitana - mruknął bez szczególnego entuzjazmu. - Kiedy zaczęło się robić ciemno, przysłano nas tutaj, żebyśmy go nie przegapili jak przyjdzie... No więc jesteśmy.
"Ktoś na pokładzie "Conquerora" był bardziej przewidujący od moich załogantek" - pomyślala Jacklynn jednocześnie z uznaniem i niezadowoleniem. Ciekawe, czy to był Tabby? A może raczej Omar? Tak czy inaczej, musi znaleźć inny sposób, żeby dostać się na statek...
- A na mnie nikt tu nie czeka - westchnęła melancholijnie, starając się nakierować swojego rozmówcę na pożądany przez nią temat.
- Jak zaczęło się robić ciemno, pani przyjaciółki też przypłynęły, ale nie na długo. Pierwsza oficer została trochę tam, na górze, ale potem zamachała na nie lusterkiem i wszystkie razem odpłynęły - poinformował ją kot, wsadzając ręce w kieszenie. Wyraźnie zapomniał już o swojej gafie i czuł przemożną potrzebę pogadania.
- I jak ja teraz wrócę? - zmartwiła się Jackie, okręcając czarny lok wokół palca. Jednocześnie spod oka obserwowała, czy kocur wpadł na pomysł, o który jej chodzi, czy może będzie musiała go prosić.
Pirat lekko zakołysał się na piętach, wyraźnie coś rozważając. "No, dalej! Zaproponujesz mi pomoc, czy nie?" - zastanawiała się Jacklynn, czekając cierpliwie.
- W zasadzie... - powiedział powoli, oglądając się na towarzyszy - Moglibyśmy chyba panią podwieźć...
- Och, naprawdę? Jak miło z waszej strony! - Jackie klasnęła entuzjastycznie w ręce, niesłychanie zadowolona. Dostanie się na statek - to raz, ale cieszyło ją też, że kot sam wpadł na ten pomysł. Może jednak kamraci Pazura nie są aż tak beznadziejnymi przykładami braku wychowania!
Piraci nie dali za wiele po sobie poznać, ale odniosła wrażenie, że są zadowoleni z pochwały. Bez słowa wyleźli z szalupy i zaczęli ją spychać na wodę.
Kiedy zgrzyt przesuwającej się po piachu łódki został zastąpiony delikatniejszym odgłosem szorowania stępki o dno morskie, wioślarze zaczęli przełazić przez burty i usadawiać się na ławeczkach. Część kotów została jednak w wodzie, żeby zepchnąć szalupę na głębinę.
Marynarz, z którym Lorelei rozmawiała, ruszył w ich stronę, ale zawahał się, przystanął i obejrzał na nią, obrzucając jej suknię pełnym zwątpienia spojrzeniem.
- Hmmm... Może panią przenieść? - zaproponował ostrożnie, zerkając na stojących w wodzie piratów. Mieli spodnie mokre aż po uda, a przecież byli dość wysocy.
- Jeśli to nie byłby za duży kłopot - Jacklynn uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nie do wiary, zaproponował to całkowicie z własnej inicjatywy! Była pod wrażeniem.
Kot zawahał się przez chwilę, po czym zbliżył się i ostrożnie wziął ją na ręce, chwytając pod kolanami jedną ręką i podpierając jej plecy drugą. Był taki spięty, jakby niósł w ramionach porcelanowego jeża - nie dość, że delikatne, to jeszcze pożałujesz, jeśli mocniej ściśniesz. Lorelei doszła do wniosku, że jej zdolności magiczne muszą budzić u piratów duży respekt, skoro kocur był tak przestraszony tym, na co właśnie się ośmielił.
Lekko ją podrzucił, żeby poprawić chwyt, po czym ostrożnie wszedł w wodę. Brnięcie przez zimne fale z ciężarem w ramionach z pewnością nie było proste ani przyjemne, ale nie miał z tym większych problemów. Jackie zastanawiała się, czy nie powinna otoczyć jego karku ramieniem, żeby było mu łatwiej, ale doszła do wniosku, że kot z wrażenia mógłby ją upuścić. I tak miał wyraźne problemy ze znalezieniem kompromisu między chęcią niesienia jej z dala od siebie, (byle tylko nie pomyślała, że specjalnie ją do siebie przyciska), a potrzebą trzymania jej blisko, żeby nie wyśliznęła mu się z rąk. Nie wiedział, że nie musi się bać: Jackie, szczerze ubawiona jego zachowaniem, była w dobrym nastroju, a na dodatek uznała go za dość przystojnego i nie miałaby nic przeciwko, gdyby ją przytulił do siebie mocniej - w pewnych akceptowalnych granicach, oczywiście.
Piraci skupieni dookoła szalupy przerwali wchodzenie do środka i przyglądali im się z uwagą i fascynacją. Po chwili któryś z nich gwizdnął urągliwie i wszyscy zaczęli się śmiać i świstać przeciągle przez zęby. Jackie postanowiła nie zwracać na to uwagi, ale poczuła, że "jej" pirat sztywnieje i napina mięśnie. Zastanowiło ją, czy jest zły na kolegów, czy może raczej przestraszony tym, co ona sobie pomyśli... Tak czy inaczej, miała dzięki temu okazję zaobserwować rysującą się wyraźnie muskulaturę kota i dodać mu punkty za wygląd. W zdumiewającym tempie piął się coraz wyżej w jej prywatnym rankingu poznanych kocurów.
Dotransportowanie jej do szalupy zajęło piratowi trochę czasu, bo z każdym krokiem było głębiej i poruszanie się sprawiało mu coraz większą trudność. Zgromadzeni dookoła łódeczki koledzy patrzyli na jego wysiłki z cynicznym zaciekawieniem, nie robiąc nic, żeby mu pomóc. Jednak wbrew ich nadziejom, Jackie dotarła na miejsce całkowicie sucha i bardzo zadowolona ze swojego tragarza. Nie omieszkała zresztą dać mu tego do zrozumienia.
- Ale ty jesteś silny! - zamruczała z uznaniem, kiedy ostrożnie usadowił ją na ławeczce z przodu szalupy.
"Jej" kocur wypiął z dumą pierś. Był wyraźnie zadowolony z pochwały, czego nie można było powiedzieć o reszcie piratów. Zabuczeli kpiąco, rzucając mu jednak zazdrosne spojrzenia. Sądząc po ich minach, będzie miał z nimi ciężką przeprawę, kiedy tylko Jackie znajdzie się poza zasięgiem wzroku.
Piraci zajęli swoje miejsca. Jeden kot podepchnął łódkę naprzód, aby nabrała rozpędu, po czym wgramolił się od strony rufy, kiedy tylko jego koledzy zaczęli wiosłować. Jackie, wygodnie siedząca na ławeczce dziobowej, przyglądała im się z przyjemnością. "I to jest właśnie jedna z nielicznych zalet posiadania męskiej załogi" - pomyślała, patrząc na pracę ich mięśni. "Kocury wspaniale wyglądają jako wioślarze!".
Łódka gładko mknęła po wodzie i już po dziesięciu minutach zbliżyła się do burt "Morskiej Wiedźmy" na odległość głosu.
- Ahoj, szalupa! - rozbrzmiał mocny, kobiecy głos. - Skąd jesteście i kogo wieziecie?!
- Ahoj tam, na pokładzie! - odpowiedział jej pirat z rufy łódki. - Szalupa z "Mongrels Conquerora" wioząca kapitana prosi o pozwolenie na dobicie do burty!
Zabrzmiało to wyjątkowo formalnie, ale tylko ostatni idiota obrażałby członków innej załogi, płynąc drewnianą łupiną w zasięgu ich dział.
- Udzielam! - odkrzyknęła im kotka.
Tuż przed tym jak dotarli w cień okrętu, z góry sfrunęła drabinka, rozwijając się w locie. Jackie z uznaniem stwierdziła, że kocury znały swój fach - szalupa dotknęła burty okrętu z cichutkim stuknięciem, ustawiając się do niej idealnie równolegle. Wyglądało na to, że piraci w małych ilościach, pozbawieni "zbawiennego" wpływu swojego kapitana, mieli naprawdę wiele zalet. I nawet nie byli tak strasznie źle wychowani, na jakich wyglądali w dużej grupie!
- Dzięki za podwiezienie, panowie. Jestem wam naprawdę bardzo wdzięczna! - powiedziała, wstając i przechodząc wzdłuż ławek. Odpowiedział jej niezobowiązujący pomruk, mający zapewne oznaczać "Nie ma za co", albo "Proszę uprzejmie".
- A tobie chciałabym złożyć szczególne podziękowania! - oznajmiła, patrząc na kota, który ją przeniósł. - Nie sądziłam, że mogę tu spotkać kogoś tak uprzejmego jak ty... -zawiesiła głos, mając nadzieję, że przedstawi.
- James, pani kapitan! - nie zawiódł jej. - Czy może wnieść też panią na pokład? - zapytał gorliwie, pozwalając sobie na przymilny uśmiech.
Propozycja była na miejscu, zważywszy, że pantofelki na obcasach niespecjalnie nadawały się do wspinaczki po drabince sznurowej. Jednak, żeby wejść z nią na górę, James musiałby przerzucić ją sobie przez ramię jak worek kartofli, a to już niespecjalnie jej się podobało.
- Dziękuję, poradzę sobie sama; ale miło, że pytasz! - odpowiedziała, uśmiechając się do niego przychylnie. Kot był wniebowzięty tak wyraźnym dowodem jej sympatii i po prostu puchł z dumy. Jego koledzy za to popatrywali na niego nieco zawistnie, z obiecującym, dość złośliwym uśmieszkiem na twarzach. I dobrze, niech się uczą, jak wielką zaletą jest uprzejmość! Jackie miała przeczucie, że dzisiejsza przygoda da im motywację do lepszego zachowania wobec kotek.
Westchnęła, zebrała luźne fałdy spódnicy w lewą dłoń, a prawą zaczęła sobie pomagać przy wchodzeniu. Szczebelki drabinki sznurowej uginały się pod podeszwami jej butów, a obcasiki zaczepiały o drabinkę, gdy chciała przestawić nogę. Co więcej, tak jak przewidywała, kiedy tylko wspięła się pierwsze dwa metry w górę, piraci stłoczyli się tuż pod nią i zaczęli się intensywnie przyglądać, mając nadzieję, że uda im się zajrzeć jej pod spódnicę. Nie spodziewała się niczego innego - w końcu, mimo ich dzisiejszego uprzejmego zachowania, są to piraci i nie należy od nich za wiele wymagać! Jednak mocno ją to peszyło, a wchodzenie na obcasach po drabince sznurowej, już zaliczające się do ekwilibrystyki, stało się prawdziwym sportem ekstremalnym, gdy usiłowała przy tym nie pokazać nic wyżej kostki. "Ciekawe, czy gdybym zaczęła spadać im na głowy, próbowaliby się odsunąć, czy może raczej zaryzykowaliby skręcenie karku, byle zobaczyć, jaką mam bieliznę?" - zastanowiła się przez chwilę. Albo jej brak. Głowę by dała, że stali tutaj, bo liczyli, że zobaczą właśnie brak bielizny. Świntuchy.
- Dobry wie... Jackie! - Maggie, która pojawiła się nad balustradą, wyraźnie była zaskoczona. - To ty! Kiedy obwołali kapitana, myślałam, że to, no, ICH kapitan! Och, jak dobrze, że jesteś! - pisnęła radośnie, pomagając jej dostać się na pokład.
- Wszystkie zaczynałyśmy się już porządnie martwić. Nie, żebyśmy myślały, że coś ci się stało, ale jednak... Co tak długo robiłaś? - Maggie rozgadała się na dobre. Usiłowała w ten sposób ukryć odczuwaną ulgę - nie chciała okazać, że bała się, iż jej pani kapitan nie da sobie sama rady w mieście!
- Zwiń drabinkę i przyjdź do mojej kajuty z Rudą, to wam opowiem - zachichotała Jacklynn. -Tylko daj mi chwilę, muszę powiedzieć Sammy, że wróciłam.
- Jackie! - zduszony głos Maggie zatrzymał ją w pół drogi. - O co im chodzi?
- A co się takiego dzieje? - Jacklynn, podekscytowana perspektywą opowiedzenia przyjaciółkom o Jose Marii, praktycznie zapomniała o istnieniu piratów.
- Jeden z nich leży przewieszony przez burtę szalupy, a reszta na nim siedzi, wykręca mu ręce i próbuje wepchnąć jego nos pod wodę - zrelacjonowała kotka.
- Doprawdy? Spokojnie, nie przejmuj się - Lorelei machnęła ręką z niejakim zadowoleniem. - Po prostu się bawią. Są zazdrośni, wiesz.
- Nie widziałam czegoś takiego, od kiedy moi bracia wyrośli z zapasów w błocie! - zachichotała Maggie, wychylając się przez balustradę.
Z dołu zawtórowały jej radosne wrzaski i wściekły bulgot.




komentarze [12]

Spotkanie z Raulem >> wtorek, 23 lutego 2010 19:36:42
Na notkę trzeba było czekać dłużej, niż planowałam. Bardzo mi z tego powodu przykro, zwłaszcza, że tak szybko skomentowaliście poprzedni rozdział. Na usprawiedliwienie powiem, że miałam dużo testów... Jednak główny problem to sprawdzanie tekstu i eliminowanie powtórzeń - przez ostatnie parę tygodni poprawiam tekst, nie zmieniając w nim nic oprócz formy, a i tak codziennie znajdowalam nowe powtórzenia, których jakimś cudem wcześniej nie widziałam! Czasem, żeby zmienić jedno słowo, muszę poprawiać otaczające je pięć zdań... Potworność. Jeszcze nigdy nie miałam z tym aż takich problemów. Skończyłam dopiero dzisiaj.
Odpowiadając na zadane przez paru czytelników pytania - nie, nie uczyłam się, nie uczę i prawdopodobnie nie będę się uczyć hiszpańskiego. I nigdy nie byłam w Hiszpanii ^^
Pod notką dodaję ostatni filmik z Kapitana Pazura. Miłego czytania!
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Zanim Pazur zdążył ją wyminąć, podeszła do odrapanych drzwi i stanowczo zapukała, owinąwszy uprzednio dłoń w rąbek fartucha.
Odpowiedziała jej cisza.
Niezrażona tym Jackie poczęła łomotać w nadgniłe drewno z taką energią, że aż płaty złuszczającej się farby fruwały w powietrzu. Po dłuższej chwili, kiedy zniecierpliwiony Pazur zaczął już rozważać wdarcie się do środka siłą, wewnątrz zapanowało jakieś poruszenie. Rozległ się rumor, następnie jęk i parę przekleństw, a potem ich uszu dobiegł schrypnięty, zapijaczony głos:
- Nie mam żadnych pieniędzy! Oddam, gdy tylko dostanę, słowo honoru..! Nawet z PROCENTEM, tylko nie hałasuj, bo mózg mi zaraz wycieknie przez uszy!
- Ja nie w tej sprawie! - odkrzyknęła Jacklynn, przestając się dobijać. - Mam do pana interes, senor! Może pan na tym sporo zyskać!
Taka obiecująca propozycja wygłoszona kobiecym głosem wystarczyła, żeby wywabić kocura z jego kryjówki. Rozległo się ciężkie człapanie, następnie skrzypnięcie odsuwanych rygli, po czym drzwi uchyliły się odrobinę, a w powstałej szparze łypnęło nieufnie mętne, niegdyś zapewne intensywnie zielone oko. Zlustrowało uważnie postać Jacklynn, zarejestrowało obecność Pazura - i znikło. Po chwili wahania drzwi otwarły się na oścież, a na progu, mrużąc zaczerwienione ślepia w blasku budzącego się dnia, stanął gospodarz.
Bez wątpienia kiedyś był żeglarzem - świadczył o tym ociężały sposób poruszania się i stare marynarskie ubrania. Jednak poza tym wcale nie przypominał kota morskiego - obrósł tłuszczem, a jego niegdyś stalowe mięśnie zwiotczały od długiego nieróbstwa. Brudny, wydzielający nieprzyjemną woń zwalisty kocur był karykaturą prawdziwego żeglarza, żałosnym wspomnieniem lepszych czasów. Nie znaczyło to jednak, że można go było zupełnie zlekceważyć- wciąż miał dość siły, aby przysporzyć poważnych kłopotów, a prawą dłoń niepokojąco pewnie trzymał na rękojeści noża.
- Senor Raul? Możemy porozmawiać? - Lorelei śmiało postąpiła naprzód, udając, że nie zauważa broni u jego pasa.
Grafitowo czarny kot uniósł brwi, z niejakim zdumieniem badając wzrokiem jej młodą, pociągającą sylwetkę, jakby zastanawiając się, czego taka śliczna kotka szuka w takim miejscu jak to.
- Tak, to ja... Zapraszam, senorita! - wychrypiał po skończeniu oględzin, odsuwając się, aby mogła wejść. Zrobił jej jednak tylko tyle miejsca, aby przechodząc musiała się o niego otrzeć. Jacklynn przesmyknęła się zwinnie obok, jednak nie udało jej się zupełnie uniknąć z nim kontaktu - musiała dotknąć go ramieniem i biodrem. Nataniel zauważył, że choć bardzo uważała by nie okazać obrzydzenia, dość zauważalnie się wzdrygnęła i nieco zbyt pospiesznie weszła w głąb ciemnego, cuchnącego pomieszczenia. Raul odprowadził ją... wyraźnie niedobrym spojrzeniem. Niewróżącym nic dobrego.
Nataniel podszedł bliżej, a wtedy kocur natychmiast odwrócił się w jego stronę, do połowy wysuwając broń z pochwy.
- Pana nie zapraszałem, senor! - warknął, nie siląc się nawet na uprzejmość.
- Wchodzimy razem, ja i senorita - albo żadne z nas! - oświadczył lodowato Nataniel, spoglądając mu w kaprawe ślepia. Z wnętrza rudery dobiegło go stłumione, lecz równie stanowcze przytaknięcie Jacklynn. Nie miała najmniejszego zamiaru zostać z Raulem sam na sam, nawet gdyby ta decyzja miała ją kosztować utratę mapy.
Hiszpan zawahał się, ale nie miał wyboru - cofnął się do środka, dając Pazurowi wolną drogę. Jego szczęście, że nie próbował kapitanowi utrudniać przejścia - gdyby chciał się i o niego otrzeć, Nataniel bez chwili wahania wybiłby mu parę spróchniałych zębów.
Wewnątrz chaty było mroczno i cuchnąco, wszędzie walały się jakieś rupiecie, niewyraźnie rysujące się w lepkich ciemnościach. Czuć było stęchły zapach dawno nie zmienianej pościeli, słodkawy aromat zleżałego rumu, a także suchą, wypełniającą nozdrza woń starego, spróchniałego drewna. Jednak nad tym wszystkim dominował drapiący w gardle, ciężki, doprowadzający do mdłości odór potu pijaka, przetrawionego bimbru, wymiocin i tłustego, niemytego futra.
Wszystko to zaatakowało czuły nos kapitana z taką siłą, że niewiele brakowało, a zgiąłby się wpół i zwymiotował. Wstrzymał powietrze i rozpaczliwie starał się zachować godność - gdyby nie dał rady powstrzymać przyziemnych odruchów, jego miłość własna mocno by ucierpiała. Załzawionymi oczyma dojrzał Jacklynn, która wbijała sobie pazurki w przedramię żeby nie zemdleć i z trudem oddychała przez usta. Ten widok pomógł mu się opanować, więc wziął z niej przykład, chociaż miał wrażenie, że na języku osiada mu gruba, obrzydliwie kleista warstwa zmaterializowanego smrodu.
Gdyby Raul miał ochotę teraz zaatakować, mógłby pokroić Nataniela na kawałki, podczas gdy on tylko słaniałby się na nogach i charczał. Na szczęście, ich gospodarz był zajęty - po zamknięciu drzwi poczłapał ciężko do brudnego stołu i zapalił zaśniedziałą lampkę, dodając zawiesisty fetorek płonącego oleju do (i tak już obezwładniającej) puli zapachów. W migotliwym, nikłym świetle wykonał zapraszający gest, wskazując im dwa rozpadające się krzesła.
Nataniel ruszył w jego stronę, za nim na miękkich nogach podążyła Jacklynn. Wyraźnie była już na skraju wytrzymałości, a po tym wszystkim musiała jeszcze usiąść na chwiejnym mebelku, tak blisko starego kocura! Niestety nie miała wyboru, bowiem wiedziała, że pertraktacje na stojąco wprowadzają nieufny nastrój - a na to nie mogli sobie pozwolić. Zaciskając dłonie opuściła się więc na siedzenie, sztywna jak drewniana kukiełka. Gospodarz specjalnie ustawił jej krzesło blisko swojego, ale Lorelei szybko przesunęła się z meblem w stronę Nataniela, niemal przyciskając się do kapitana ramieniem. Pazur pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek - wyraźnie był dla niej mniej odpychający od Raula. Czyż nie powinien czuć się mile połechtany?
Hiszpan spojrzał na nich ciężkim wzrokiem.
- Podobno macie do mnie jakąś sprawę - bardziej stwierdził niż zapytał. Patrzył przy tym na Lorelei, ale wyraźnie czuł, że i Pazur ma tu coś do powiedzenia, dlatego też nie odważył się całkiem go zlekceważyć i łypał na niego co jakiś czas.
- Cóż, senor - powiedziała Jackie, próbując pogodzić mówienie z oddychaniem. - Mamy dla pana smutną wiadomość; pański "przyjaciel", senor Christobal de Ortega Quesada, nie żyje. Chciał pana oszukać i zagarnąć skarb dla siebie, jednak zginął, pojmany na wyspie przez tubylców, a swoje części mapy rzucił do morza i najprawdopodobniej nikt nigdy ich nie odnajdzie.
- Skąd o nim wiecie?! - Raul wyprostował się gwałtownie, aż stołek jęknął żałośnie pod jego zwalistym cielskiem. Odchylił się do tyłu, żeby ukryć twarz w ciemnościach panujących poza kręgiem światła rzucanego przez lampkę, ale Nataniel zdążył zobaczyć zimny, morderczy błysk w jego oku. Christobal miał rację - ich gospodarz rzeczywiście był niebezpiecznym, bezlitosnym zbójem o pirackim sercu.
- Z odnalezionego listu, senor - Jackie wyciągnęła zza dekoltu papier znaleziony w butelce (Raul uśmiechnął się na ten widok dość obleśnie). - Proszę przeczytać, a wszystko pan zrozumie. Większa część to opis waszej pierwszej podróży, ale to co pana - i nas - interesuje, zaczyna się, o, tutaj.
Podała mu list i cofnęła dłoń na tyle szybko, że nie zdążył jej dotknąć. Hiszpan wziął stary papier, przysunął sobie do zaczerwienionych oczu i mozolnie począł składać zdania, litera po literze. Sapał przy tym i po cichu wymawiał sylaby, męcząc się z nimi niepomiernie. Wyraźnie czytanie nie było jego mocną stroną.
Podczas gdy ich gospodarz katował swój analfabetyzm, mogli na spokojnie przeanalizować sytuację. Pazur nie był przekonany, czy granie z Raulem w otwarte karty to mądry pomysł. Uważał, że temu podrzynaczowi gardeł nie można ufać - gdyby Hiszpan uznał, że jest to dla niego korzystne, oszukałby ich bez skrupułów. A jeśli dowie się, kim są, z pewnością będzie chciał wydać ich władzom... O ile jest na tyle głupi, żeby nie wiedzieć, że wtedy straże od razu przymkną i jego. To taki kot, od którego trzeba się trzymać najdalej, jak to tylko możliwe, bo samo przebywanie w jego towarzystwie grozi czymś paskudnym - i nie chodzi tu jedynie o pchły.
Raul w końcu dotarł do ostatnich linijek listu i z hukiem rozpłaszczył go łapą o stół.
- Ha! A więc ten oszukańczy słabeusz zdechł tak, jak na to zasłużył! Wielki pan pochodzę-z-dobrej-rodziny złożony w ofierze przez dzikusy! Mam nadzieję, że bardzo bolało, hehehehehe..! - zarechotał, po czym urwał, widząc ich lekko zszokowane spojrzenia. - Hm, hm. No tak. Jednak nadal nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego.
- Cóż, senor... Sam pan widzi, że zdobycie kompletnej mapy skarbu jest zupełnie niemożliwe, przez co jej osiągalne kawałki są teraz bezwartościowe. Na szczęście, tak się składa, że w ramach... żyłki kolekcjonerskiej... Jestem skłonna odkupić będące w pańskim posiadaniu fragmenty mapy. Cóż powiedzieć - lubię zbierać różne ciekawostki. Taki kobiecy kaprys. - Jacklynn najwyraźniej przemogła jakoś obrzydzenie i dała radę rzucić Raulowi uwodzicielskie spojrzenie spod półprzymkniętych powiek.
- Ja również jestem zainteresowany kupnem, senor Raul! - Natanielowi nie podobało się, że musi to powiedzieć otwarcie; teraz Hiszpan będzie mógł podbijać cenę i dać mapę temu, kto zapłaci więcej. Jednak kapitan nie miał wyjścia, bo inaczej Jackie byłaby jedyną chętną i bez wątpienia wygrałaby zakład!
Raulowi oczy błysnęły chciwie, jednak pochylił głowę, składając czoło na opartej na stole ręce.
- To bardzo hojnie z waszej strony, los senores. Jednak musicie mi wybaczyć, jestem w tej chwili nieco... skołowany i nie mogę należycie rozważyć waszej propozycji - wychrypiał boleściwie. Było jasne, że chce zyskać na czasie, aby przemyśleć jak też wyciągnąć od nich możliwie najwięcej pieniędzy.
Jednak Jackie okazała się wyjątkowo przewidująca - z ozdobnego fartucha wyciągnęła pękatą butelkę rumu i postawiła ją z głośnym stuknięciem na stole.
- To oczywiste, że taka niespodziewana oferta wymaga przemyślenia, senor - uśmiechnęła się do niego. - Mam jednak nadzieję, że to - tu zapukała pazurkiem w grube, ciemnozielone szkło - pozwoli panu przemóc niedyspozycję i możliwie jak najszybciej dobić targu.
Raul szybkim ruchem sięgnął po butelkę, odkorkował ją zębami, powąchał i pociągnął spory łyk z gwinta. Chwilę potrzymał rum w ustach, po czym przełknął z błogim uśmiechem na mordzie.
- Widzę, że doskonale zna pani potrzeby mężczyzny, senorita - mruknął, oblizując wargi i wbijając w nią niepokojąco intensywne spojrzenie - słucham więc pani propozycji.
Lorelei po raz kolejny się wzdrygnęła, ale dała radę utrzymać uśmiech na twarzy. Pazur podziwiał jej opanowanie i umiejętności aktorskie - trzymała się dzielnie, chociaż najchętniej pewnie uciekłaby stąd z krzykiem i zwymiotowała parę przecznic dalej.
- Cóż, senor... - powiedziała powoli, udając namysł. - Jak dla pana, mogę zapłacić... Trzy reale za fragment mapy. W srebrnej monecie!
To była wyjątkowo korzystna propozycja, zważywszy, że dwa reale dniówki stanowiło minimum życiowe. Do tego używając srebrnych monet unikało się dodatkowej opłaty, uiszczanej w przypadku korzystania z miedziaków. Dwanaście reali w srebrze za cztery kawałki mapy stanowiło więc niezłą przynętę dla kogoś, kto od paru dni nie miał w ustach ani kropli rumu. A jeszcze ten trunek, który Jacklynn mu podarowała... Zdecydowanie, zdobyła sobie przychylność starego kocura.
- Kusząca oferta, senorita! - Raul znów popił z butelki. Alkohol szybko zaczynał działać - Hiszpan już odzywał się głośniej i miał bardziej nerwowe, nienajlepiej skoordynowane ruchy.
- W istocie tak jest, senor - Nataniel postanowił wkroczyć do akcji - Jednak moja bardziej przypadnie panu do gustu. Cztery reale za sztukę.
Jackie uśmiechnęła się słodko.
- Siedemnaście reali za komplet.
Nataniel uniósł brew do góry.
- Osiemnaście... I dorzucam skrzynkę przedniego rumu.
Kapitanowie spojrzeli na siebie uważnie, starając się oszacować, ile jest skłonny dać przeciwnik. Cena zrobiła się już całkiem wysoka, być może nawet nieco rozzuchwalili Raula. Nierozsądne byłoby zapłacenie mu więcej niż dwudziestu reali, a jeśli dalej będą się przebijać, Hiszpan dostanie jakąś astronomiczną kwotę. Tylko które z nich zechce zrezygnować?
Na szczęście, w tym momencie Raul zaniósł się pijackim śmiechem.
- Prawie dwa escudo za cztery zatęchłe kawałki niekompletnej mapy?! Byłbym największym głupcem na świecie, gdybym zrezygnował z takiej oferty! - wybełkotał, usiłując utrzymać w górze nieco chwiejącą się głowę. Widać musiał pić na pusty żołądek, a trzeba przyznać, że Jackie przyniosła naprawdę porządny rum.
- A więc dobiliśmy targu, senor?! - ucieszył się Nataniel.
Raul zaniósł się paskudnym kaszlem, potem charknął i splunął na podłogę.
- Chciałbym... Cóż, kiedy nie mam już tej mapy.
Jacklynn i Pazur wyprostowali się natychmiast. Jackie miała mord w oczach, a Nataniel powoli przesunął dłoń do marynarskiego noża u pasa (szpadę musiał zostawić, bo nie pasowała do przebrania). "A więc to tak? Stary pijak zmusza nas do siedzenia w tej smrodliwej norze, częstowania go najlepszym rumem i obiecywania mu złotych gór, żeby okazało się, iż nie posiada żadnej mapy?! No cóż... Raczej nikt nie będzie za nim specjalnie tęsknił." - pomyślał. Zdążył już do połowy wyciągnąć kordelas z pochwy, kiedy słowa Raula nieco ostudziły jego zapał.
- Tak, los senores... Czasy były ciężkie, a za coś trzeba żyć... Dwa kawałki sprzedałem, dwa mi podle odebrano... Jednak mogę wam sprzedać informację, gdzie ich szukać. Trzy reale za wiadomość o jednym fragmencie.
- Trzy reale miały być za sam kawałek mapy - dwa i ani maravedi więcej! - ucięła jego zapędy Jacklynn.
Raul spojrzał z nadzieją na Nataniela, ale ten ani myślał podbijać ceny.
- Zgoda, senorita - westchnął Hiszpan. - Proszę o moje cztery reale i zaczynam.
- Cztery reale? - zapytała lodowato Lorelei.
- No... Po dwa reale od pary uszu, nie?
Jacklynn spojrzała na Nataniela. Nataniel popatrzył na Jacklynn. Skinęli sobie głowami.
- Każde z nas będzie słuchać tylko jednym uchem - to będzie W SUMIE dwa reale - oznajmił beznamiętnie Pazur i oboje położyli na brudnym stole po jednej srebrnej monecie.
Raul spojrzał na pieniądze z niemą rozpaczą, ale nie miał wyjścia - schował zapłatę do kieszeni. Podrapał się po zawszonej czuprynie, raz jeszcze łyknął rumu i zaczął ochrypłym głosem:
- Parę lat temu przyjechał do mnie krewniak, najmłodszy syn mojej drugiej siostry, czy ktoś w tym guście... Podróżował przez tę okolicę i wymyślił sobie, że przenocuje u mnie, żeby nie tracić pieniędzy. Byłem akurat nieco... chory... - znów pociągnął z butelki - więc nie bardzo mogłem go dopilnować... Akurat jeden z fragmentów mapy zostawiłem na wierzchu, jakoś tak zaplątał mi się na stół... Kiedy spałem, ten obwieś splądrował mi dom i ruszył w drogę wczesnym rankiem, a gdy zauważyłem, że brakuje mi paru maravedi, najlepszych butów i tej mapy, on był już daleko. Tak mi się odwdzięczyć za gościnę..! - mamrotał przez chwilę niewyraźnie, kiwając się nad niemal pustą butelką.
- A jak się nazywał ten krewniak? Jak wyglądał, dokąd zmierzał? - Nataniel chciał wycisnąć ze swojego reala najwięcej, jak się da.
Raul podniósł na niego zasnute alkoholową mgiełką ślepia.
- ...Magno Aznar Rodriguez. Taki smarkacz, trzydzieści parę lat, czarne, nieco wyleniałe futro, chudy i wysoki, rozbiegane spojrzenie... Mówił, że jedzie do Aldea del Vidrio... Chciał zostać czeladnikiem szklarza.
- No dobrze... A inne fragmenty mapy? - zapytała Jackie, szukając następnego reala.
- Nie teraz, senorita - jak wrócicie z Galicji, to powiem, co się stało z następnym kawałkiem... Za odpowiednią zapłatą! - Raul, mimo iż spity, nadal potrafił myśleć. Chciał mieć możliwość wynegocjowania lepszej ceny - a może też im nie ufał i bał się, że po uzyskaniu od niego wszystkich informacji pozbędą się go, aby odzyskać pieniądze... "Co w zasadzie nie jest złym pomysłem" - przemknęło przez myśl Natanielowi.
Jackie nie była zbyt zadowolona z takiego obrotu sprawy i wyraźnie zamierzała protestować, ale nie miała ku temu okazji - Raul zakołysał się niebezpiecznie na stołku, po czym trzasnął czołem o stół i zachrapał, ściskając w objęciach opróżnioną butelkę. Nic więcej z niego nie wydobędą.
Lorelei natychmiast zerwała się z miejsca i szybkim krokiem podążyła ku drzwiom, nie mając zamiaru pozostawać w tej ohydnej norze ani sekundy dłużej, niż było to niezbędne. Nataniel skwapliwie poszedł w jej ślady, przedtem zapobiegawczo gasząc cuchnącą lampkę oliwną - gdyby śpiący Raul ją przewrócił, cała ta rupieciarnia natychmiast stanęłaby w płomieniach. Kapitan nie zamierzał pozwolić, by ich jedyny informator zginął w pożarze, przekazując im jedynie szczątkowe informacje. Nie mówiąc już o tym, że Natanielowi żal się zrobiło mieszkańców Llanes - to stosunkowo ładne miasteczko, a po spłonięciu rudery Raula tutejsi Hiszpanie musieliby podłożyć ogień pod własne domy, nie mogąc pozbyć się smrodu.
Po zadbaniu o względy bezpieczeństwa rzucił się do wyjścia, zatykając sobie nos, ponieważ Jackie właśnie wpuściła do środka świeże powietrze i kontrast z panującym wewnątrz smrodem niemal go powalił. Kiedy tylko znalazł się na dworze, z prawdziwą ulgą zatrzasnął za sobą drzwi i odetchnął głęboko. Przez chwilę on i Jacklynn z rozkoszą wciągali do płuc cudowny zapach nadmorskiego miasteczka o poranku, po czym z wolna ruszyli w doł uliczki dokerów, bez żalu zostawiając śmierdzącą ruderę za swoimi plecami.
Doszli do ulicy nad nabrzeżem. Jackie skierowała się w drogę powrotną na statek, ale Nataniel skręcił w lewo.
- A ty dokąd? - zdziwiła się kotka, oglądając się za Pazurem. - Stamtąd przyszliśmy!
- Wiem- rzucił przez ramię, nie zatrzymując się. - Ale zamierzam jeszcze skoczyć do tawerny. Wracaj sama.
I poszedł sobie, zostawiając Jacklynn na środku ulicy.
- Dżentelmen, kurde mol! - zdenerwowała się, przytupując ze złością stopą o bruk. - A może byś tak odprowadził damę, co?
Ale kapitan był już daleko i nie mógł jej usłyszeć - zresztą, pewnie i tak nawet by się nie odwrócił. Jacklynn fuknęła z irytacją i obróciła się na pięcie, aż jej spódnice zafurkotały. Przy okazji owionął ją nienajświeższy zapach - pozostałość po ostatniej półgodzinie spędzonej u Raula. "Moje ubranie! Cuchnie jak szmaty do podłogi!" - przeraziła się, obwąchując rękaw. - "Moje włosy i futro też zdążyły przesiąknąć! Czuć ode mnie, jakbym całą noc czyściła kanały ściekowe!!!". Trochę przesadzała, ale rzeczywiście nie roztaczała najprzyjemniejszej woni. Musiała coś na to poradzić!
Uniosła nieco spódnicę i szybkim krokiem ruszyła w kierunku rynku. Jest jeszcze wcześnie, nie musi od razu wracać na statek - najpierw doprowadzi się do porządku.


Nataniel otworzył drzwi tawerny "Viejo capitan" i wszedł do środka. Chłopak do posługi przerwał zmywanie podłogi i spojrzał na niego ze zdumieniem. Pora była nieco dziwna jak na odwiedziny - za wcześnie na tych, co przychodzą w dzień i za późno na nocnych marków, z których najbardziej wytrwali wciąż jeszcze spali z głowami na blatach stolików. Dla personelu tawerny była to chwila na wprowadzenie ładu - posprzątanie, umycie naczyń, wyrzucenie śmieci. Potem trzeba będzie pozbyć się tych, którzy nie mogą wyjść o własnych siłach i można nawet pójść na spacer - klienci nie schodzą się przed południem. Nic więc dziwnego, że zdumiała ich wizyta nieznanego kota o tej porze.
Nataniel się nie przejął - specjalnie przyszedł teraz, żeby zająć dogodne miejsce w zacienionym kącie i obserwować wchodzących. Gdyby przybył kiedy wszyscy się już zejdą, jego pojawienie się natychmiast przerwałoby wszelkie rozmowy i niczego by się nie dowiedział, a chciał posłuchać rozmów marynarzy. Po przekupkach i wścibskich sąsiadkach żeglarze byli największymi plotkarzami w mieście. Jedyna różnica - rozmawiali na tematy ściśle związane z ich rzemiosłem. Kąt w tawernie był więc najlepszym możliwym miejscem, aby dowiedzieć się, gdzie kręcą się okręty Hiszpańskiej Floty albo czy w pobliżu nie przepływa jakiś statek z wartościowym ładunkiem.
Pazur usiadł na krześle pod ścianą i zamówił kielich wina (rum natychmiast zaklasyfikowałby go jako cudzoziemca) i coś do przegryzienia. Ma mnóstwo czasu, więc może spokojnie zjeść śniadanie.


Jacklynn weszła na plac targowy i natychmiast zaczęła się rozglądać za handlarką kwiatami. Szybki spacer usunął większość niemiłego zapachu, ale nadal potrzebowała czegoś o intensywnej, przyjemnej woni. Na szczęście, nie było już tak strasznie wcześnie i przekupki siedziały na swoich miejscach, zachwalając towary. Klienci jeszcze spali, ale Jackie to było na rękę - dzięki temu miała większy wybór i mogła uniknąć tłumów.
- Buenos dias, senorita
- uśmiechnęła się do niej niemłoda już handlarka. - Mam piękne kwiaty, dopiero co ścięte. Czego sobie pani życzy? Róże? Irysy?
- Coś co bardzo mocno pachnie, senorita - poprosiła Jacklynn.
- To może goździki? - kotka uniosła wiązankę intensywnie czerwonych kwiatów o postrzępionych płatkach.
- Idealne! - ucieszyła się Jacklynn, przyjmując wielki bukiet i dając kwiaciarce parę maravedi więcej, niż wynosiła należność. - Jakie wspaniałe! Najładniejsze, jakie kiedykolwiek widziałam. Proszę to zatrzymać, należy się pani. Życzę dobrego dnia!
- ¡Hasta luego!
Pani również, senorita! - zawołała za nią uśmiechnięta kotka, machając jej na pożegnanie.
Jackie schowała twarz w przepysznie kolorowym bukiecie i zaciągnęła się intrygującym, mocnym zapachem. Bardzo lubiła kwiaty, a te nie dość, że były przepiękne, to jeszcze ich woń w parę chwil sprawi, że i ona będzie pachnieć jak należy. No i pasowały do jej stroju. Zadowolona, skróciła łodyżkę jednego goździka i włożyła go sobie we włosy. Teraz może się znowu pokazać między kotami...
- Ach, szczęśliwa godzino! Buenos dias raz jeszcze, senorita. Wygląda pani... kwitnąco!
Mile zaskoczona, obróciła się, by zobaczyć uwodzicielsko uśmiechniętego Jose Marię.
- ¡Buenos dias, senor!
- odpowiedziała, posyłając mu przychylne spojrzenie. - Cóż za niespodziewane spotkanie!
- Modliłem się o nie od chwili, gdy musiałem się z panią rozstać - zapewnił Hiszpan, kłaniając się jej kurtuazyjnie. - Czy uczyni mi pani zaszczyt i zezwoli sobie teraz towarzyszyć?
- Owszem, senor - odpowiedziała łaskawie. - To bardzo miło z pana strony, że poświęca mi tyle czasu.
- Poświęcam pani tyle czasu? Senorita! Te chwile, które z panią spędzam, są warte więcej, niż cała reszta mojego życia poczynając od momentu, w którym przyszedłem na świat! - oburzył się Jose Maria.
"Wstrętny flirciarz!" - pomyślała Jackie, nie mogąc jednak powstrzymać pojawiającego się na wargach uśmiechu.
- Dokąd pani zmierza, senorita? - zapytał jej adorator.
- W zasadzie nigdzie. Zaszłam tu tylko, aby kupić kwiaty - wyjaśniła, poprawiając ułożenie bukietu.
- A więc nie są one prezentem od pani galanta? Proszę wybaczyć mi śmiałość, senorita, jednak me bezczelne słowa dyktowane są nierealną nadzieją, iż nie ubiegł mnie żaden mężczyzna...
- Cóż, ma pan szczęście, senor - odpowiedziała Jacklynn, spuszczając skromnie oczy - Tak się składa, że kwiaty muszę kupować sobie sama.
- Zatem będę pierwszym szczęśliwcem, który będzie mógł uczcić pani urodę skromnym podarunkiem! - zawołał z radością kot, po czym wyszukanym gestem wskazał jej drogę w stronę stoisk ze słodyczami. - Pani pozwoli?

Jacklynn zjadła jedne z najprzyjemniejszych drugich śniadań w swoim życiu właśnie na placu targowym Llanes. Jose Maria, zgodnie z hiszpańskim pojęciem galanterii, nie skąpił pieniędzy na swoją damę i co i rusz podsuwał jej nowe smakołyki. Jacklynn z zadowoleniem przyjęła posiłek złożony z kanapki z jamón serrano (dojrzewającej szynki), queso Cabrales (niebieskiego sera) i wina, skusiła się na świeże owoce i sorbet z lodem, po czym z lekkim przerażeniem odmówiła przyjęcia owoców w cukrze i czekolady, którymi chciał ją jeszcze nakarmić rozentuzjazmowany zalotnik. Oprócz tego, że była już najedzona, obawiała się, żeby nie wydał na nią wszystkich pieniędzy - nie wyglądało na to, żeby miał bardzo duży budżet. Jednak jej słabe protesty nie powstrzymały go od sprezentowania jej o wiele ładniejszej chusty na głowę, którą, po paru zakłopotanych "Ależ nie trzeba było", założyła zamiast poprzedniej. Przeglądając się w podsuniętym przez sprzedawczynię lusterku zauważyła, że w nowym nabytku jest jej o wiele bardziej do twarzy.
Jose Maria stał za nią z rękami w kieszeniach (to był pierwszy marynarski zwyczaj, jaki dotąd udało jej się u niego zauważyć) i uśmiechał się, patrząc na nią z zachwytem. Korzystając z okazji, żeby go dokładnie ocenić, obejrzała sobie jego sylwetkę w lustrzanej tafli. Wyższy od niej, szeroki w barkach, smukły i dobrze umięśniony, o wesołych, chłopięcych oczach i przyjaznym, chwilami nawet uwodzicielskim uśmiechu... Strasznie jej się podobał. I jeszcze to jego pełne galanterii, ale niewymuszone zachowanie... Po prostu ideał. Czy takie kocury to wyłączny towar eksportowy Hiszpanii?
Udało jej się powstrzymać rozmarzone westchnienie, które na pewno by dosłyszał. Oddała handlarce lusterko i odwróciła się w jego stronę.
Uśmiechnął się do niej, pozwalając sobie na rozanielony wyraz twarzy.
- Ośmielę się stwierdzić, że jest pani piękna, senorita - oznajmił, skłaniając lekko głowę. - Czy tak niebiańska istota zechce zaszczycić mnie, skromnego śmiertelnika i wybrać się ze mną na przechadzkę wśród gajów cytrusowych?
Jacklynn nawet nie próbowała robić nieprzystępnej miny, tylko chętnie skinęła głową i pozwoliła się poprowadzić na spacer.

Ścieżynka prowadząca wśród pachnących drzew cytrynowych i pomarańczowych była naprawdę urocza - zupełnie jak senor Jose Maria. Przez całą drogę zasypywał Lorelei komplementami, będącymi poetyckimi porównaniami i choć większość brzmiała banalnie, jednak Jackie słuchała ich z prawdziwą przyjemnością. Wiedziała, że nie mówił do końca szczerze - jej oczy nie miały barwy "szafiru na ciemnym atłasie", włosy z pewnością nie były "koloru aksamitnej, bezgwiezdnej nocy na Dalekim Wschodzie" a jej głos już NA PEWNO nie brzmiał niczym "srebrzysty śpiew skowronka". Wiedziała też, że nie mówił do końca szczerze - mimo niekłamanego zachwytu w jego głosie spojrzenie miał całkiem przytomne, a żeby z całym przekonaniem wygadywać takie rzeczy, musiałby być zakochany po uszy. Jednak nie przeszkadzało jej to szczególnie - ważne było, że naprawdę mu się podobała i że on zachowuje się jak najbardziej romantyczny galant na świecie. Oczywiście, to głupie, a nawet nieco naiwne, ale po tak długim czasie obcowania jedynie z kocurami, które usiłują ją poderwać tekstami w stylu "Hej, niezłe masz... (wstawić odpowiednią część ciała)" i uważają to jednocześnie za najwspanialszy komplement, rozpaczliwie tęskniła za podziwem kogoś takiego, jak on. Dobrze wiedziała, że Jose Maria (mimo wyraźnego upodobania do bycia romantycznym galantem) nie skacze dookoła niej tak zupełnie bezinteresownie, chcąc tylko niewinnie poflirtować - ale to również nie było dla niej problemem. "Wiele kotek chciałoby być teraz na moim miejscu..."- pomyślała, przyjmując jego ramię, żeby przejść przez Puente del Felinos. Nieważne, że kamienny most był bardzo solidny, a tak szeroki, że dwa wozy mogłyby spokojnie przejechać obok siebie - jej towarzysz prowadził ją z taką uwagą, jakby stąpali po cienkiej linie nad przepaścią. "Widać po prostu lubi być bohaterskim rycerzem i ratować damę w opresji" - pomyślała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Przez moment poczuła się, jakby była tylko zwykłą dziewczyną, przechadzającą się z narzeczonym. Nigdy nie miała okazji robić czegoś takiego. Większość kotek w jej wieku dawno już miało męża i kocięta... Przelotnie zastanowiła się, czy warto tułać się po świecie, narażając życie swoje i swoich przyjaciółek, przymierając głodem, odnosząc rany, ciągle goniąc albo uciekając... Zerknęła na Jose Marię, który szedł obok niej, plotąc coś niezobowiązująco o pięknie krajobrazu. Nienajgorszy byłby z niego mąż - sądząc po jego zapachu i wyglądzie nie pije za dużo, zachowuje się odpowiednio, nie jest też głupi, niewychowany, ani skąpy... To mogłoby być całkiem udane małżeństwo z rozsądku. Mieliby dwójkę ślicznych, zielonookich dzieci, domek z drzewami owocowymi w ogrodzie... Ona codziennie chodziłaby na targ, opiekowała się kociętami i zajmowała się gospodarstwem... On bywałby często w domu, bo jego mały handlowiec pływa w krótkie, niedalekie rejsy i dużo czasu spędza w porcie macierzystym... Chodziliby razem na spacery, najpierw tylko we dwoje, potem z dziećmi i... Stop!
Potrząsnęła głową, odpędzając nierealne marzenia. "Głupia!" - skarciła siebie w myślach. - "Dobrze wiesz, że nic z tego! Jose Maria jest niesamowitym adoratorem, ale jako mąż byłby po prostu nudny. Na dodatek wygląda na takiego, co to lubi skoki w bok, a dobrze wiesz, że za zdradę byś go zakopała żywcem w stercie ogrodowego kompostownika. Co więcej, znając twoje szczęście, kiedy tylko próbowałabyś sobie ułożyć normalne życie, zdarzyłaby się jakaś katastrofa..."
Zakręciło jej się w głowie, kiedy znów powrócił do niej kawałek jej zapomnianej przeszłości. Tak, kiedyś już chciała "znormalnieć", a wtedy natychmiast jej w miarę już poukładany świat zaczął się walić... Zupełnie, jakby przeklęte szczęście Bloodbane'ów działało tylko wtedy, gdy rzucała się głową w niebezpieczne sytuacje...
Po tym, jak udało jej się uciec JEGO marynarzom, łaknącym zemsty za śmierć swojego kapitana (Jackie nawet w myślach nie mogła się zmusić do wypowiedzenia imienia swego ojca), wcale nie chciała być piratem, ani nawet udawać chłopca pokładowego - razem z Sammy i Pitem, którzy pomogli jej uciec z półlegalnego targu niewolników, dotarła do małego miasteczka w Indiach Zachodnich (czyli amerykańskich koloniach Hiszpanii). Nie wiedząc, co ze sobą począć, przedłużali swój pobyt z dnia na dzień, aż ona i Samantha zadomowiły się na dobre i nie chciały odchodzić. Pit jednak tęsknił za życiem marynarza, więc kiedy tylko upewnił się, że sobie poradzą, zaokrętował się na kotwiczący w porcie statek. Wyglądało na to, że ona i Sammy będą musiały się z nim rozstać... Jednak kiedy do pożegnania z Pitem pozostało tylko kilka godzin, pojawili się piraci!
Mord, gwałty i pożoga dotknęły nieszczęsnych mieszkańców dotąd spokojnego miasteczka. Szczęśliwe życie Jacklynn po raz kolejny strawiły płomienie, a ona nie miała czego szukać w miejscu, które zostało doszczętnie zniszczone - nawet po odbudowie wioski nie czułaby się tu bezpieczna, wciąż przypominając sobie krzyki mordowanych osadników, czując smród palonych ciał, widząc ślady krwi i płomieni i wiedząc, że na miejscu każdego nowego domu były ruiny płonących budynków... Musiała odejść, znów czując się jak zaszczute zwierzątko i mając irracjonalne poczucie winy za to, co się stało...
Zadrżała i objęła się ramionami, mimo trzydziestostopniowego upału czując lodowaty pot na plecach. Jose Maria spojrzał na nią pytająco, więc uśmiechnęła się słabo i machnęła dłonią, jakby chciała powiedzieć "To nic takiego". Nie, nie może tak po prostu żyć jak inne kotki. Nigdy nie będzie przeciętna - jeśli kiedyś znajdzie szczęście i stabilizację, to na pewno nie w taki zwykły, oklepany sposób. A pomijając to wszystko... Nie kochała tego kota.
Poczuła, że czerwienieje jej nos - pewnie bardzo wiele kotek (a tym bardziej kotów) wyśmiałoby ją w tej chwili. Odrzuca taką "dobrą partię" z powodu głupich przesądów i wiary w miłość?! Dobrze wiedziała, że może to brzmieć niepoważnie, ale wierzyła, że dwoje osób przeciwnej płci może połączyć coś więcej niż tylko bezkonfliktowe wspólne życie. Większość dziewczynek wzdychała do wspaniałego, przystojnego księcia z bajki, w którym z wzajemnością zakochają się od pierwszego wejrzenia i będą razem z nim żyły długo i szczęśliwie w jego wspaniałym zamku... A potem wychodziły za jakiegoś ponurego draba, który pił i często bijał je i ich (zbyt) liczne dzieci. Dlaczego więc ona, która aż za dobrze poznała to okrutniejsze oblicze świata, nadal ma nadzieję - a może raczej złudzenia?
Z rozmyślań wyrwała ją nagła cisza - to Jose Maria najwyraźniej musiał ją o coś spytać i teraz oczekiwał odpowiedzi. Uśmiechnęła się do niego przepraszająco.
- Proszę o wybaczenie, senor... Dzień taki ciepły i piękny, trochę się rozmarzyłam... O co pan pytał?
Kot wyszczerzył w uśmiechu zęby, najwyraźniej trafnie zgadując, że myślała o nim.
- Nic nie szkodzi, senorita - gdybym wiedział, że pani przeszkodzę, nie śmiałbym pani kłopotać... Zauważyłem jedynie, że wróciliśmy do Llanes i pragnąłem wiedzieć, czy przechadzka nie strudziła pani za bardzo. Słońce już wysoko, zbliżają się najgorętsze godziny dnia, a ja nieopatrznie zaproponowałem zbyt daleki spacer...
- Ależ skąd, senor. To była czysta przyjemność - zapewniła Jacklynn, jednak kiedy weszli w chłodny cień budynków, zrobiło się jej o wiele przyjemniej.
Przechodzili właśnie wąską uliczką (Jose Maria znów rozpływał się nad jej cudnym wyglądem) kiedy nagle z okna bodegone tuż przed nimi chlustnęła struga wody! Jose Maria, który, jak przystało, szedł po lewej stronie damy, wywinął się jedynie wilgotną koszulą, ale Jackie nie miała tyle szczęścia - prawie cała zawartość wiadra trafiła na nią, przemaczając ją od stóp do głów!
- ¡Aqua va!
- rozległ się spóźniony okrzyk z pierwszego piętra.
- Senorita! - Jose Maria otrząsnął się z wody z dodatkiem obierek kartoflanych i z niepokojem zwrócił się do Jacklynn. - Czy nic się pani nie stało?
- Nie, jestem tylko mokra - wyjąkała Lorelei, patrząc z niemą rozpaczą na całkowicie przemoczony strój i tworzącą się wokół jej stóp mętną kałużę.
- Ty chamie niskiego rodu! Prostaku, idioto, psi synu! Po toś się urodził z oczami, żeby ich używać, a jeśli nie są ci potrzebne, z ochotą cię ich pozbawię! Jak śmiałeś opróżnić wiadro na senoritę! - wrzasnął z gniewem Jose Maria w stronę okna, z którego wyjrzał zakłopotany czarny terier.
- Ależ to nic takiego... - powiedziała nieco żałośnie Jacklynn, nie mogąc się zdecydować, czy wyżąć spódnicę, ryzykując pogniecenie materiału, czy też ociekać wodą przez całą drogę na statek. Nie, nie całą - przy tym upale za pół godziny wyschnie i dalej będzie się wlec w szorstkim, sztywnym i niezbyt ładnie pachnącym ubraniu. Cudownie.
- Ta zniewaga krwi wymaga! Chodź tutaj i posmakuj mej szpady! Słyszysz?! Złaź natychmiast, jeśliś mężczyzna!!! - ryczał tymczasem Jose Maria na całą uliczkę. Mimo pory sjesty z okien okolicznych budynków zaczęli wychylać się mieszkańcy, z zaciekawieniem przysłuchując się awanturze.
- A-ale ja nie... - usiłował załagodzić sprawę nieszczęsny pies.
- KANALIO!!! GBURZE!!! NIEGODZIWCZE!!! - krewki Hiszpan, mając tak liczną widownię, rozkręcał się coraz bardziej, ku uciesze obserwatorów i wielkiemu zakłopotaniu Lorelei. Nie wiadomo, czy zajście nie skończyłoby się interwencją straży miejskiej, gdyby w drzwiach gospody nie pojawił się potężny buldog.
- Jestem tutaj właścicielem. Dlaczego zakłóca pan spokój moich gości? - zapytał basem, mierząc awanturnika surowym spojrzeniem.
- Ten osobnik uraził senoritę, której mam honor towarzyszyć! - oznajmił z patosem Jose Maria, dramatycznym gestem prezentując zmokłą Jacklynn. - Czy ten zbir w oknie pańskiej gospody jest pana pracownikiem?
Pies spojrzał w górę, gdzie terier-winowajca z nieszczęśliwą miną przywarł do parapetu.
- Zatrudniam tego gagatka - przyznał niechętnie. - Ale muszę pana poinformować, że nie może pan żądać satysfakcji - chłopak jest pod moją opieką i nie pochodzi ze szlacheckiej rodziny, nie może się więc pojedynkować. Jednak! - podniósł głos, aby uciszyć oburzonego kota - Jednak, powiadam, postaram się wynagrodzić poczynioną przez niego szkodę. Udostępnię pokój na czas, w którym poślę kogoś, aby wyprał i wysuszył ubranie senority. Mogę też zmniejszyć o połowę rachunek za zamówione posiłki - dodał pospiesznie, widząc, że Jose Maria już otwiera usta, żeby dalej pomstować.
Kot popatrzył na niego w zamyśleniu, po czym odwrócił się do Jackie.
- Senorita, czy zechce pani przyjąć to zadośćuczynienie?
- Zechcę. - odpowiedziała krótko Jacklynn, marząc o schowaniu się przed skwarem i ciekawskimi spojrzeniami przechodniów.
- Zatem zapraszam. - gospodarz skłonił się i otworzył przed nimi drzwi.
Weszli po schodach na piętro, z ulgą przyjmując panującą w budynku niższą temperaturę. Na górze pies wyprzedził ich, aby zaprezentować im duży, wygodnie urządzony pokój. Jackie zajrzała do środka - w przestronnym pomieszczeniu znajdował się szeroki stół, solidne, wyściełane krzesła, szafa na ubrania, toaletka, kredens i duże, miękkie łóżko. Czyściutki dywan, przysłonięte kotarami okno i olejne obrazy na ścianach stwarzały atmosferę przytulności. "Widać gospodarz nie chce, żeby moja przygoda odstraszyła mu klientów" - pomyślała z zadowoleniem.
- Służąca przyniesie pani jakąś suknię na zmianę i lekką przekąskę. Do czasu, gdy odzyska pani swoje ubranie, czujcie się państwo moimi gośćmi! - gospodarz skłonił im się uprzejmie i oddalił ciężkim krokiem.
Rzeczywiście, po chwili młoda dziewczyna przyniosła banyan, bardzo nieformalny strój służący za podomkę, który nawet pasował na Jackie. Kiedy pani kapitan odesłała ją ze swoimi rzeczami, ze zdumieniem odkryła, że przed drzwiami pokoju cierpliwie czeka jej amant.
- Słucham, senor? - zapytała, zdziwiona, że ten jeszcze tu jest. Chyba nie zamierza stać tu przez te parę godzin? Poniewczasie przypominając sobie, że dobrze wychowana dama nie powinna pokazywać się w takim stroju publicznie, skrzyżowała ręce na piersiach. Jose Maria uprzejmie nie patrzył - no, na tyle, na ile starczyło mu silnej woli.
Uśmiechając się promiennie uniósł w górę butelkę i dwa kieliszki.
- Przyniosłem nieco wina, senorita... Taki dzisiaj upał... Pomyślałem, że moglibyśmy wypić po kropelce.
Jackie poczuła, że brwi same podjeżdżają jej do góry, a kącik ust usiłuje się podnieść w uśmieszku. We dwoje w jednym pokoju, za zamkniętymi drzwiami, a do tego ona jeszcze praktycznie w niekompletnym stroju... Sytuacja dość jednoznaczna.
Spojrzała uważnie na niego. Minę miał niemalże naiwną, ale błysk w oczach przeczył jego niewinnym intencjom. No tak... W takiej sytuacji mogła albo popaść w święte oburzenie i zakazać mu pokazywać się jej na oczy... Albo się zgodzić.
- Cóż, senor... - powiedziała powoli, udając, że się namyśla. - Mam co najmniej dwie godziny do dyspozycji i grozi mi nuda... Zapraszam.






komentarze [10]

¡Bienvenida, senorita! >> środa, 30 grudnia 2009 20:53:37
Szczęśliwego Nowego Roku! Życzę Wam, drodzy Czytelnicy, aby nadchodzący rok był jeszcze lepszy od tego mijającego, pełen spełnionych marzeń i osiągniętych celów, spokojny i radosny, spędzony wśród ludzi, na których Wam zależy. I może... może... pełen komentarzy dodawanych pod moimi notkami? ;P
Tą ostatnią, niemal noworoczną notką pobijam rekord z zeszłego roku - przeczytaliście równowartość 32 stron w Wordzie zapisanych czcionką 9! Mam nadzieję, że w nadchodzącym roku znowu uda mi się napisać jeszcze więcej XD
A pod notką mój ulubiony przerywnik filmowy z gry - mogłabym go oglądać na okrągło :)
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Jackie po raz trzeci zmierzyła odległość na mapie. Zgadza się! Na wszelki wypadek przekartkowała dziennik pokładowy i sprawdziła daty - również w jak najlepszym porządku. A to oznacza... Że za trzy dni będą na miejscu!
Ledwie mogła w to uwierzyć. Podróż minęła im w miarę szybko i spokojnie, choć bez nudy, która wydawała się być nieunikniona. Co prawda, od ostatniego incydentu w wyniku którego widziała się z Pazurem minął już miesiąc, ale to zdarzenie nadal dostarczało jej piratkom tematów do rozmowy. Trudno się zresztą dziwić - piraci zachowywali się co najmniej zabawnie. Ich pierwsza lekcja dobrego wychowania dała piorunujące rezultaty - nie tylko ani razu nie próbowali powtórzyć swojego wybryku, ale też pozostawali za potrzebą najkrócej jak tylko mogli, w wyniku czego Pazur musiał zarządzić mycie pokładu aż trzy razy dziennie. Najchętniej zlecał to oczywiście tym, którzy nie potrafili stać spokojnie i narażali deski pokładu na przeżarcie na wylot. Piratki litościwie starały się ich dodatkowo nie stresować, ale zdarzało się, że kiedy któraś miała gorszy dzień, lubiła sobie poprawić humor na przykład gwałtownie podnosząc głowę podczas czyszczenia armaty. Szczególnie ukochała sobie tą zabawę Ruda, która osobiście uważała wszystkich facetów na świecie za wrogów publicznych i znajdowała niemałą uciechę w obserwowaniu, jak piraci nerwowo podskakują, gdy tylko ona się poruszy. Jackie, oczywiście, oficjalnie potępiała takie zachowanie, ale prywatnie również uważała to za dobry żart - pod warunkiem, że nie był powtarzany za często. I tak zresztą spodziewała się, że Pazur będzie miał na ten temat coś do powiedzenia, kiedy znowu ją zobaczy...

Nataniel popatrzył na swoją załogę z ledwie skrywanym niezadowoleniem. Naprawdę, co za żałosny widok! Prawie wszyscy mieli nieco znękany wyraz twarzy, a ponad połowa stała w pozycji piłkarzy robiących mur. Pomyślałby kto, wystarczyło, żeby odpowiednio na nich popatrzeć, a już wyglądają jak sterta nieszczęścia! Pokręcił z niesmakiem głową. Nawet nie buntują się przeciw dodatkowemu myciu pokładu! Trzeba ich przywrócić do stanu używalności, albo będzie miał bandę wstydliwych nieśmiałków zamiast ponad setki odważnych, zuchwałych kocurów, z jakimi zwykle pływał!
- Mamy powody do radości, panowie! - oznajmił gromko, wodząc po nich spojrzeniem. - Już jutro na horyzoncie pojawi się Llanes, a za trzy dni przybijemy do portu! Kiedy zejdziemy na ląd pójdę odebrać mapę, a wy... WY MACIE SIĘ DOPROWADZIĆ DO PORZĄDKU! - ryknął, tracąc cierpliwość na widok ich niepewnych uśmiechów - Macie odwiedzić wszystkie burdele i speluny w okolicy i wrócić jako porządni piraci, bo zostały z was smętne resztki tych facetów, którymi byliście! Tak, do was mówię! - warknął, ciesząc się w duchu na butne, groźne pomruki, które odpowiedziały jego przemowie - Co się z wami stało?! Przestraszyliście się paru kić? Snujecie się po pokładzie jak smród po gaciach i dostajecie nerwicy, kiedy tylko ktoś spojrzy w waszą stronę! Czy tak się powinniście zachowywać?! Wasze zabawy miesiąc temu były głupie, ale już lepsze niż to, co robicie teraz! - wrzasnął, aby mogli go usłyszeć przez własne gniewne okrzyki. Spojrzał na rozzłoszczoną, falującą tłuszczę. Z premedytacją im nawymyślał, przespacerował się w butach po ich dumie i dotkliwie poranił ich ego, a nie skapcanieli jeszcze na tyle, żeby znieść to bez słowa. Przed chwilą stali ze spuszczonymi oczami i skruszonymi, niepewnymi minami, a teraz...
Wszyscy wyprostowani i napięci jak zbyt mocno naciągnięte struny, w pełnej gotowości do walki, kipiący gniewem i łaknący zemsty za zranioną miłość własną. Wyciągnięte dłonie zaciśnięte w pięści i otwarte do krzyku usta zlewały się w jedno śmiertelnie niebezpieczne ciało, w ożywiony Gniew. W takim stanie tłum staje się jednością, myśli jednym, prymitywnym umysłem, zdziera od wrzasku gardziel złożoną z dziesiątek gardeł i potrafi zabijać wieloma rękami naraz. Miał przed sobą szaloną bestię, która jeszcze przed momentem była zaledwie grupą nieco przybitych kotów. Upajał się ich potęgą i niebezpieczeństwem chwili. Może kto inny pomyślałby, że jest stracony i okazując słabość pozwolił, by znieważony tłum rozszarpał go na strzępy, ale on czerpał dziką radość z ich nagle odnalezionej siły. Gwałtownym podmuchem ich złości wypełniał swoje żagle i gnał naprzód, zawsze o krok przed sztormem za rufą; wiedział, jak ten potężny wiatr wykorzystać i jak nim kierować, by od niego nie polec - tak właśnie postępuje dobry kapitan.
Zaśmiał się ochryple na całe gardło. Piraci nieco przycichli, spoglądając na niego z pewną obawą - czy przypadkiem nie ściągnęli sobie na głowy nieszczęścia? Ich furia sprzed paru sekund niemal znikła. Uprzytomnienie sobie, że prawie zbuntowali się przeciwko swemu kapitanowi sprawiło, że futro na plecach zjeżyło im się i zlepiło w wilgotne strąki od własnego lodowatego potu. Ale Nataniel tylko ujął się pod boki i powiedział znacznie spokojniej:
- No, tak lepiej, jeszcze jest dla was nadzieja. W ramach przywrócenia was do stanu używalności zarządzam wypłacenie każdemu z was dodatkowo po pięć złotych monet na głowę. Macie zrobić z nich dobry użytek i wrócić w formie, żebyście pokazali kiciom z "Wiedźmy", jak się zdobywa skarby!
Wywołało to kolejny dziki wrzask, ale tym razem był to wyraz radości. Załoga natychmiast odzyskała morale i radość życia, a w ich spojrzeniach widział uwielbienie dla jego osoby. Pozwolił im się chwilę pocieszyć, a potem nakazał wrócić do roboty, co uczynili z nową energią.
Naprawdę, co oni by bez niego zrobili!

Zanim na horyzoncie zamajaczył ląd, szalupa z "Mongrels Conquerora" przybiła do burty "Morskiej Wiedźmy". Kapitanowie, mimo że sobie niechętni, rozumieli potrzebę naradzenia się zanim jeszcze ich okręty będą widoczne z Llanes. Zamierzali również omówić dokładniej zasady wizyty u Hiszpana Raula, aby każde z nich miało równe szanse zdobycia od niego mapy. Właśnie dlatego w ich spotkaniu brali też udział Tabby, Omar, Ruda i Sammy, którzy mieli zadbać, aby żadna ze stron nie naginała potem umowy. I chociaż zebranie miało teoretycznie minąć w przyjacielskiej atmosferze, kajuta Jackie przypominała raczej granicę między dwoma państwami o krok przed wypowiedzeniem wojny.
Jacklynn z przyjaciółkami siedziała za biurkiem, a Pazur i jego oficerowie tkwili sztywno na krzesłach pod przeciwległą ścianą. Od paru chwil panowała pełna napięcia cisza - kapitanowie w upartym milczeniu mierzyli się wzrokiem i bawili się w "kto dłużej wytrzyma i się nie odezwie pierwszy". Było to z każdą chwilą coraz bardziej irytujące, jako że nikt niższy rangą od nich nie mógł przed nimi rozpocząć rozmowy.
Nieprzyjemne milczenie przerwała w końcu sama Jackie, mająca ochotę jak najszybciej pozbyć się niezbyt miłego gościa ze swojego terenu.
- Nie ma co przeciągać! - oznajmiła stanowczo, starając się nie dać po sobie poznać, że właśnie przegrała z Natanielem nieoficjalny pojedynek na wytrzymałość psychiczną (czego on, oczywiście, był doskonale świadom i teraz z pełnym satysfakcji uśmieszkiem gładził wąsa). - Jesteśmy tu, żeby ustalić zasady naszego zakładu, a wy wszyscy będziecie świadkami. Oto, co ja proponuję: po pierwsze: raz zdobytego kawałka mapy nie można odebrać. Po drugie: nie wkopujemy się nawzajem, donosząc strażnikom, łowcom nagród i innej hołocie. Po trzecie: o ile nie jest to sprawa życia i śmierci, NIE WOLNO ZABIJAĆ - zamordować i przeszukać trupa każdy głupi potrafi, a to nie o to tu chodzi! A co do Raula - idziemy do niego razem. Nasze załogi przejdą się po mieście i będą dyskretnie wypytywać gdzie mieszka, a potem wybierzemy się wspólnie. WSPÓLNIE! - oznajmiła podniesionym głosem, znacząco patrząc w stronę Nataniela.
Pazur leniwie skinął głową. To wszystko brzmiało rozsądnie... Ale nie zamierzał pozwolić, żeby Jacklynn miała ostatnie słowo.
- Dobrze, dobrze - pójdziemy razem - skrzywił się ostentacyjnie - Nie wiedziałem, że tak się boisz chodzić sama po mieście...
- Ha! To nie ja się boję, tylko miasto! Doskonale poradziłabym sobie sama... Tu raczej chodzi o ciebie - Jackie uśmiechnęła się słodziutko. - Z tego, co wiem, twój hiszpański jest niezbyt... komunikatywny.
Pazur prychnął z urazą. Jak to - niekomunikatywny! Wręcz przeciwnie, nawet bardzo!
- I tu się mylisz! - oznajmił. - Nie potrzebuję ciebie jako tłumacza - świetnie dogaduję się sam!
- Ależ ja nie mówię, że nie! - mina Jackie nie mogłaby być w tej chwili słodsza, nawet gdyby ozdabiała cukrowy posąg - Chcę tylko zauważyć, że o ile "Gadaj!", "Zginiesz" i "Poddać się!" w zupełności ci wystarczały w twoich dotychczasowych kontaktach z Hiszpanami, to teraz będą, hm... niewystarczające.
Nataniel otwierał już usta, aby zaprotestować, ale zamknął je po chwili namysłu. Dobrze, niech myśli, że jest mu niezbędna. To może być bardzo korzystne. W rzeczywistości bowiem po hiszpańsku mówił całkiem płynnie i zrozumiale, bez rażących błędów. Podstaw nauczył się, aby móc przesłuchiwać pojmanych jeńców, ale prawdziwą szkołą językową okazało się więzienie La Roca. Nie mając nic do roboty oprócz strachu o własne życie i bezowocnego (do czasu) poszukiwania drogi ucieczki, wolał już podsłuchiwać rozmowy strażników, z której po pewnym czasie udawało mu się zrozumieć coraz więcej ciekawych rzeczy. Naukę przyspieszały dodatkowo różne proste polecenia, które mu wydawali: trudno nie domyślić się, co znaczy wywrzeszczane ci do ucha "A LA DERECHO!!!", jeżeli prowadzą cię do celi i boleśnie uderzają w bok drzewcem halabardy, gdy na czas nie skręcisz w prawą odnogę korytarza. Niejednokrotnie po takiej "wskazówce" upadał całym ciężarem na kolana, ciągnięty w przód przez żelazne kajdany na rękach. A kiedy nie mógł się samodzielnie podnieść ze względu na skute krótkim łańcuchem nogi, strażnik udzielał kolejnej lekcji - wywarkiwał "Levantarse!", jednocześnie brutalnie podciągając go do góry za kołnierz i pomocnie dodając kopniaka. W takich warunkach nowy język przyswaja się niezwykle szybko... chociaż nie bezboleśnie.
Jackie miała bardzo zadowoloną minę, ale absolutnie ją zlekceważył. Niech się cieszy - póki może. Nie będzie taka szczęśliwa, kiedy się okaże, że wszystko załatwił sam... Za jej plecami.
- Trzeba się będzie przebrać... Nie wiem jak tam z tobą, ale za mnie wyznaczono na tyle duże nagrody, że nawet w takim podupadłym miasteczku będą wisieć listy gończe... - rzucił od niechcenia, żeby przypadkiem nie zauważyła, że nie jest tak zirytowany jak być powinien.
Jackie przyjrzała mu się, po czym mruknęła:
- W moim wypadku wystarczy, że założę spódnicę - w hiszpańskim miasteczku będę wtedy nie do rozpoznania... Za to ty powinieneś przyciemnić futro, a zwłaszcza ten biały koniec ogona! Świeci w oczy jak latarnia, nie ma mowy, żeby ktoś cię po nim nie skojarzył! Ale to chyba nie będzie wielki problem... Myślę, że odpowiednia ilość sadzy, może z dodatkiem jakiegoś tłuszczu jako utrwalacza, powinna załatwić sprawę.
Nataniel trochę się najeżył - ma uwalać swoje eleganckie, błękitnoszare umaszczenie? Dużo czasu minie, zanim znowu będzie wyglądać jak należy, a śnieżnobiały koniuszek ogona długo nie odzyska swojej naturalnej barwy!
- Nie martw się - wystarczy parę porządnych kąpieli i to zejdzie... O ile użyjesz mydła. - Jackie wyszczerzyła się złośliwie - I tak powinieneś się w końcu umyć, więc co ci za różnica?!
To nie były słowa, które Pazur mógłby tak po prostu zignorować... Koniec końców, rozmowa przebiegła gorzej niż zazwyczaj - Tabby i Omar, zamiast (jak zwykle) chyłkiem usunąć się poza zasięg tych najgorszych... odgłosów argumentacji kapitanów, musieli wyciągnąć z kajuty pieniącego się ze złości Nataniela.
- A zapowiadało się całkiem spokojnie - mruknął Omar, blokując drogę wściekłemu Pazurowi, który chciał wrócić i dokończyć "rozmowę" z Jackie.
- Panie kapitanie, proszę! - Jęczał w tym czasie Tabby, usiłując przytrzymać przyjaciela za ramię, w wyniku czego prawie dostał łokciem w zęby.
- Puśćcie mnie! Nie będzie mi bezczelna, głupia siksa..! - charczał Nataniel, wyrywając się swoim oficerom.
Zanim udało im się go nieco uspokoić, dookoła zebrał się całkiem spory tłumek piratek. Zdegustowane i nieprzyjemnie zaciekawione spojrzenia kotek zadziałały znacznie lepiej niż wysiłki jego przyjaciół - już po chwili Pazur odtrącił ich ręce, otrzepał płaszcz i dumnie ruszył do szalupy, nie oglądając się za siebie.
- Może do przybicia w Llanes o wszystkim zapomni - mruknął z nadzieją Tabby, uśmiechając się przepraszająco do mijanych kotek.
Idący obok niego Omar tylko wzruszył ramionami z rezygnacją.

Llanes okazało się być niezbyt wielkim, nieźle prosperującym miasteczkiem portowym. Utrzymywało się głównie z handlu solą i różnymi gatunkami ryb tudzież skorupiaków - nie była to jakaś wielka żyła złota, ale dzięki bogatym łowiskom nawet w najgorszych czasach mieszkańcy nie cierpieli biedy. Jednak Jackie twierdziła, że jeszcze przed wiekiem piraci uważali miasteczko za łakomy kąsek, bowiem handlowano w nim wtedy luksusowymi towarami, a tutejsi mieszkańcy trudnili się połowem wielorybów w Zatoce Biskajskiej, co było niezwykle dochodowym zajęciem. Niestety, jeszcze zanim ona przyszła na świat zakazano polowań na te rzadkie morskie ssaki i miasteczko zaczęło powoli ubożeć. Jednocześnie zaprzestano pogłębiania wciąż zasypywanego przez piasek portu, tak że żadna większa jednostka nie mogła do niego wpłynąć. Dlatego też, (jak tłumaczyła Omarowi, który został przysłany, aby ustalić z nią, gdzie powinni zakotwiczyć) wszystkie okręty stoją w pobliskich zatoczkach, trzymając się z dala od zdradliwych płycizn i podwodnych skał, które łatwo mogłyby zmienić każdy statek we wrak. Było to bardzo na rękę piratom, którzy chcieli uniknąć rozgłosu i zainteresowania wścibskich marynarzy, mogących rozpoznać ich okręty i donieść o wszystkim strażnikom.
Omar, będąc pod wrażeniem jej znajomości topografii terenu, a także historii miasteczka i miejscowych zwyczajów, bez zastrzeżeń przystał na propozycję, żeby poszukać wolnego miejsca w którejś z niewidocznych z Llanes zatoczek. Prawdę mówiąc, został przysłany tutaj jako jawna obelga - nie powinno tak być, że na istotną rozmowę przychodzi drugi oficer, jeżeli kapitan i pierwszy nie są co najmniej umierający. Jednak Jackie nie miała o to pretensji - wolała już tłumaczyć swoje zamiary tygrysowi, który przynajmniej potrafił obiektywnie docenić rozsądne pomysły, niż rozmawiać z Natanielem, który przysłaniem swojego drugiego oficera wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie zapomniał i nie wybaczył jej dotychczas tych wycieczek osobistych sprzed dwóch dni. Zarzuty o braku higieny to nie jest coś, co jakikolwiek szanujący się kot łatwo by zapomniał - bez względu na to, czy były prawdziwe, czy też nie.
Tak czy inaczej, "Morska Wiedźma" i "Mongrels Conqueror" zakotwiczyły w sąsiednich, dość oddalonych od miasteczka zatoczkach. Nagie, ciemnoszare skalne klify zasłaniały okręty z trzech stron, a w dół prowadziła wąska, kręta ścieżynka, kończąca się wąziutkim pasem plaży, zupełnie niedostępnym podczas przypływu. Aby wydostać się z okrętów na ląd trzeba było podpłynąć szalupą pod klif przy niskim stanie wody i wspiąć się gęsiego na szczyt stromej skarpy, lub też wsiąść w większą ilość osób do jolki i powiosłować tam, gdzie brzeg będzie łagodniejszy. Żeby było szybciej, postanowiono przewieźć część kotów do podnóża klifu, a resztę przetransportować nieco bliżej Llanes. Ustalono, że na ląd zejdą obie załogi, a każda spróbuje na własną rękę dowiedzieć się gdzie przebywa Hiszpan Raul. Oprócz tego, piraci z "Mongrels Conquerora" mieli obiecane, że będą mogli się zabawić w mieście, więc nie było mowy, żeby którykolwiek z nich nie poszedł. W takiej sytuacji Jackie mogłaby nie posyłać nikogo, ale nie wierzyła, że Pazur szczerze podzieliłby się z nią wszystkimi zdobytymi informacjami, a sama nie mogła pójść, żeby nie narażać przedwcześnie całej misji na szwank.
Nie mogła jednak posłać wszystkich ze swojej załogi, jak to robił Nataniel, bo pojawienie się w mieście takiej ilości obcych kotek niewątpliwie wzbudziłoby podejrzenia. Wybrała więc dwadzieścia mówiących najlepiej po hiszpańsku towarzyszek i wysłała na przeszpiegi, zanim jeszcze kocury z sąsiedniego statku pozbierały się do drogi. Nie chciała, żeby będący w przewadze liczebnej piraci zdybali po drodze jej przyjaciółki, na przykład w tym zagajniku przed miasteczkiem... Nie sądziła, co prawda, żeby ośmielili się zrobić im krzywdę - taki występek zarówno ona, jak i Pazur ukaraliby bez litości - ale mogłoby się zrobić bardzo nieprzyjemnie. W końcu na pewno chętnie zrewanżowaliby się za ten niewinny dowcip z podglądaniem...
Tak czy inaczej, zanim pierwsza łódź z załogą z "Mongrels Conquerora" przybiła do brzegu, kotki były już w połowie drogi do miasteczka. Jednak Jackie, patrząc na czekających na przewiezienie piratów, nie mogła powstrzymać uczucia niepokoju. Czy aby na pewno dobrze zrobiła, wysyłając je tylko w dwudziestkę? Będą musiały chodzić po mieście pojedynczo i mogą zostać prześcignięte przez liczniejszych przeciwników. Nie mówiąc już o tym, że cały czas myślała o tym, co może się zdarzyć, jeśli spotkają któregoś z piratów w jakimś ciemnym zaułku. Może powinna zaryzykować i oddelegować jeszcze parę kotek?
Z trudem oderwała się od tych myśli, stanowczo nakazując sobie przestać. Plan był dobry i zamartwianie się nic tu nie pomoże - lepiej będzie, jak pójdzie przygotować sobie odpowiedni strój.

Nataniel miotał się między swoimi podwładnymi, warcząc i klnąc ze złości. Widział jak piratki odbijały od burty "Morskiej Wiedźmy", ze swojego pokładu mógł też sobie dokładnie obejrzeć, jak mozolnie wspinają się pod górę, podkasując spódnice. Z pewnością dawno już szukają tego Raula w mieście, a tymczasem jego chłopcy - tu zaklął bezsilnie pod nosem - wybierają się jak na bal! Mieli utrudnienie już na starcie, bo wstali później, ale potem wszystko szło źle - były jakieś trudności z opuszczeniem szalupy na wodę, a jeszcze te tutejsze mielizny w najmniej oczekiwanych miejscach... Pierwsza łódka dopiero teraz wracała po następnych piratów, bo wioślarze nie mogli znaleźć dobrego miejsca na przybicie do brzegu. I jeszcze do tego kocury kręcą się i przepychają, mało się nie pobiją!
Czując, że zaraz eksploduje, jeśli nie znajdzie się daleko od tego wszystkiego, machnął ręką do Tabby'ego i Omara żeby zajęli się tym za niego, a sam zamknął się w swojej kajucie. I tak na dobrą sprawę nie był potrzebny na pokładzie, a musiał spreparować sobie tą paskudną maź do przyciemnienia futra.

Lily rozstała się z przyjaciółkami na głównym placu Llanes. Niektóre odłączyły się od grupy już na przedmieściach, żeby zasięgnąć informacji w gospodach, inne zanurkowały w boczne uliczki gdzieś po drodze. Dziesięć kotek doszło aż tutaj i teraz miały się rozstać. Każda dostała dokładny plan gdzie powinna iść, aby zasięgnąć języka. Lily polecono pójść na rynek i porozmawiać z handlarkami, szczególnie z tymi, które sprzedają ryby - one mogły nawet osobiście znać Raula, który miał mieszkać gdzieś w dzielnicy portowej. Pewnie nie będzie łatwo… Westchnęła, poprawiła haftowaną kamizelkę i ruszyła między rozmawiające wesoło sprzedawczynie, oferujące swoje towary na placu.

Po półgodzinie nadal tkwiła przy pierwszej przekupce.
-...Tak, senorita, mówiłam mu, coby kupił tuńczyka, bo to ryba, co męskie siły wspomaga bardzo - tu handlarka mrugnęła porozumiewawczo do robiącej zainteresowaną minę Lily. - Ale on kazał mi pilnować własnego nosa. Gbur to i impertynent, lepiej się z nim nie zadawać.
Kotka pokiwała uprzejmie głową.
- Proszę być spokojną, senora. Nawet nie będę się zbliżać... Um, to gdzie on mieszka?
- W dzielnicy portowej, w uliczce dokerów, trzeci dom od nabrzeża... Dom, też coś! Rozpadająca się drewniana szopa! Można poznać po zapachu rumu buchającego od okien. Żeby chociaż nasze wino, ale nie, on żłopie ten parszywy wynalazek, rum. Wielki mi pan! A ten tuńczyk - zachichotała - naprawdę by mu się przydał! Niedaleko jego domu jest puteria ... I, senorita! Nie żebym ja rozmawiała z TYMI kobietami, ale doszły mnie słuchy..!
Lily westchnęła. Wygląda na to, że nieprędko uda jej się stąd wydostać!

- Znasz niejakiego Raula? Powinien mieszkać gdzieś w pobliżu... - Tim, jeden z załogi "Mongrels Conquerora" usiłował wyciągnąć coś z barmana w tawernie.
Zwalisty kot za ladą uniósł do góry lewą brew, po czym dalej szorował przybrudzony blat, lawirując szmatką między kuflami rumu.
- Musimy z nim porozmawiać jak najszybciej! - indagował pirat, biorąc zmianę wyrazu twarzy Hiszpana za dobry znak.
Czarny kot wzruszył potężnymi ramionami.
- Jest... Jest nam winien pieniądze! - wykrzyknął Tim, zrozpaczony kiepskimi rezultatami rozmowy. Stał tu już od przeszło piętnastu minut, a w tym czasie barman nie odezwał się nawet jednym słowem!
Szmatka, dotąd niezmordowanie wycierająca blat, zatrzymała się na chwilę, po czym ruszyła ponownie, tym razem wolniej.
- Nie pokazywał się tu od półtora tygodnia - mruknął ponurym basem czarny kot - Wtedy wziął trzy kufle na krechę. Miał wrócić najdalej za dwa dni z pieniędzmi.
- Otóż to! - pochwycił z nadzieją Tim. - Gdybym wiedział, gdzie mieszka, nie tylko odzyskałbym własny dług, ale też przyszedł tu z nim na jednego i wtedy oddałby ci również twoją należność!
Hiszpan przyjrzał mu się uważnie.
- No cóż, senor... Skoro tak się sprawy mają..!

Pazur kręcił się po pokładzie, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Ile jeszcze ma czekać? Czy to naprawdę tak trudno znaleźć jednego kota w takiej zapadłej mieścinie? Na szczęście, w chwili, kiedy był już gotów machnąć ręką na względy bezpieczeństwa i załatwić sprawę osobiście, pojawili się jego kamraci. Udało im się zdobyć adres zamieszkania Raula i to z wielu źródeł naraz, zanim jeszcze chociaż jedna z piratek Jackie wróciła! Nataniel pochwalił ich i pozwolił zadowolonym z siebie kotom wrócić na ląd i zażyć trochę rozrywki. Kiedy odpłynęli, a kotek z "Morskiej Wiedźmy" nadal nie było widać, zaśmiał się i z zadowoleniem zatarł ręce. Jego rywalizacja z Jacklynn doskonale się zaczyna! Wieczorem miał się z nią spotkać i porównać wyniki poszukiwań... Cóż to będzie za satysfakcja, słuchać jak dumna kapitan Bloodbane przyznaje się do porażki!
Nie mógł jednak wiedzieć, iż kiedy szykował się do wyjścia, skryta w wieczornym mroku szalupa przewiozła zmęczone, lecz triumfujące piratki na pokład "Morskiej Wiedźmy", gdzie zdały raport ze swojej misji mocno już niespokojnej Jacklynn...

Kiedy tylko się zjawił, od razu wiedziała, że jest w wyśmienitym humorze. Po pierwsze, wchodząc zapukał we framugę drzwi (które i tak wcześniej otworzył bez żadnego ostrzeżenia), po drugie - już na progu skinął jej niedbale głową. A kiedy usiadł, zaczął się kołysać na krześle. Z tego wszystkiego wywnioskowała, że jest pewien, iż tylko on poznał miejsce zamieszkania Raula. Z jednej strony bardzo ją to ucieszyło, ale jednocześnie wiedziała, że nie będzie jej łatwo - przez całe spotkanie musi udawać, że nic nie wie! Kiedy z pokorną miną musiała go prosić, aby przedstawił wyniki swoich poszukiwań, mało nie pękła ze złości na widok jego pełnej samozadowolenia miny. Och, z trudem go znosiła!
Oczywiście, nie odpowiedział jej od razu - najpierw chwilę udawał, że się namyśla, potem koniecznie musiał obejrzeć jakąś wyimaginowaną plamkę na kapeluszu i dopiero wtedy obrzucił ją łaskawym spojrzeniem.
- Ma dom w najdalszym końcu uliczki dokerów - oznajmił leniwie. - Dokładnego adresu ci nie podam, i tak pójdziemy tam razem.
Nieco ją zaskoczyło, że nie próbował jej oszukać: nie podał, co prawda, całej informacji, ale podświadomie oczekiwała, że będzie chciał ją skierować w inną część miasta, żeby samemu porozmawiać z Raulem. Poczuła się trochę zakłopotana, iż podejrzewała go o bycie bardziej wrednym, niż jest; oczywiście, od razu zauważył jej zmieszanie i zinterpretował je po swojemu. Wyszczerzył zęby z zadowoleniem i odchylił się jeszcze bardziej na krześle. Jackie zacisnęła pod stołem drobne dłonie w pięści. Och, żeby tak spadł - może to zmazałoby mu z twarzy ten kołtuński uśmiech! Ale, oczywiście, nawet takiej małej przyjemności nie mógł jej zrobić. Nie potrafiła na niego spokojnie patrzeć, złość aż ją rozsadzała!
... I wtedy postanowiła, że jutro z rana wymknie się wcześniej i sama porozmawia sobie z Raulem. Namówi go, żeby (kiedy tylko ona wróci z Pazurem) wyśmiał kapitana, a jej oddał mapę. A potem szybko pobiegnie na umówione miejsce i jak gdyby nigdy nic, pójdzie tam drugi raz z Natanielem i będzie miała satysfakcję, kiedy Raul prawie bez targów przekaże jej cenny papier i na jej oczach utrze nosa Pazurowi. To nie będzie tak do końca w porządku, to prawda, a ona obiecywała, że nie będzie oszukiwać... Ale przecież i tak by zdobyła tę mapę, a Nataniel ją sprowokował, więc to wszystko jego wina! Poza tym, to nie będzie prawdziwe oszustwo, tylko taki mały, niewinny przekręcik... O przekręcikach przecież nie było mowy! Tak, to dobry pomysł - i jedyne możliwe wyjście!
Udało jej się jakoś przetrzymać jego wizytę do końca i nie zdradzić się ze swym podstępnym zamiarem. Śmiej się, śmiej - jutro nie będziesz taki zadowolony, kapitanie!

Następnego dnia bladym świtem Nataniel był już gotów do wyjścia i poganiał piratów, którzy wiosłowali, jak na jego gust, o wiele za wolno. Ubrany w wytarte marynarskie spodnie o wystrzępionych nogawkach i nie najświeższą płócienną koszulę zupełnie nie przypominał samego siebie, zwłaszcza po przybrudzeniu końca ogona paskudną, gęstą, szarą mazią. Kto by rozpoznał w tym niedbale ubranym, choć przystojnym marynarzu poszukiwanego kapitana Nataniela Josepha Pazura? Nikt, kto go nie spotkał osobiście, to pewne.
Kiedy w końcu dno szalupy zaszurało o przybrzeżny piach, nie chciało mu się nawet czekać aż piraci wyciągną łódkę na brzeg - wyskoczył prosto do wody, nie przejmując się, że przemoczy spodnie.
- Płyńcie już! - machnął ręką na podwładnych. - Powinienem wrócić pod wieczór; podeślijcie mi szalupę, kiedy dam wam znak ze szczytu klifu!
Piraci głośno życzyli mu powodzenia, kiedy raźno zaczął piąć się ścieżką w górę. Bardzo mu się spieszyło, choć z Jackie umówili się dopiero o dziewiątej. Powód był prosty - chciał zdążyć porozmawiać z Raulem i wrócić na spotkane z Jacklynn - tak, by się o tym nie dowiedziała. Powiedział jej, że tego nie zrobi, to prawda, ale... To nie byłoby w porządku. W końcu to on dowiedział się, gdzie ów Hiszpan mieszka, a Jackie się to nie udało. Uczciwie podzielił się z nią informacją, ale powinien mieć z tego jakąś korzyść, prawda? A więc to, co robi, nie jest oszukiwaniem. Zresztą, Jackie nie musi wiedzieć o jego małej eskapadzie.
Wydostał się na brzeg klifu i obejrzał za siebie. W zatoczce u jego stóp stały na kotwicy dwa piękne, pirackie okręty, ukryte przed wścibskim okiem. Na pokładach nadal panował bezruch - ci, co nie mieli warty, spali snem sprawiedliwych. Pazur uśmiechnął się do siebie - jego odejście pozostało niezauważone. Jacklynn pewnie dopiero obraca się na drugi bok i ani jej się śni, że on może już być na nogach. Niech sobie śpi, byle mocno i długo!
Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył drogą przez zagajnik, a po chwili zaczął biec, bo przemoczone nogawki przykleiły mu się do łydek i zaczął marznąć. W ten sposób już po kwadransie dostał się na obrzeża śpiącego miasteczka. Bez wahania szedł najkrótszą możliwą drogą do uliczki dokerów, pogwizdując cicho przez zęby. O tej porze niewiele tu było przechodniów - nieliczne przekupki spieszące na targ z koszami pełnymi ryb, paru podpitych marynarzy, jeden strażnik miejski. Ten ostatni nie wydawał się być zainteresowany poszukiwaniem groźnych piratów i innych wrogich elementów, jednak na wszelki wypadek Nataniel obserwował go spod oka. Był tak pochłonięty pilnowaniem stróża prawa, że nie zauważył mijającej go w pośpiechu kotki i niechcący potrącił ją łokciem, aż się zachwiała.
- ¡Perdone, senorita! Lio siento - mruknął ze skruchą.
Urażona Hiszpanka w odpowiedzi poradziła mu, żeby bardziej uważał. Nataniel poruszył uszami. Jej głos brzmiał znajomo...
- Jackie?!
Kotka drgnęła i spojrzała mu w twarz, otwierając szeroko oczy z niedowierzaniem.
- To ty! Co tu robisz?! - zakrzyknęła zduszonym głosem.
Przez chwilę przyglądali się sobie ze zdumieniem, stojąc na środku opustoszałej już uliczki, a potem zaczęli mówić jednocześnie.
- Powinieneś być na statku! - wykrzyknęła Jacklynn.
- Mogę się dowiedzieć, dokąd idziesz o takiej godzinie?! - usiłował się dowiedzieć Pazur.
- Ty oszuście!!! Chciałeś porozmawiać z Raulem przede mną! - zdenerwowała się na to Jackie.
- Ja oszustem?! A co TY tu robisz, ha?!
- Miałeś grać uczciwie, obiecywałeś, że nie będziesz próbował żadnych niecnych sztuczek!
- To samo dotyczy ciebie! Nie wmówisz mi, że chciałaś tylko przejść się po mieście!
Przekrzykiwali się tak przez chwilę, dopóki nie zdali sobie sprawy, że wydzierają się po angielsku w samym środku hiszpańskiego miasteczka. W popłochu rozejrzeli się na boki - na szczęście, akurat w zasięgu wzroku nie było nikogo. Pozostawało mieć nadzieję, że w zasięgu słuchu również nie.
- Idziemy stąd, szybko! - syknął Pazur i ruszył przed siebie, ciągnąc Jackie za łokieć.
- Puść mnie! - pisnęła z oburzeniem, zmuszona dreptać, aby dotrzymać mu kroku.
- Nic z tego, jeszcze byś mi uciekła. Mieliśmy iść razem - no to idziemy.
- To tym bardziej trzymaj łapy przy sobie! To nie Anglia ani kolonie, nie możesz łapać kotki za łokieć, jeśli nie jest twoją siostrą - a i tak jest to wtedy szczyt grubiaństwa. Gdybyś był moim kuzynem albo opiekunem, mógłbyś zaoferować mi oparcie się na twojej ręce, ale nic ponadto! A obcych kobiet nie dotykaj w ogóle, bez względu na ich pozycję społeczną! - oznajmiła, stanowczym ruchem uwalniając się z jego uścisku.
Pazur zakłopotał się odrobinę - nie miał o tym pojęcia. Wiedział, oczywiście, że hiszpańskie zwyczaje różnią się od tych jemu znanych, ale nie przewidywał żadnych problemów - a tu, proszę!
Ale skoro tak... Wzruszył ramionami i ją przepuścił. Jackie uniosła nieco spódnicę i minęła go, dumnie zadzierając nos. Pozwolił jej iść dwa kroki przed nim, tak jakby nic ich nie łączyło. Dało mu to okazję do przyjrzenia się jej uważniej - dotychczas nie bardzo miał czas zwrócić uwagę, w co jest ubrana.
O ile znał się na tutejszej modzie, wyglądała jak córka nieco zamożniejszego mieszczanina - handlarza winem lub właściciela bodegone (rodzaju jadłodajni). Miała na sobie szeroką, czerwoną, wełnianą spódnicę z czarnym fartuchem ozdobionym u dołu delikatnym wzorkiem, pasującym kolorystycznie do żakieciku z długimi rękawami. Na ramionach nosiła dużą, misternie haftowaną chustę, sięgającą rogami aż do fartucha i spiętą w talii zapinką, a związane w warkocz i upięte włosy przykryła białą chustką. Jej strój, choć piękny i dobrej jakości, nie był szczególnie bogaty, zapewne nie skusiłby żadnego złodziejaszka do obrobienia Jackie. Nie zmieniało to jednak faktu, że wyglądała bardzo ładnie.
Zbliżali się już do celu - musieli jeszcze tylko przejść kawałek portowym nabrzeżem i skręcić w lewo. Dotychczas szło jak po maśle, ale teraz na ich drodze stała grupka marynarzy, tarasując przejście. Pazur przyspieszył, chcąc wyprzedzić Jackie, żeby nie narażać jej na niemiłe spotkanie z ich szorstkimi manierami, ale ona nie chciała zwolnić. Wręcz przeciwnie - mruknęła, żeby trzymał się za nią i się nie odzywał. Zdziwiło go to niepomiernie, ale postanowił zaufać jej ocenie sytuacji - w razie czego, zawsze może się wtrącić.
Jacklynn śmiało podeszła do pogrążonych w rozmowie kotów.
- ¡Perdone, quisiera trespasar!
- oznajmiła głośno.
Natychmiast przerwali konwersację i odwrócili się w jej stronę, mierząc ją śmiałymi, zaciekawionymi spojrzeniami. Nataniel podświadomie oczekiwał, że zaczną ją zaczepiać - gdyby w ten sposób zażądała przejścia od marynarzy, z którymi dotychczas się stykał, nie puściliby jej tak łatwo. Jednak Hiszpanie tylko wyszczerzyli zęby w zachęcających uśmiechach i rozstąpili się z kurtuazyjnym "Por favor, senorita", a Jacklynn przeszła między nimi dumnie wyprostowana, nieco unosząc skraj sukni. Nataniel skorzystał i podążył za nią - nie robili mu trudności, choć zmierzyli go o wiele mniej przyjaznymi spojrzeniami.

Pazur zdążył przejść tylko parę metrów, gdy za plecami usłyszał szybkie kroki. Spiął się, gotów do walki, ale Hiszpan minął go, nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem i zrównał się z Jackie, przystosowując się do jej tempa. Był to jeden z kotów, który ustąpił im drogi - zapewne oficer statku handlowego, sądząc po jego wyglądzie. Ubierał się na wzór francuski: miał na sobie czerwony justaucorps z żółtą, podkreślającą biel halsztuka kamizelą, a na nogach nosił cullote z błękitnawymi pończochami i eleganckie buty z klamrami. Strój był, co prawda, nieco zużyty, a jego właściciel nie ufryzował włosów, poprzestając na związaniu ich w niedbały, nieprzypudrowany kucyk... Ale i tak wyglądał bardzo elegancko, zwłaszcza z tym wspaniałym, ozdobionym piórem kapeluszem na głowie.
- ¡Bienvenida, senorita!
- przywitał się, wykonując wspaniały ukłon z fantazyjnym wywijaniem zdjętym nakryciem głowy. Nataniel miał niejakie trudności ze zrozumieniem całości jego wypowiedzi, jednak pojął, że przybysz przedstawił się jako Jose Maria Fernandez i zapytał, czy może towarzyszyć senoricie w jej przechadzce.
Jacklynn obrzuciła go dumnym spojrzeniem i po chwili wyniosłego milczenia wyraziła zgodę, jednak zastrzegła, że zrezygnuje z jego towarzystwa gdy tylko opuszczą ulicę nad nabrzeżem. Rozradowany Jose Maria zajął miejsce po jej lewej stronie i zabawiał ją rozmową. Powiedział, że jest pierwszym oficerem na handlowcu "Coraje", który przypłynął wczoraj rano z ładunkiem zboża. Następnie opowiedział jakąś skomplikowaną anegdotkę o kontroli celnej, potem opisał swoją mocno nieprawdopodobną utarczkę z angielskim slupem wojennym, który miał napaść na jego okręt, gdy wracał z Francji. Przy każdej możliwej okazji schlebiał Jacklynn i próbował ją oczarować pięknymi słówkami. Lorelei ani razu nie zmieniła wyrazu twarzy na łaskawszy, ale czuć było, że chłonęła jego pochlebstwa jak gąbka i chciwie czekała na więcej. Ani ona, ani jej adorator na Pazura nie obejrzeli się ani razu, jakby ten w ogóle nie istniał. Kapitana mocno to denerwowało - może i udawał, że nie ma z Jackie nic wspólnego, ale trzymał się za nią na tyle uparcie, że powinno to zwrócić uwagę senora Jose Marii. Tymczasem Hiszpan traktował go jak powietrze i bez żenady flirtował tuż przed jego nosem!
Kiedy w końcu doszli do skrzyżowania z uliczką dokerów, przystojny kocur zapytał, czy senorita aby na pewno chce dalej iść sama. Gdy Jackie potwierdziła, skłonił się elegancko i oznajmił, że jest zawsze do jej usług. Na odchodnym wyraził też nadzieję, że będzie miał jeszcze okazję spotkać piękną damę, a swoje życzenie poparł uwodzicielskim uśmiechem i błyskiem w ciemnozielonych oczach. Jackie nie zmieniła wyniosłego wyrazu twarzy i pożegnała go jedynie chłodnym "Hasta luego, senor". Jednak kiedy jej galant odszedł, nie zamierzała od razu pójść w swoją stronę. Dzielnie odczekała, aż senor Jose Maria nieco się oddali, ale potem nie wytrzymała i odwróciła za nim głowę, odprowadzając go wzrokiem. Jeszcze przez dłuższą chwilę stała nieruchomo na środku ulicy, spoglądając za oddalającym się Hiszpanem. Ruszyła się z miejsca dopiero, kiedy Pazur zaczął posykiwać jej z niecierpliwością do ucha, ale i tak przez resztę drogi miała lekko rozmarzony uśmiech na twarzy i nieobecne spojrzenie, z którymi było jej naprawdę ładnie. Nataniel, nadal lekceważony, czuł się coraz bardziej zirytowany. Kiedy w końcu stanęli przed zapuszczoną ruderą w której miał mieszkać Raul, Jacklynn nadal miała minę jak kociątko przylepiające twarz do szyby wystawowej cukierni, a Pazur chętnie by komuś przyłożył.
- Jesteśmy! - burknął ze złością Pazur, mając wielką ochotę złapać ją za ramiona i mocno potrząsnąć, żeby się trochę ogarnęła.
Na szczęście, na dźwięk jego głosu Jackie zaraz wróciła myślami na ziemię i obrzuciła stojący przed nią obraz nędzy i rozpaczy uważnym spojrzeniem.
- Opis się zgadza - oznajmiła, ujmując się pod boki. - Wchodzimy!





komentarze [14]

A figę! >> poniedziałek, 26 października 2009 12:46:54
Tak, nareszcie nowa notka. Całkiem mi się podoba ilość komentarzy pod poprzednią - szkoda, że trzeba zarządzić strajk, żeby kochani czytelnicy zechcieli nieco liczniej komentować. Wyniki sondy też mnie nieco podniosły na duchu ;) Mam nadzieję, że ta notka nie zawiedzie waszych oczekiwań - i że wy nie zawiedziecie moich (Tak, znowu chodzi o komentarze. Tak, wiem, że nudzę) Miłego czytania!
PS: A filmik pod notką to najkrótszy ze wszystkich z gry, a zarazem najbardziej ubogi w akcję i dialogi (całe dwa zdania!) Za to następny, który dodam pod następną notką... Ach!
PS2: Długo się zastanawiałam, czy z tymi wydarzeniami na końcu notki nieco nie przesadziłam. Mam nadzieję, że nie.
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>


CO zrobiłaś?!
- No przecież mówię: założyłam się, że zdobędę więcej części mapy niż on.
Natychmiast po wyjściu Pazura do kajuty wśliznęła się Sammy. Wyjątkowo zadowolona mina odchodzącego Nataniela sprawiła, że spodziewała się zastać Jackie rzucającą przedmiotami po całym pokoju, ale jej przyjaciółka siedziała przy stole zupełnie spokojna i w doskonałym humorze. Samantha, oczywiście, natychmiast chciała poznać przyczyny takiego fenomenu, ale dowiedziawszy się o wszystkim wpadła w panikę.
- Czyś ty oszalała! - wyjęczała, chwytając się za głowę. - Tak się z Omarem i Tabbym staramy, żeby zawiązać przyjaźń między załogami, a ty nas wplątujesz w jakieś współzawodnictwo?! To koniec! Kto by nie wygrał, raz na zawsze przekreśli to szanse na dobrą współpracę!!!
Jackie prychnęła lekceważąco.
- Nie miałam innego wyjścia, wierz mi. Nasza "przyjaźń" przed paroma minutami zakończyłaby się z wielkim hukiem, gdybym nie wpadła na ten pomysł. On się z każdą chwilą zachowywał coraz bardziej bezczelnie i lekceważąco; jak, według ciebie, wyglądałaby ta cała "współpraca", jeśli kapitan dawałby swojej załodze taki cudowny przykład? Nie, Sammy, to najlepsze, co można było zrobić! - stwierdziła stanowczo, podnosząc palec do góry. - Zgadzając się na rywalizację z nami, automatycznie przyjęli, że jesteśmy im w pewien sposób równe - w końcu nikt nie stara się udowodnić swojej wyższości komuś, kto przy nim zupełnie nie ma szans. Przy odrobinie szczęścia tak się przyzwyczają do tego uczucia, że nareszcie przestaną na nas patrzeć jak na kicie z zamtuzu!
Pierwsza oficer nieco się uspokoiła.
- To brzmi logicznie... Możesz mieć rację. Ale co z tobą i Pazurem? Do zdobycia jest tylko pięć kawałków mapy, więc nie ma szans na remis - któreś z was przegra! Jak was znam, na pewno nie przejdziecie nad tym do porządku dziennego i zaraz będziecie na siebie warczeć!
Jacklynn zamruczała cicho, mrużąc z zadowolenia oczy.
- Nie martw się... Kiedy wygram, nie będę go zbyt długo dręczyć, a mała nauczka dobrze mu zrobi - on potrzebuje porządnej lekcji pokory. To może nam wszystkim tylko wyjść na dobre, zobaczysz.
Samantha poruszyła się niespokojnie.
- A co, jeśli ci się nie uda? - zapytała.
Lorelei rozśmiała się głośno.
- Oj, Sammy, Sammy... Tym się nie musisz martwić.
Przeciągnęła się z zadowoleniem, zamruczała i dodała cicho, z tajemniczym, pewnym siebie uśmiechem:
- Bo widzisz: ja po prostu nie mogę przegrać!

Pazur stał na sterówce, przyjmując swoją ulubioną postawę - prawa ręka na biodrze, lewa wzdłuż tułowia - i z zadowoleniem przyglądał się zgromadzonym na śródpokładziu piratom. Jego dobry humor nie uszedł uwadze załogi, toteż wszyscy zachowywali zaciekawione milczenie, czekając aż Pazur się odezwie. Nataniel czuł niemal, jak powietrze gęstnieje od domysłów. Zakołysał z ukontentowaniem ogonem, wygiął go w dumne "S". To, co teraz powie, na pewno im się spodoba - co najmniej tak samo, jak jemu.
- Słyszeliście już, że w otwartej wczoraj butelce była część mapy prowadzącej do skarbu - zaczął - Zapewne wiecie również, że do odnalezienia zostało jeszcze pięć fragmentów. Spodziewacie się, że wyruszymy na ich poszukiwanie, prawda? - przerwał na chwilę, pozwalając, by piraci przytaknęli zgodnym chórem. - Cóż, nie mylicie się - z tym że sytuacja wygląda o wiele ciekawiej. Kapitan Bloodbane - pierwsze słowo wymówił jakby z pewnym ociąganiem, które sprawiło, że marynarze zastrzygli uszami - uważa, że nie doceniamy jej załogi... - tu pozwolił sobie na ironiczne podniesienie brwi. Kocury zaczęły się śmiać i trącać łokciami, nie pozostawiając mu tym samym wątpliwości, co myślą o piratkach.
- ...Dlatego zaproponowała mi pewien układ. Twierdzi, że ona i jej podwładne są lepszymi piratami od nas - uśmiechnął się pod wąsem, a odgłosy rozbawienia na śródpokładziu przybrały na sile i intensywności, gdy kontynuował - ...I zamierza to udowodnić. Założyła się, że zdobędą więcej kawałków mapy niż my, co bedzie dowodem na ich wyższość. Oczywiście się z nią nie zgodziłem. Ten, kto wygra, weźmie większość skarbu - całe trzy piąte. Co o tym sądzicie, chłopcy? Podoba wam się taki zakład? Czy też mam się wycofać, co? Może jeszcze się uda... - zakpił, śmiejąc się pod nosem.
Odpowiedzią było głośne, entuzjastyczne zaprzeczenie i grupowy wybuch radości. Perspektywa pokazania kotkom, gdzie ich miejsce podobała się jego załodze niemal tak bardzo, jak większy udział w skarbach.
Odczekał, aż piraci nacieszą się wspaniałą nowiną, a gdy nastał względny spokój, przemówił znowu.
- Płyniemy teraz do Llanes, portu, w którym autor listu rozstał się z Raulem, tym Hiszpanem. On powinien mieć cztery fragmenty mapy. Przy odrobinie szczęścia dostaniemy je wszystkie naraz... Mam nadzieję, że nie jest wam szkoda, że zdobycie skarbu może wymagać tak mało wysiłku, co?
Tak jak przypuszczał, piraci wcale się nie przejęli taką możliwością. Nieco niepokoiła ich raczej długa, zapewne nudna podróż na wybrzeże Europy i myśl o wpływaniu do hiszpańskiego portu, gdzie na pewno są wywieszone za nimi listy gończe i mogą też stacjonować garnizony. Ale nie takie numery już wywijali Hiszpańskiej Flocie i żołnierzom króla, toteż nie martwili się tym jakoś szczególnie mocno. W końcu jest z nimi ich kapitan!
Nataniel uśmiechnął się z zadowoleniem. Wspaniale! Nareszcie coś się będzie działo. Co prawda, zakład z Jackie nie będzie jakimś wielkim wyzwaniem, ale doda przyszłym wydarzeniom smaczku. Parę miesięcy żeglugi, a potem zdobędzie pierwszy kawałek mapy. Dzięki temu ucieszy swoją załogę... I pokaże Jacklynn, na co się porwała! To się nazywa upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu! Jedyne, czego należy się obawiać, to nuda podróży, która może rozdrażnić jego piratów - ale na to na pewno coś się poradzi...


Jackie stanęła przy burcie i w zamyśleniu zabębniła pazurkami o reling. W pewnej odległości od "Morskiej Wiedźmy" pruł fale dziób "Mongrels Conquerora". Jacklynn rzuciła mu nieprzychylne spojrzenie. Wspaniały okręt budził w niej niechęć, żywo przypominając swego właściciela. Dumnie wydymając żagle, parł naprzód, zdając się samym swoim istnieniem rzucać wyzwanie wszystkim przepływającym jednostkom... Ale co z tego, że dobrze się prezentuje, jeśli na sam widok ma się ochotę podziurawić go kulami? No i - Jackie z niesmakiem wydęła wargi - przydałoby mu się porządne mycie! Ona w życiu nie dopuściłaby do sytuacji, w której jej albo "Morskiej Wiedźmy" nie cechowałaby przynajmniej zadowalająca czystość! I taki ktoś ma śmiałość..!
Czując niejasną irytację, jak zwykle, gdy jej myśli zahaczyły przypadkiem o drażliwy dla niej temat, kapitan Bloodbane odwróciła się tyłem do nielubianego okrętu. Nie przyszła tu, żeby się denerwować - zwołała dziewczęta na naradę i mają wiele do omówienia! Przez te parę tygodni, które minęły od jej rozmowy z Pazurem, wiele myślała. Doszła do wniosku, że jej największym problemem jest w tej chwili zapewnienie kotkom jakiegoś interesującego zajęcia na czas długiej żeglugi. Co prawda, jej znudzone podwładne nie próbowałyby tłuc się ani buntować, ale monotonia zabiłaby w nich cały entuzjazm. Nie mówiąc już o tym, że jest ich kapitanem oraz przyjaciółką i powinna się starać, żeby czuły się jak najlepiej!
Spojrzała na zebrane dookoła kotki. Jej pomysł powienien im się spodobać i nawet, jeśli nie odniosą znaczącego sukcesu, bedą miały jakieś zajęcie w wolnym czasie. A w najlepszym razie... Kto wie? Może będzie to tak upragniony przez Sammy sposób na przyjaźń między załogami?
- Miałybyście coś przeciwko inteligentnej rozrywce, dziewczyny? - zapytała, uśmiechając się do nich tajemniczo. Oczywiście nie miały, za to bardzo były ciekawe, co wymyśliła. Zamiast jednak od razu wyjaśnić, o co jej chodzi, zadała kolejne pytanie.
- Co myślicie o załodze "Mongrels Conquerora"?
Jedna przez drugą, posypały się chaotyczne odpowiedzi. Po chwili wrzawy Jackie potwierdziła swoje przewidywania: według kotek, piraci mogliby być interesujący, gdyby nie ich brak manier, lekceważące podejście do kobiet w każdej, niewymagającej używania garnka roli i niski poziom higieny osobistej. No i kompletny brak romantyzmu. I delikatności uczuć. I elokwencji. Oraz kiepski gust, wulgarne słownictwo, nietolerancja, no i jeszcze...
Pokiwała głową na znak, że całkowicie się z nimi zgadza.
- A co wy na to, żeby ich zmienić? - zapytała od niechcenia, wysłuchawszy wszystkich skarg.
Zamilkły, zdumione. Jackie, wyjątkowo z siebie zadowolona, założyła ręce za plecami i zaczęła się przechadzać, lawirując między słuchającymi uważnie kotkami.
- Tak, to właśnie od nas zależy! Przecież możemy mieć na nich wpływ, prawda? Wystarczy, że się trochę postaramy... - obróciła się powoli, posyłając wszystkim dookoła niej porozumiewawczy uśmiech - ... I zrobią takie rzeczy, o których pewnie jeszcze w całym swoim życiu nawet nie pomyśleli! Chyba mi nie powiecie, że mogliby się oprzeć naszym... delikatnym sugestiom? - mrugnęła porozumiewawczo.
Kotki wokół niej wybuchnęły radosnym śmiechem i zaczęły wiwatować, podskakując i klaszcząc w ręce z zachwytu. Jacklynn z przyjemnością wzięła udział w ogólnej radości, a kiedy już emocje nieco opadły, powiedziała:
- Porozmawiamy o tym za parę dni i wtedy zaczniemy omawiać naszą strategię. Do tego czasu chciałabym, żebyście przemyślały ewentualne sposoby postępowania, najważniejsze zmiany, które chcemy wprowadzić... I może wstępnie wybierzecie sobie cele? Będziemy współpracować, ale myślę, że przede wszystkim powinnyśmy popracować nad nimi indywidualnie - dobry pomysł?
Chóralny chichot odebrała jako wyraźną aprobatę.

Przez następne parę tygodni Jacklynn i Pazur się nie widzieli. Nie było takiej potrzeby, gdyż od początku już znali cel swej podróży i nawet nie mieli się o co kłócić. Dlatego też Jackie i jej przyjaciółki nie miały możliwości wprowadzić w życie swych niecnych zamiarów. Poprzestawały na coraz bardziej szczegółowym planowaniu, nieco tylko rozczarowane, że aż do czasu przybycia do Hiszpanii mogą nie mieć okazji wypróbować swoich pomysłów. Wyglądało na to, że rzeczywiście będą musiały poczekać, ale...

- Jackie, to nie do wytrzymania! Ja już naprawdę dłużej tak nie mogę! Jak można w takich warunkach pracować?!
Kapitan Bloodbane z braku lepszego zajęcia robiła porządki w biurku, kiedy do jej kajuty wparowała Vicky, jedna z jej załogantek. W jednej łapce trzymała słoik pasty do polerowania domowej roboty (ług i popiół, formuła ultra-skuteczna) a w drugiej mięła szmatkę. Na jej rdzawym pyszczku walczyły o lepsze irytacja i zakłopotanie.
Jackie wyciągnęła ręce z czeluści szuflady i spojrzała na nią bez zrozumienia. Najwyraźniej działo się coś, o czym nie miała pojęcia. Opuściła rękawy, dając sobie nieco czasu na zastanowienie, co też mogło tak zdenerwować kotkę, ale nic nie przychodziło jej na myśl. Vicky uznała jej milczenie za zachętę do dalszego użalania się.
- Ja rozumiem, że oni muszą, każdy przecież czasem... Ale to już przesada! Staram się, wszystkie się staramy, próbowałyśmy ich przeczekać, ale im się wcale nie znudziło! To naprawdę niesamowicie nam przeszkadza!
Jacklynn nadal nie miała najmniejszego pojęcia, o czym mowa; musiała zrezygnować z półśrodków i walić prosto z mostu... No, może niezupełnie...
- Ale o co tak dokładnie chodzi? - zapytała takim tonem, jakby na statku działo się mnóstwo denerwujących rzeczy, które dopraszają się jej uwagi, a o każdej z nich wiedziała wszystko od początku do końca.
Rudawa kotka zamrugała i spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po chwili bezmyślnego wytrzeszczania oczu okręciła się na pięcie i wykonała zachęcający gest.
- Chodźmy! Tam, na pokładzie!
Jacklynn ruszyła pośpiesznie za piratką, która prawie biegła. Przewędrowały tak przez pół pokładu i dotarły do burty po zawietrznej. Vicky podeszła do relingu, który nosił ślady przerwanego polerowania, i dramatycznym gestem wyciągnęła przed siebie rękę dzierżącą szmatkę. Jej wysunięty oskarżycielsko palec wskazywał prosto na płynącego równolegle "Mongrels Conquerora".
- Proszę! - zagrzmiała triumfalnie, drżąc ze wzburzenia i poczucia własnej ważności.
Jackie podążyła spojrzeniem wzdłuż niezbyt czystej dłoni. Dokładnie tam, gdzie wskazywała, grupa piratów robiła coś na burcie. Podskakiwali, wychylali się niebezpiecznie do przodu, przytrzymując się want...
- Vicky! - powiedziała z naganą, odwracając pośpiesznie wzrok.
- Mam wrażenie, że bardzo ich to bawi - powiedziała ponuro kotka, patrząc gdzieś w niebo. - Jednak my nie możemy tak pracować! Jak mam polerować reling, jeśli nie mogę patrzeć w tamtą stronę? A im się wcale nie nudzi! Stoją tam od parunastu minut i tylko co jakiś czas się zmieniają... To krępujące!
- No przecież nie można im zakazać. Muszą się czasem załatwić! - mruknęła z zakłopotaniem Jacklynn. - Ale żeby takie rzeczy..!
Odwróciła się od nieprzyzwoitego widoku. Za jej plecami piraci gwizdali i śmiali się głośno, rzucając sprośne żarty i nieprzystojne propozycje.
- Na litość, przecież latanie z opuszczonymi spodniami to popisy na poziomie siedmiolatków! - rzuciła ze złością, gorączkowo się zastanawiając, co teraz.
- Problem w tym, że takim dzieciakom to się nudzi po kilku chwilach, zwłaszcza, jeśli nie zwraca się na nich uwagi - odparła Vicky. - A oni ciągle się rozkręcają, nic na nich nie działa! I co my mamy z tym zrobić? To dla nas strasznie krępujące, a przecież nie możemy chodzić z zasłoniętymi oczami...
Jackie rozejrzała się bezradnie. Piratki, które niepostrzeżenie zgromadziły się przy niej, patrzyły na nią wyczekująco. I co teraz? Przecież nie pójdzie do Pazura ze skargą, wyśmiałby ją! Sytuacja rzeczywiście jest niezręczna, a oni z własnej woli nie przestaną - za bardzo ich to bawi...
Pomysł, który nagle pojawił się w jej umyśle, był prosty, a jednocześnie niezwykle skuteczny... I z pewnością bardzo denerwujący dla kotów z "Mongrels Conquerora" - a zwłaszcza dla kapitana. Lorelei pozwoliła, aby na jej usta wypłynął szeroki, nieco złośliwy uśmiech.
- Chodźcie tu, dziewczyny, potrzebujemy waszej pomocy - oznajmiła, przywołując swoje podwładne bliżej. - Trzeba dać tym bezwstydnikom porządną nauczkę! A zrobimy tak...

Nataniel w skupieniu odmierzał cyrklem odległości na mapie, chcąc dokładnie obliczyć, ile jeszcze będą płynąć. Nie bardzo lubił to robić, bo wymagało to od niego pełnego skupienia - kiedy tylko się rozproszył, za mocno przyciskał instrument i dziurawił pergamin. Starał się więc, żeby w czasie pracy nikt nie miał do niego żadnych spraw. Szczerze mówiąc, nawet jeśli teoretycznie nic się nie powinno dziać, zawsze ktoś mu przeszkadzał i...
- Panie kapitanie, sir!!! - Pazur skrzywił się, gdy drzwi kajuty bez najmniejszego ostrzeżenia rozwarły się na całą szerokość i z hukiem uderzyły o ścianę. Nie sprawdził od razu, kto przyszedł, tylko spojrzał z ponurym przeczuciem na mapę. Jego przewidywania sprawdziły się - cyrkiel przebił symbol miasta A Coruna, zostawiając okrągłą dziurkę w samym środku litery o.
- Jest pan natychmiast potrzebny..! - zawołał stojący w drzwiach marynarz, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, kiedy jego kapitan zmierzył go morderczym wzrokiem.
- Eeee... Coś się stało, sir? - wyjąkał, gdy udało mu się odzyskać głos.
- Nic oprócz tego, że muszę ZNOWU kupić nową mapę... Chyba, że mieszkańcy A Coruna zrobią mi uprzejmość i wykopią wielką dziurę w środku miasta, żeby wyjaśnić jakoś ten krater na moim planie - oznajmił lodowatym tonem.
Pirat nie znalazł żadnych słów, które brzmiałyby w tej sytuacji dobrze, wobec tego milczał. Nataniel przez chwilę patrzył na niego zastanawiając się, czy kot odważy się przypomnieć o swojej sprawie, ale tamten nadal się nie odzywał. Kapitan prychnął niechętnie.
- No więc? Co to za niesamowicie ważna sprawa, z którą przychodzisz?
Ku jego zdumieniu, marynarz wyraźnie się speszył i zaczął przestępować z nogi na nogę. Zza jego pleców zaczęli wyglądać inni piraci, zaniepokojeni brakiem powodzenia u ich wysłannika.
- Bo my... Bo one... Tego... Hm. - wykrztusił w końcu, całkowicie niezrozumiale.
Jego towarzysze wydali z siebie potępiające pomruki i zachęcające okrzyki, ale to wcale nie pomogło.
- Gapią się, jak szczamy! - zawołał jakiś odważniak z tyłu.
- ŻE CO?! - Pazur wytrzeszczył oczy i nieostrożnie przeciągnął cyrklem po mapie, wydzierając na środku poszarpaną linię.
Odpowiedziały mu pełne poparcia pomruki, wzbierające na sile. Piraci, ośmieleni swoim własnym towarzystwem coraz głośniej pokrzykiwali, nie zwracając uwagi na milczenie kapitana. Dopiero po chwili ci z przodu zauważyli jego dziwną minę i przestali hałasować, ale chwilę potrwało, zanim do ich kumpli z tyłu doszło, że coś jest nie tak. Gdy wszyscy ucichli, Nataniel potoczył po nich nieodgadnionym wzrokiem, opierając brodę na splecionych dłoniach.
- A więc - odezwał się cicho - macie problem z załatwianiem się? Do tego jest kapitan, tak? Ze sztormu wyprowadzi, poda na tacy skarb i jeszcze tyłek podetrze, tak? Może smoczek? Nie wiem, czy starczy dla wszystkich, chyba bedziecie musieli się wymieniać...
- K-kapitanie... - wyjąkał ktoś z tyłu.
- No dobrze - odburknął Nataniel po chwili przesiąkniętej strachem ciszy - Pójdę zobaczyć o co chodzi. Ale jeśli to był tylko żart..!
Prychnął i wstał, po czym wyszedł na zewnątrz i otoczony piratami podszedł do zawietrznej burty. Na płynącej niezbyt daleko "Morskiej Wiedźmie" piratki sprawnie, ale niespiesznie wykonywały swoje obowiązki i zupełnie nie patrzyły w ich stronę. Nie wyglądało na to, żeby miały się na kogokolwiek natarczywie gapić.
Kapitan ujął się pod boki i palcami prawej dłoni zaczął wystukiwać jakiś rytm na biodrze.
- No i co? - rzucił, nie patrząc na członków swojej załogi, który zaczęli kręcić się niespokojnie.
- One chyba tylko wtedy, kiedy sikamy - mruknął ktoś niepewnie.
- To na co czekasz? - kapitan nadal wpatrywał się w drugi okręt. - No?! - warknął, kiedy marynarz nie zareagował - Czy może mam ci dać przykład?!
Z pewnym ociąganiem pirat stanął przy burcie i zaczął odpinać pasek.

- Jackie, jeden znowu próbuje - mruknęła Ruda, wcale nie spoglądając w stronę "Mongrels Conquerora" - I do tego ma widownię!
- Świetnie. Daj mi znać, gdy zacznie na całego... - pani kapitan również pozornie nie zwracała uwagi na drugi statek - Już? No to, dziewczyny; na trzy!... Raz... Dwa... Trzy!

Pirat, z początku spięty i robiący swoje z miną skrajnie nieszczęśliwą, z każdą spokojną sekundą odprężał się coraz bardziej. Już po chwili stał dumnie z miną pt. "szczęśliwy facet" i uśmiechał się błogo do całego świata. Jednak właśnie wtedy wszystkie kotki przerwały swoją pracę i w mig zjawiły się przy swojej burcie, solidarnie wbijając w niego cyniczne, dosyć znudzone spojrzenie. Na samym przodzie opierała się łokciami o reling Jackie, całą sobą pokazując, że jest tu tylko dlatego, iż ten widok jest odrobinę ciekawszy od jednostajnie falującego morza i absolutnie nie robi na niej najmniejszego wrażenia.
Pod ostrzałem uważnych, ironicznych spojrzeń pirat wydał z siebie coś w rodzaju urywanego charkotu i oblał sobie spodnie, które zaczął w pośpiechu zapinać, jednocześnie niezdarnie odskakując od burty. Z "Morskiej Wiedźmy" wiatr doniósł parę nie do końca stłumionych chichotów.
Kapitan wychylił się do przodu i oparł o reling, wbijając wzrok w oddzieloną od niego pasem morskiej wody Jacklynn.
- Dawać tu flagi sygnałowe! - warknął. - "Zameldować się u kapitana" na maszt, ale już!
Piraci rzucili się wypełniać jego rozkazy i już po chwili żądana flaga sunęła szybko do góry.

- Widzisz to? - Samantha wzrokiem wskazała Jackie sygnałówkę - Chyba ktoś chce cię widzieć.
- Doprawdy? - Jacklynn jeszcze nie zmieniła znudzonego wyrazu twarzy, ale w jej głosie czaiła się zapowiedź uśmiechu - Powiedz mi, Sammy, jakie jest najczulsze miejsce każdego mężczyzny?
Pierwsza oficer przyjrzała jej się ostrożnie, ale nie mogła nic wyczytać z jej twarzy.
- Krocze? - zaryzykowała.
Jackie kiwnęła głową.
- Fizycznie rzecz biorąc, tak - ale tylko fizycznie. Próbujesz dalej?
Samantha wzruszyła bezradnie ramionami.
- Duma - Jackie uśmiechnęła się drapieżnie - Sama przyznasz, że jestem coś winna Pazurowi za naszą ostatnią rozmowę. Nie pozwolę się tak traktować!
- To jak? - upewniła się Samantha - Z kolana w dumę?
- Dokładnie! - Jacklynn zaśmiała się głośno i odwróciła do podekscytowanych piratek. - Dziewczęta, przekażcie im, co o tym myślimy... Wiecie, o co mi chodzi, prawda?

- Kapitanie, jest odpowiedź! - marynarz na oku wyciągnął rękę, wskazując na "Morską Wiedźmę". - Ja... - zająknął się - nie potrafię jej rozpoznać!
Pazur odwrócił się w jego stronę tak szybko, że zawirowały za nim poły płaszcza. Co to za partacz, który nawet nie potrafi odczytać prostego kodu? Już miał zamiar porządnie nieszczęśnika opieprzyć, kiedy zdał sobie sprawę, że nie tylko ten marynarz wyglądał na zmieszanego. Ponownie spojrzał za siebie i zesztywniał.
Cała załoga wpatrywała się w zdziwieniu w nieznaną flagę, dopóki wiatr nie pochwycił czarnego materiału i nie rozpostarł go, w całej okazałości prezentując wymalowany na biało znak. Piraci zagapili się na niego, nie wierząc własnym oczom, po czym zaczęli nerwowo odsuwać się od kapitana. Nataniel wpatrywał się jeszcze chwilę w łopoczącą sygnałówkę, a potem powrócił do obserwacji Jacklynn. Ci, którzy mieli okazję stać blisko niego zauważyli, że zmrużył oczy, a napięte mięśnie zarysowały się wyraźnie pod ściśle przylegającą do pleców kurtką.
- Przygotować szalupę - wycedził przez zaciśnięte zęby - Mam do pogadania z "kapitan" Bloodbane...
Na topie masztu "Morskiej Wiedźmy" dumnie powiewała czarna flaga z wymalowaną na niej na biało dłonią pokazującą figę.

- Jackie, spuścili jolkę i Pazur właśnie do niej wsiada! - nieco zaniepokojona Samantha podeszła szybko do pani kapitan.
- Dobrze! Dziewczęta, możecie wracać do swoich obowiązków, tylko ściągnijcie tę figę z masztu - nie możemy przesadzać. Będę w mojej kajucie.
Bardzo zadowolona pobiegła do siebie, aby szybko upchać powyciągane rzeczy z powrotem do szuflady biurka. Kiedy będzie stawiać czoło Pazurowi, musi mieć idealny porządek. Zawsze sprzątała przed jego przyjściem, żeby stworzyć kontrast z zagraconym wnętrzem jego kajuty; nie wiedzieć czemu, czuła się wtedy pewniej.
Wtykając na miejsce dzienniki pokładowe chichotała pod nosem. Będzie wściekły - tego była pewna! Zastanawiała się, czy nie wymalować na fladze bardziej obelżywego gestu, ale zrezygnowała - to nie dałoby odpowiedniego efektu. Aby komuś naprawdę dopiec nie należy używać złośliwości wielkiego kalibru - to te najdrobniejsze rzeczy najbardziej złoszczą. Drobiazgi są jak cieniutkie igiełki: choć niemal niewidoczne, włażą w skórę i nie dają się wyciągnąć, drażniąc przez bardzo długi czas. No i - uśmiechnęła się złośliwie - to igłami, a nie gwoździami przebija się balonik. Figa w odpowiednim momencie - i już z Pazura schodzi trochę powietrza!
Nucąc radośnie zamknęła szufladę i dokonała ostatnich poprawek w wyglądzie pokoju: przesunęła dywanik, poprawiła zmarszczkę na kołdrze, domknęła szafę... Po czym z premedytacją przekrzywiła obrazek na ścianie, żeby mieć co poprawiać, kiedy on tu wpadnie.

Nataniel tupiąc gniewnie wmaszerował na pokład "Morskiej Wiedźmy" i rozejrzał się w poszukiwaniu Jackie. Oczywiście, nie było jej tutaj! To do niej podobne - wywołać zamieszanie, ośmieszyć go przed całą załogą i jeszcze zmusić, żeby szukał jej po całym okręcie. Chociaż w zasadzie spodziewał się, gdzie może ją znaleźć.
- Jest w swojej kajucie?! - warknął do Samanthy, która widząc jego minę zawahała się przez ułamek sekundy, zanim skinęła głową. Nie zawracając sobie głowy podziękowaniem ruszył przed siebie, gniewnie młócąc powietrze ogonem. Ostatnio był dla niej miły, ani razu nie podniósł na nią głosu, i co? Oto efekty! Przy najbliższej okazji wystawia go na pośmiewisko. Tym razem nie popełni takiego błędu, o nie!
Nie zawracając sobie głowy pukaniem (co akurat nie było nowością) gwałtownie otworzył drzwi do kajuty kapitan Bloodbane i wparował do środka, dysząc słusznym (przynajmniej w swoim mniemaniu) gniewem. Spodziewał się, że zastanie skruszoną winowajczynię u progu, ewentualnie przycupniętą niepewnie na brzeżku krzesła za stołem. To by pasowało do jego nastroju, mógłby wtedy miotać się wściekle po pomieszczeniu i ciskać gromy na zuchwałą kotkę. Ale kiedy się pojawił, Jacklynn stała parę metrów od ściany, w pełnym skupieniu przyglądając się jakiemuś obrazkowi.
Nataniel zatrzymał się, nieco zmieszany. Jego przybycie nie zostało zauważone! Jak to możliwe? Usiłując znów wpaść w poprzednie wzburzenie, warknął głośno. Zdziałał tylko tyle, że Lorelei jak w jakimś transie postąpiła parę kroków naprzód i powoli poprawiła obrazek, który wydawał się nieco przekrzywiony. Odstąpiła do tyłu i założyła ręce na piersiach, krytycznie oceniając swoje dzieło.
Pazur poczuł, że zaginiony gniew powraca i nadyma go, niemal rozsadzając od środka. Napędzany gorącem dławiącym go w gardle podszedł naprzód i stanął między Jackie a obrazkiem. Jeśli myśli, że może go lekceważyć, to się grubo myli!
Jackie zamrugała niepewnie, po czym przyjrzała mu się z łagodnym, wytrącającym z równowagi zdziwieniem.
- A, to ty - stwierdziła z czymś na kształt rozczarowania i niesmaku w głosie - Mógłbyś się trochę odsunąć?
- To już szczyt wszystkiego! - Nataniel zawarczał wściekle, zaciskając dłonie w pięści - Odstawiasz takie durnowate numery, odmawiasz stawienia się i wytłumaczenia z tego, co wyprawiasz i po tym wszystkim masz jeszcze czelność tak się zachowywać?! Żądam wyjaśnień i to w tej chwili!
Jackie lekko drgnęła i niemal się cofnęła, ale udało jej się powstrzymać i przybrać dumną i nieco znudzoną minę.
- Bądź łaskaw nie pluć na mnie - powiedziała chłodno, ostentacyjnie ocierając policzek nieco drżącą dłonią - i byłabym ci wdzięczna, gdybyś krzyczał trochę ciszej - od tych twoich nieustannych wrzasków mam bóle głowy!
Nataniela zatkało. Jeszcze podskakuje! I kto tu niby cały czas się wydziera..!
- Ty podstępna, bezczelna... - wypluł poszczególne słowa niczym te cierpkie tabletki, które Christoph kiedyś podstępem ukrył w jego obiedzie.
- Licz się ze słowami, sierściuchu! - resztki niecodziennego opanowania Jackie ostatecznie zniknęły - Nie dość, nieokrzesańcu, że zwalasz na mnie winę za odrażające zachowanie swojej załogi i traktujesz mnie jak swoją podwładną, to jeszcze ten twój język! Jak śmiesz ubliżać damie!
- Damie? Ha! - Nataniel parsknął pogardliwie - Takie osoby jak ty... Co? Jakie znowu zachowanie mojej załogi?
Zaskoczony zaczął szybko rozmyślać o co, do diaska, może jej chodzić, toteż umknęło mu, że Jacklynn cichutko odetchnęła i wsparła się niezbyt pewnie o biurko.
- A więc nie wiesz? - odezwała się po chwili głosem znacznie już spokojniejszym, za to z lekkim odcieniem pogardy - A może tylko udajesz ignorancję, żeby jakoś z tego wybrnąć? To do ciebie podobne...
Nataniel opanował chęć zgrzytnięcia zębami, słysząc jej pełen wyższości ton, ale nie mógł pozbyć się narastającego uczucia niepokoju. Trochę już ją znał i czuł, że nie zmyśla; tylko w takim razie o czym, do jasnej cholery, mówi?!
- Nie podejrzewam cię o bycie pomysłodawcą tego pożałowania godnego incydentu TYLKO dlatego, że nie było cię w tym czasie na pokładzie, a wątpię, czy byś przepuścił taką okazję... Pozostaje pytanie: wiedziałeś o tym i mimo to pozwoliłeś im na takie ekscesy, czy może nie masz nawet pojęcia, o czym mowa? - Jackie odzyskała zimną krew i wróciła do eleganckiego sposobu wysławiania się, obserwując go jednocześnie zmrużonymi oczami.
- Daruj sobie! - prychnął, odsuwając na bok niepokój - Mówisz ciągle o złym zachowaniu mojej załogi, ale to wy bezwstydnie ich podglądacie - i to z tobą na czele! Dowodzę kotami o subtelnej naturze, a takie gapienie się uwłacza godności osobistej i rani ich uczucia!
Lorelei z paskudnym uśmieszkiem wzruszyła ramionami, markując jednocześnie chichot.
- Jeśli im to nie odpowiada, mogą załatwiać się po nawietrznej - zaproponowała słodziutko.
Nataniela zatchnęło z oburzenia.
- Czyś ty do reszty oszalała?! Mają sikać pod wiatr?!
Jacklynn założyła ręce na piersi i nieco pochyliła głowę, starając się ukryć triumfalny uśmieszek.
- Jeżeli nie umieją odpowiednio się zachować i nie wiedzą, że nie należy stać - a tym bardziej skakać i wyprawiać różnych innych rzeczy - z opuszczonymi spodniami dla czystej rozrywki, to obawiam się, że nie ma innego wyjścia. Ale spójrz na to z innej strony - po paru tygodniach burta będzie tak cuchnąć, że wszystkie pąkle odpadną od kilu!
Pazur wytrzeszczył oczy. Coś takiego robili?! Nikt mu o tym nie powiedział!
Kiedy zdał sobie sprawę ze swojego wyglądu próbował zapanować nad mimiką, ale Jackie bezbłędnie odczytała jego minę.
- No, no - powiedziała cicho, biorąc się pod boki - A więc pan kapitan nie wie, co się dzieje na jego własnym statku? Ładne rzeczy, ładne rzeczy...
Nataniel gorączkowo usiłował znaleźć sposób, żeby wyjść z całej tej sytuacji z podniesioną głową. Jeśli przyzna, że nie miał o niczym pojęcia, straci twarz, ale też kłopot... Zachowa godność, jeśli powie, że wiedział o tej akcji, jednak może się wtedy pożegnać z szansą na naprawienie sytuacji... Co robić?! A na dodatek Jacklynn przygląda mu się z zadowoloną z siebie miną i najwyraźniej świetnie się bawi!
W końcu kapitan Bloodbane machnęła ogonem i zrobiła minę łaskawej pani.
- No dobrze, niech już będzie - oznajmiła wspaniałomyślnie - Ale żeby to się więcej nie powtórzyło! Przestaniemy się wygłupiać, ale liczę na to, że wytłumaczysz swojej załodze pewne sprawy!
Natanielowi na jej protekcjonalne słowa gwałtownie skoczył puls, ale udało mu się zmilczeć. Zamierzał zachować swoją złość dla tych idiotów, którzy go w to wszystko wplątali.
- To już mój interes! - odburknął tylko, wychodząc z kajuty.





komentarze [10]

Zakład >> sobota, 5 września 2009 18:40:05
Oto nowa notka. Muszę przyznać, że jestem rozczarowana ilością komentarzy, pod poprzednią, ale to już niechlubna tradycja, prawda? Jestem ciekawa, ilu mam NAPRAWDĘ czytelników, dlatego proszę o wypełnienie poniższej sondy - ale każda osoba niech wypełnia TYLKO raz, dobrze? Byłabym wdzięczna.
W każdym pirackim opowiadaniu prędzej czy później zaczyna się poszukiwanie jakiegoś skarbu - ja również się przed tym nie ustrzegłam :) Jednak mam nadzieję, że Jackie i Pazur nie pozwolą, aby ich przygoda była mało oryginalna... Albo nudna. Na szczęście, już na samym początku nie postępowali tak jak inni... ;)


SONDA
Jak uczestniczysz w życiu bloga?



<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Jeszcze przez chwilę trwała cisza, gdy Jackie bez zbędnych słów wyciągnęła stary kawałek papieru, owinięty wcześniej w list. Natychmiast potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, przepychając się, żeby na własne oczy zobaczyć fragment mapy wyspy ze skarbem. Chyba tylko cud sprawił, że nie porozdzierali jej na strzępy, wyszarpując sobie nawzajem znalezisko z rąk.
- Cudowne miejsce, gdzie rosną drzewa rodzące klejnoty i drogocene kamienie! To jak niesamowity sen! Nigdy bym w to nie uwierzył! - emocjonował się Tabby, podskakując na stołku.
Nataniel oglądał uważnie mapę, szukając jakiegokolwiek znaku, że jest to tylko głupi żart, ale mimo zbadania każdego milimetra nie znalazł niczego, co świadczyłoby o fałszerstwie. "Wygląda na prawdziwą!" zdumiał się, badając ją ostrożnie palcami. "Czy to znaczy, że skarb również istnieje? Brzmi nieprawdopodobnie, ale..."
- Myślę, że z tymi drzewami to tylko przenośnia - stwierdził w końcu, odchylając połę płaszcza i robiąc miejsce w kieszeni na piersi. - W końcu, przy tym całym napuszonym stylu jedna fantazja więcej nie robi różnicy - ważne, że tam chyba naprawdę jest coś wartego zachodu.
Jackie, obserwująca go uważnie, trochę się zjeżyła.
- Przepraszam bardzo, ale mogę się dowiedzieć, co ty robisz z MOJĄ mapą? - fuknęła zadziornie, widząc, że kapitan najwyraźniej zamierza schować cenną karteczkę za pazuchę.
Nataniel zamarł w pół gestu i spojrzał na nią uważnie, po czym lekko wzruszył ramionami.
- Zabieram.
Jacklynn nastroszyła groźnie futerko i wyszczerzyła ząbki.
- To widzę - wycedziła - Ale jakim prawem?!
Spojrzał na nią z politowaniem, jak na kogoś niezbyt lotnego. Naprawdę, co za kłótliwa kotka!
- A po co ci? - zapytał krótko, nawet nie oczekując odpowiedzi.
Lorelei zamrugała ze zdziwieniem, wlepiając w niego spojrzenie dużych, zielonych oczu.
- Cieszę się, że masz o mnie tak wysokie mniemanie, ale muszę cię rozczarować - powiedziała w końcu z przekąsem. - Nawet ja nie dam rady zdobyć ukrytego skarbu bez mapy.
Nataniel parsknął lekceważąco przez wąsy, dając jednocześnie wyraz swemu zniecierpliwieniu.
- Choć raz sobie daruj, dobrze? Oboje doskonale wiemy, że ty w życiu sobie z tym nie poradzisz i to ja z moją załogą zdobędziemy resztę mapy i odwalimy całą robotę, więc przestań się zachowywać, jakbym cię czegoś pozbawiał! Kto szuka skarbu, ten potrzebuje mapy, więc to chyba jasne, że zostanie u mnie...
Jackie najpierw poruszyła niepewnie uszami, jakby zastanawiając się, czy na pewno się nie przesłyszała, ale kiedy dotarło do niej, że to nie pomyłka, nieźle ją to rozzłościło.
- Czy ja dobrze zrozumiałam?! - wysyczała groźnie. - Wydaje ci się, że jesteś ode mnie lepszy, tak? Niby z jakiego powodu, mogę się spytać?
- No naprawdę, bądźmy poważni! Możesz sobie chodzić w spodniach i nosić broń, ale jesteś jedynie kobietą i żadne ubrania tego nie zmienią...
Jacklynn zerwała się na równe nogi sycząc i wyciągając pazurki, w jej oczach lśniła żądza mordu.
- Wydaje ci się, żeś lepszy ode mnie, tylko dlatego, że jesteś mężczyzną? Myślisz, że wszystko zależy od tego, co ma się w spodniach, tak?! To może pozbawię cię tego, co czyni cię kocurem, i wtedy pogadamy z "równiejszego" poziomu, co?
- Panie kapitanie! Pani kapitan! - Christoph, dotychczas z niepokojem obserwujący rozwój wydarzeń, wskoczył pomiędzy szczerzącego ostrzegawczo zęby Nataniela i zjeżoną Jackie, trzymając ich od siebie na dystans. - Milady, dopiero co pani wyzdrowiała, powinna pani teraz odpocząć! Sir - zerknął błagalnie na swojego zwierzchnika - pani kapitan nie powinna się teraz podniecać, może to być szkodliwe dla jej zdrowia..!
- To już nie moja wina, że tak na nią działam, jeśli się jej podobam, to nic na to nie poradzisz! - Nataniel ze złośliwym uśmiechem rozparł się na krześle, ubawiony niezręcznym sformuowaniem medyka.
- Miałem na myśli, że pani kapitan nie powinna się ekscytować - sprostował Christoph, rzucając przestraszone spojrzenie Jacklynn, która miała minę, jakby chciała go udusić. Lorelei w odpowiedzi gniewnie zmrużyła oczy, jednak nie zamierzała wyżywać się na lekarzu - jej celem był ów impertynent w kapitańskim kapeluszu.
- Wszyscy wyjść! - rozkazała - Coś mi się widzi, że mamy do pogadania...
- Jackie, dajcie temu spokój! Naprawdę, te wasze kłótnie do niczego nie prowadzą, a tylko zatruwają atmosferę... - Samantha, z potakującym ruchami głowy tygrysem za plecami, próbowała załagodzić sytuację.
Jacklynn fuknęła i odwróciła się w jej stronę.
- Sama jesteś sobie winna! To ty i Omar wpakowaliście nas w ten sojusz, a teraz martwisz się, że nie potrafimy się ze sobą dogadać? Zresztą, ja jestem pełna dobrych chęci, to ten szowinistyczny, pyszny osobnik tutaj...
- Co proszę? - Pazur gwałtownie się wyprostował, zainteresowany pierwszymi słowami Lorelei i jednocześnie puszczając mimo uszu część dalszą. - To wy to ukartowaliście?
- Nie wiedziałeś? - Jacklynn rzuciła mu nieprzyjemnie rozbawione spojrzenie. - Ja domyśliłam się już dawno. Rozmawiali o tym w tawernie, do której Sammy was wtedy zaprosiła...
Nataniel rzucił szybkie, rozeźlone spojrzenie na tygrysa. "W ładnej mnie stawiasz sytuacji, Omarze!" - pomyślał ze złością. "Wychodzi na to, że nie znam swojego własnego oficera!"
- Mam nadzieję, że jesteś zadowolony z tego, do czego doprowadziły mnie twoje nieprzemyślane decyzje - oznajmił chłodno, mierząc tygrysa wzrokiem.
- "Czasem niezastanowienie lepiej nam służy niż najumiejętniej skombinowane plany!" - odparł ten zupełnie nieprzejęty, zdecydowanym gestem krzyżując ręce na piersi. Widać znowu miał dzień na cytowanie Szekspira.
- Chodźmy, Jackie rozkazała wyjść! - Samantha, wobec wydania się jej sekretu, wolała dać za wygraną i opuścić niebezpieczny teren. Za nią, nie oglądając się za siebie wyszedł Omar, a po nim, rzucając niespokojne spojrzenia swoim dowódcom, podążyli inni. Nataniel został sam na sam z Jackie.
- Ubzdurało ci się, że ty i twoja załoga jesteście od nas lepsi, bo my jesteśmy kobietami, tak? - Jacklynn wróciła do przerwanej wcześniej rozmowy. - A nie przyszło ci na myśl, że właśnie dlatego mamy nad wami dużą przewagę?
Pazur nagle poczuł, jak jego irytacja zmienia się w rozbawienie. Zaśmiał się głośno, na powrót swobodnie rozpierając się na krześle.
- Ty mówisz serio! - stwierdził, szczerze ubawiony. Wydawało mu się, że jest po prostu kłótliwa i nie zgadza się z nim dla czystej przekory, ale ona naprawdę tak myśli!
- Śmiejesz się ze mnie? Może lepiej pomyśl o tym, co ci powiedziałam! - Jackie, tracąc nieco swojej pewności siebie pod wpływem jego wzroku, zaczęła krążyć po pokoju. - Możesz potrzebujesz dowodów? Proszę bardzo! Zacznijmy od tego, że na moim pokładzie nigdy nie wybuchnie bunt, bo wszystkie kotki są do mnie bardzo przywiązane. Kłótnie czy bijatyki też są mało prawdopodobne, bo jak sam wiesz, to wy, faceci, jesteście bardziej skorzy do bitki i rywalizacji, podczas gdy towarzyskość i chęć do współpracy to tak zwane kobiece cechy. Jesteśmy więc bardziej zgrane, chętniej sobie pomagamy... Nie przerywaj mi! Odezwiesz się, kiedy skończę!
Pazur, który chciał rzucić jakąś uwagę, zamilkł. "Dobrze, niech mówi dalej, co mi tam szkodzi!" - pomyślał, rzucając jej pobłażliwe spojrzenie. W pewnej siebie postawie Jackie i jej zapalczywym tonie było coś, co nie pozwalało się na nią złościć... Za to dostarczało mu sporej rozrywki.
Lorelei, mile zaskoczona jego ugodowością, kontynuowała nieco mniej wojowniczym tonem:
- W porcie moje przyjaciółki nie zginą zasztyletowane w jakiejś awanturze w porcie, nie będą gwałcić, palić i mordować, zabijają tylko w obronie własnej. Żadna z nich mnie nie zdradzi, bo gdyby nawet dostały ułaskawienie za współpracę z władzami, w najlepszym razie mogłyby co najwyżej liczyć na to, nie zrobiono by im krzywdy... Oczywiście i bez tego jestem pewna, że są lojalne i nie twierdzę, że twoi kamraci chcieliby cię wydać, ale rozpatruję sprawę czysto teoretycznie - przyznała łaskawie. Najwyraźniej milczenie Pazura było okolicznością łagodzącą dla jego poglądów, skoro sama z siebie dorzuciła takie sprostowanie.
- Dziewczęta nie lubią rumu tak bardzo jak twoja załoga, więc nie upijają się, nie awanturują, gdy jest go mało i nie podpijają ukradkiem z beczki. Nie przechleją też całego swojego udziału w łupach i nie latają za ladacznicami, więc zostaje im bardzo dużo oszczędności... Z uwagi na to, nie są aż tak potwornie żądne łupów, bo z każdej zdobyczy realnie mają o wiele więcej niż przeciętny marynarz, który traci wszystko po wieczorze spędzonym w portowej tawernie... Nie mówiąc już o tym, że każda z moich załogantek cechuje się wyższą higieną osobistą niż wszysy twoi piraci razem wzięci! - dodała, nieco rozzuchwalona jego brakiem reakcji.
Nataniel, bynajmniej nie wzruszony przytykiem, odchylił się do tyłu i zaczął huśtać na krześle.
- Wszystko pięknie - oznajmił po chwili, kiedy stało się jasne, że Jacklynn nie zamierza na razie nic dodać - Ale pominęłaś najważniejsze zagadnienia. Chyba mi nie powiesz, że fizycznie też nas przerastacie, co? Oczywiście, oprócz wyglądu - dorzucił z kurtuazją, wprawiając Jackie w zdumienie i zmieszanie, co tylko poprawiło jego i tak wspaniały humor. - Przeciętnie każda z obecnych na tym pokładzie kotek jest co najmniej trzy razy słabsza od któregokolwiek z moich chłopców... No, nie licząc Benny'ego. Tak w walce, jak przy stawianiu żagli czy też zmaganiu się z trudnymi warunkami na morzu jesteście na przegranej pozycji - i to jest o wiele ważniejsze niż wszystkie wymienione przez ciebie przed chwilą zalety.
Jackie skrzyżowała ramiona na piersiach i buntowniczo potrząsnęła głową, aż jej czarne loki zawirowały.
- Wcale nie! Na "Morskiej Wiedźmie" jest więcej osób, niż na "Mongrels Conquerorze", a to równoważy nasze szanse w walce. Jeśli chodzi o zmianę takielunku i kierowanie okrętem, to mamy tu zmodyfikowany system bloczków, który sprawia, że potrzeba mniej siły do wciągania żagli, a co do zmagania się z pogodą... Jakoś dotychczas nie narzekam. Ani razu nas nie zatopiłam, mimo, że przez niejeden porządny sztorm musiałyśmy się przebijać!
- Hmm, no tak, rozumiem - mruknął Natniel, z trudem maskując uśmieszek. Aby ukryć rozbawienie, leniwie się przeciągnął, ale wtedy spojrzał na triumfującą minę Jacklynn, która najwyraźniej uważała, że raz na zawsze udowodniła niezbicie wyższość jej piratek nad jego załogą... Nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Jackie gwałtownie poczerwieniała.
- Jak... Jak śmiesz! - wykrztusiła w końcu wysokim ze zdenerwowania głosikiem. Jej pełen pretensji ton wywołał jednak tylko kolejną salwę potężnego rechotu u kapitana. Nataniel, nie mogąc wytrzymać, złapał się za brzuch i pochylił do przodu, ale to wcale nie pomogło. Łzy rozbawienia pociekły mu po policzkach, jego ramiona drżały spazmatycznie, kapelusz spadł na podłogę, a on ryczał ze śmiechu, zgięty w pół. "Jaka ona zabawna! Naprawdę sądzi, że kobiety mają jakiekolwiek szanse na morzu! Co za ubaw!!!" - kapitan, mimo że już brakło mu tchu, nie mógł przestać.
- Uspokój się, słyszysz?! Skończ z tym natychmiast!- rozzłoszczona Jackie krążyła wokół niego, prychając i sycząc, co tylko pogarszało sytuację. W końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać, trzepnęła go pięścią między napięte do granic możliwości barki. Nataniel zakrztusił się i w końcu udało mu się opanować. Kiedy podniósł głowę, był już spokojny, ale końce wąsów nadal podejrzanie mu drżały.
- No, bez żartów - powiedział poważnie. - Pogadaliśmy sobie, pośmialiśmy się, ale wystarczy. Na litość, przecież wszyscy wiedzą, że żeglarstwo - a tym bardziej piractwo - nie jest zajęciem dle kobiet. To męska sprawa, i tyle!
Jacklynn przyskoczyła do niego, w jej oczach szalał zielony pożar.
- A więc to tak, ty wstrętny wyśmiewaczu cudzych racji! To w tym rzecz! Nie chodzi ci o to, że nie damy sobie rady, rzecz w tym, że to wasza działka, tak? Kobiety powinny siedzieć w domach, prać, sprzątać, gotować i rodzić dzieci, no i jeszcze wskakiwać do łóżka na zawołanie! Gardzisz tymi kotkami, co pozwalają sobą tak pomiatać, ale dla nas, które wyrwałyśmy się z tego chorego schematu, masz tylko niechęć! Wolałbyś, żebyśmy tkwiły na lądzie i prowadziły takie życie, prawda?! Bo kobiety sie do niczego innego nie nadają?!?!
Spojrzał na nią z kpiącym, ale nawet przyjaznym uśmiechem.
- Tak ten świat został stworzony. Nic na to nie poradzisz, kiciu.
Przez chwilę myślał, że wydrapie mu oczy, bo już wysunęła pazurki, ale udało jej się powstrzymyać
- Nie nazywaj mnie tak!!! Nigdy tak do mnie nie mów!!! Nie jestem dla ciebie żadną "kicią" - dla kogo innego zresztą też nie!!!
Ręcę jej drżały tak mocno, że musiała je zacisnąć w pięści, ale i to niewiele pomogło.
Nataniel chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo drzwi do kabiny stanęły nagle otworem i do środka wparował Christoph, z oficerami z obu statków za plecami.
- PANI KAPITAN NIE POWINNA SIĘ DENERWOWAĆ!!! - ryknął przerażającym basem, od którego zadzwoniły flakoniki na stole. Jackie i Nataniel spojrzeli na niego kompletnie zbaraniałym wzrokiem, zbyt zdumieni, żeby rozzłościć się jego impertyencją.
- Wybaczy pan, sir - powiedział po chwili już normalnym tonem, pokornie pochylając głowę - Ale jestem zmuszony prosić pana o opuszczenie tej kajuty. Stan pani kapitan może się pogorszyć, jeśli będzie krzyczeć i tak się przemęczać!
Jackie rzeczywiście słaniała się na nogach, jednak nie przestała sztyletować Nataniela wzrokiem. Na szczęście pozwoliła bez słowa protestu odprowadzić się na koję.
- Wróć tu jutro rano... Nie dokończyliśmy naszej rozmowy - wychrypiała, siadając na kołdrze.
Christoph chciał zaprotestować, ale Jacklynn zamknęła mu usta nie znoszącym sprzeciwu spojrzeniem.
- Nie zdążyliśmy ustalić kursu, a bez tego przecież nie wypłyniemy- oświadczyła stanowczo.
Medyk westchnął.
- No dobrze... Ale musi pani wypić porcyjkę tranu! - dodał chytrze. - Bez tego może pani nie mieć siły jutro wstać z łóżka!
Lorelei prychnęła z irytacją, lecz nie próbowała się kłócić.
- Do zobaczenia jutro - syknęła do wychodzącego Pazura. - Jeszcze z tobą nie skończyłam!
Kapitan posłał jej przez ramię drwiący uśmiech i szybko zamknął drzwi. Dołączył do stojącego nieopodal Omara i razem zaczęli niespiesznie spacerować po pokładzie, czekając na Christopha, który pilnował żeby pani kapitan wzięła swoją porcję leków.
- Coś ty jej zrobił? - mruknął Omar, starając się, żeby jego słowa nie dotarły do kajuty za ich plecami. - Wrzeszczała tak, że aż drżały topy masztów!
Nataniel wyszczerzył się szeroko.
- Nic - odpowiedział, chichocząc na wspomnienie jej miny. - Zupełnie nic!

- ...Wyśmiewał się ze mnie!!! Siedział, bezczelnie rozparty na moim krześle, w mojej kajucie - i śmiał mi się prosto w nos!!! - Po półgodzinie Jackie mogła znowu mówić i szczegółowo relacjonowała Samancie całe zajście. Przyjaciółka stała na środku pokoju ze skrzyżowanymi ramionami i głową pochyloną w zamyśleniu.
- Może mu się jakiś kawał przypomniał - podsunęła niepewnie. Wcale w to nie wierzyła, ale starała się jakoś załagodzić nieprzyjemne skutki kapitańskiej debaty. Nie mogła pozwolić, żeby urażona Jackie zerwała łączący dwie załogi pakt!
Jacklynn popatrzyła na nią jak na wariatkę.
- Albo się zgrywasz, albo w ogóle do ciebie nie dociera, co mówię! - zdecydowała w końcu. - On, on... - nie mogąc znieść szarpiących nią emocji porwała z koi jaśka i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju, przyciskając go mocno do siebie. - Siedział tam, słuchał uważnie, kiwał głową, miałam nawet wrażenie, że się ze mną nareszcie zgadza... Przez chwilę nawet mi się wydawało, że jest miły - jak na niego, oczywiście. A jak tylko wyliczyłam wszystko, co mi przyszło na myśl, pokazał swoją prawdziwą twarz! Popatrzył na mnie jak ktoś dorosły, kiedy słyszy kociątko dąsające się, bo nie może dostać gwiazd do zabawy! Tak-tak... drwiąco, pobłażliwie i trochę z politowaniem! A potem wybuchnął śmiechem, płakał z rozbawienia!!! Ochhhhhhh! - z frustracji ugryzła róg ściskanej w objęciach poduszki.
- To rzeczywiście nie było zbyt... miłe - zgodziła się ostrożnie Sammy, patrząc jak jej przyjaciółka żuje z pasją biały atłas. - Smaczny ten jasiek?
- Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze!!! - Jackie chyba nawet nie zwracała uwagi na to, co się do niej mówi. - Te jego kpiny mogłabym jeszcze znieść, ale one świadczą o tym, że on mnie zupełnie nie traktuje poważnie!!! Gdyby tak mnie wyśmiał ktokolwiek inny, wyprułabym mu po prostu flaki, ale jemu nie mogę nic zrobić!!! NIC, rozumiesz?!?!?! - ze złością cisnęła poduszką o gródź. Wymiętoszony, pogryziony jasiek plasnął żałośnie o ścianę i zjechał po niej, chowając się z wyraźną ulgą za łóżko. Sammy pomyślała, że mu zazdrości - on przynajmniej ma już spokój, w przeciwieństwie do niej.
- Bo to wszystko przez te wasze ciągłe kłótnie - wymamrotała, starając się wyciągnąć z obecnej sytuacji jakąś korzyść. - Gdybyś była dla niego trochę milsza, może by się tak nie zachowywał.
Jackie ponuro potrząsnęła głową spoglądając na pierwszą oficer.
- Myślisz, że na to nie wpadłam? Próbowałam, naprawdę, ale ja po prostu nie mogę być uprzejma dla kogoś, kto mnie zupełnie nie szanuje!
- Ejże? - zaniepokoiła się Samantha - To jest aż tak źle? Nie miałam pojęcia, że tak to wygląda!
- SAMMY! Przecież on ma nas wszystkie za nic, on i cała jego załoga! Dla nich my się po prostu bawimy w piratów, zgodzili się na ten sojusz bo potrzebują drugiego okrętu, a nie naszej pomocy! Przecież oni sądzą, że jesteśmy całkiem bezużyteczne, tyle że potrafimy wypalić z działa w odpowiednim momencie! Dla nich jesteśmy warte mniej niż kozy!
- Dlaczego zaraz kozy? - zainteresowała się gwałtownie pierwsza oficer.
- Bo one, oprócz tego że mogą być obiektem seksualnym, to jeszcze nadają się na obiad, a nas raczej nie zjedzą...
Samantha się zakrztusiła.
- To oni są... kozolubni?
- Nie mam pojęcia! Ale sama dobrze wiesz, jakie rzeczy dzieją się na okrętach, gdy załoga długo nie była w porcie!
- Racja... Chociażby ten kuk na "Zdobywcy", pamiętasz? On wolał chłopców...
"Zdobywca" był statkiem, na którym Sammy i Jackie poznały się jako młode dziewczyny, gdy uczyły się żeglarstwa, udając majtków - tyle że Sammy zaciągnęła się sama, a Jackie została schwytana, gdy brytyjczycy zaatakowali hiszpański statek. Załoga była bandą największych szumowin wśród angielskich marynarzy, przekleństwem każdego kapitana, potworami, dla których nawet stryczek był za dobry. Jednak nawet wśród nich postrach budził sadystyczny, znęcający się nad więźniami pierwszy oficer... Oraz kuk, wprawiający w drżenie wszystkich młodych chłopców na pokładzie. Niejeden raz przyjaciółki zrywał w środku nocy ze snu odgłos jego ciężkich kroków i musiały chować się po kątach, gdy skradał się, przeszukując hamaki, aby wyciągnąć z nich tego majtka, który miał pecha zasnąć z dala od kolegów...
- Nie można tego tak zostawić - westchnęła z żalem Sammy, wracając myślami do ich rozmowy. - Oni powinni uważać nas za równe sobie, za towarzyszy...
- ...A zamiast tego spoglądają na "Morską Wiedźmę" jak na darmowy, pływający burdel! - dokończyła Jacklynn.
Zapadła cisza. Kotki zamyśliły się nad swoim obecnym położeniem.
- Musimy udowodnić im swoją wartość - zadecydowała Lorelei. - Inaczej nic z tego nie będzie!
Samantha popatrzyła na nią z nadzieją.
- Masz jakiś pomysł? - zapytała.
Jackie zmarszczyła brwi, czując, że coś zaczyna jej światać.
- Jeszcze nie - mruknęła - Ale do jutra rana coś wymyślę...
Nagle zaklęła głośno i z uczuciem.
- Szlag! Z tego wszystkiego zapomniałam odebrać mu moją mapę!!!


Następnego dnia rano kapitan zwlókł się z koi, kiedy tylko wschodzące słońce zajrzało przez bulaj i zaświeciło mu w nos. Ziewając podrapał się po głowie i po omacku zaczął szukać koszuli, jak zwykle nie pamiętając, gdzie ją wieczorem rzucił. Nie miałby nic przeciwko pospaniu sobie jeszcze z godzinę dłużej, ale wizyta u Jackie zapowiadała się na wyjątkowo zabawną, więc nawet nie żałował. Pewnie znowu będzie się tak śmiesznie złościć, i to z tego bzdurnego powodu... Jest zupełnie niepoważna - sądzić, że może się z nim równać! Gdyby nie było to takie śmieszne, to chyba nawet by jej współczuł takiego zaślepienia.
Poprzedniego dnia po powrocie na "Mongrels Conquerora" załoga otoczyła kapitana, oficerów i medyka, żądając sprawozdania. Tabby przytoczył całą usłyszaną historię, powodując wybuch radości tych piratów, którzy założyli się, że butelka zawierała mapę prowadzącą do skarbu. Ci szczęśliwcy podążyli potem za Omarem do kajuty oficerów, aby odebrać swoją nagrodę. Biorąc pod uwagę zazdrosne spojrzenia tych, którym się nie poszczęściło, zaproponowano zwycięzcom, żeby przechowali złoto w kufrze u Tabby'ego, ale odmówili. Woleli trzymać wygraną w swoich sakwach, nawet ryzykując, że ktoś spróbuje im je podwędzić. Pocieszeniem dla przegranych była myśl o skarbie, który zdobędą po odnalezieniu wszystkich fragmentów mapy - bo w to, że ich wspaniały kapitan będzie w stanie zgromadzić dawno zagubione kawałki nie wątpili nawet przez chwilę.
"I mają słuszność!" - pomyślał Nataniel, wychodząc ze swojej kajuty i zakładając kapelusz. "Jedynym problemem może być Jackie, ale ona od początku jest na przegranej pozycji - nic dziwnego, że tak się wścieka!"
Szalupa z wioślarzami już na niego czekała. Wskoczył do środka i dał znak do wyruszenia. Dziś płynął sam, bo chodziło tylko o ustalenie kursu, czynność rutynową - choć biorąc pod uwagę usposobienie Jackie, bynajmniej nie monotonną. Kapitan umilał sobie podróż wspominaniem jej zachowania z poprzedniego dnia, więc wydawało mu się, że dobili do burty "Morskiej Wiedźmy" prawie natychmiast. Uśmiechając się z zadowoleniem, zaczął wspinać się po drabince.

Jackie niespokojnie miotała się w swojej kajucie. Co chwilę przysiadała na krześle, żeby zaraz się zerwać i podejść do okna, podnieść coś z podłogi lub po prostu przespacerować się pod przeciwległą ścianę. Mimo wczorajszej rozmowy z Samanthą nadal była na Pazura wściekła i nie mogła się uspokoić, a świadomość, że kapitan będzie rozbawiony jej irytacją, wcale jej nie pomagała. Co więcej, nadal nie wiedziała, jak może mu raz na zawsze udowodnić, że jej załoga w niczym nie ustępuje jego piratom. A on tu zaraz będzie! Załamana, opadła na krzesło, opierając łokcie na stole i pochylając głowę. Przecież nie może tego tak zostawić!
Oczywiście, akurat wtedy drzwi się otworzyły i Nataniel wszedł do środka. Zobaczył ją, zanim zdążyła przybrać jakąś bardziej wojowniczą pozę i na twarz wypłynął mu drwiący uśmiech. Pani kapitan z trudem powstrzymała się od rzucenia w niego czymś ciężkim.
- Kiepski humor? Czyżby mały spadek poczucia własnej wartości? - zapytał z rozbawieniem, wyciągając się nonszalancko na krześle po przeciwnej stronie stołu.
- Raczej ubolewanie nad zaćmieniem umysłowym u pewnych osobników, którym się wydaje, że są doskonali! - odgryzła się, gwałtownie prostując plecy. - Nie oddałeś mi wczoraj mojej mapy!
Nataniel ze znudzoną miną zajął się poprawianiem mankietów swojej koszuli.
- Znowu do tego wracamy..? To robi się nudne. Nie dałabyś sobie rady z odnalezieniem pozostałych części, więc nie potrzebujesz tego fragmentu! I przejdźmy w końcu do planowania kursu...
Jackie łupnęła piąstką w stół, aż podskoczyły flakoniki z lekami.
- Nic z tego! - syknęła. - Myślisz, że możesz sobie mówić takie herezje, a potem spokojnie przejść do innych spraw? Udowodnię ci, że mam rację! Załóżmy się... Jeśli masz dość odwagi, oczywiście!
Pazur zamarł w pół gestu.
- Niby jak? I o co? - zapytał z zainteresowaniem.
- Zostało pięć fragmentów mapy do znalezienia. Ten, kto zdobędzie więcej części, udowodni swoją rację... I weźmie trzy piąte skarbu! - popatrzyła mu wyzywająco w oczy, przybierając drwiącą minę. - Chyba, że się boisz.
Nataniel wstał z krzesła i podszedł do niej, wyciągając prawą dłoń.
- Jak sobie życzysz... Przyda ci się trochę przytrzeć nosa. Mówimy o tym załogom, czy może nie chcesz najeść się wstydu, kiedy przegrasz?
- Chyba śnisz! - roześmiała się głośno, podając mu rękę na zgodę. - Ogłoś to wszem i wobec. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć twoją minę, kiedy zdobędę wszystkie części mapy!
- Na pewno jesteś zdecydowana? - zapytał, nie wypuszczając jej dłoni ze swojej. Pochylił się nieco w jej stronę z protekcjonalnym uśmiechem na twarzy - Wciąż możesz się wycofać..!
- Daruj sobie, bo pomyślę, że tchórzysz!
Uścisnęli sobie ręce i odsunęli od siebie, każde z zadowolonym uśmiechem na twarzy.
- Czyli umowa stoi? To będzie dowód, że jesteśmy od was lepsze, tak? - upewniła się Jackie, biorąc się pod boki.
- Gdyby tak się stało, że wygracie... Owszem - Nataniel wyszczerzył zęby w rozbawionym grymasie. - Ale realnie nie ma takiej możliwości.
- Daruj sobie, nikt nie uwierzy w tą twoją fałszywą pewność siebie... I oddaj mi mapę. To, że ten kawałek się nie liczy w naszym zakładzie nie znaczy, że ci go oddam!






komentarze [9]

List >> wtorek, 9 czerwca 2009 13:00:55
Oto nowa notka. Jestem piekielnie niezadowolona z ilości komentarzy, jaką raczyliście zostawić. Gdyby nie to, że mam straszną ochotę dodać kolejną cześć opowiadania, figę byście zobaczyli, a nie ciąg dalszy. Chyba strzelę focha.
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

"Tyś, który znalazł ostatnie chyba ślady po mnie na tym świecie, wiedz, że jest to historia kota fałszywego i niegodziwego, i winić bym cię nie mógł, gdybyś na wstępie ze wstrętem cisnął mą spowiedź do morza, które niejedną już mroczną tajemnicę w swym wnętrzu zawarło."

- Ach, ci Hiszpanie - mruknął pod nosem Pazur. - Na jedno zdanie marnować tyle atramentu!
- Cicho tam! - syknęła na niego Jackie, czując się nieco dotknięta, bo przecież i w niej płynęła gorąca hiszpańska krew. Jednak po chwili urażonego milczenia odchrząknęła i kontynuowała lekturę.

"Jeśli jednak cię to nie odstrasza, i zechcesz poznać moje dzieje, wiedz, że możesz zostać za to hojnie wynagrodzon. Wystrzegaj się jednak, abyś nie czytał dalej, skuszon jeno zyskiem, bo tako jak i ja marnie skończysz. Jednakże jeśliś zdecydowany, tedy poznaj historię mego żywota, mojej zdrady i nieszczęścia mojego."

- No jak? Jesteśmy jednakże zdecydowani? - zapytała Jacklynn, uśmiechając się z rozbawieniem.
- Jeszcze się pytasz?! - wrzasnęli pozostali (z wyjątkiem Omara, który jak zwykle siedział pod ścianą z poważną miną).

"Zdrajcą byłem od początku i zdrajcą pozostałem. Razu pewnego płynąłem na okręcie Króla, Pana naszego, psia jego mać. Ojciec mój, hazardzista i hulaka, majątek rodowy przepuścił, tak że od służby na morzu nie mógł mnie wykupić, a nawet jeśliby miał ku temu środki, to by mu się to nie uśmiechało. Wodne klimaty mi nie odpowiadały, a że zawsze wątłego zdrowia byłem, to i na okręcie floty żem zaraz lumbago podłapał. Złożon ciężką chorobą, narażon na kpiny i urągania śmierdzącego żeglarskiego motłochu, przesiadywałem w pomieszczeniu oficerów, za skrybę im służąc, bo chamy niskiego rodu podpisać ino krzyżykiem się umiały. Razu jednego, tym dzikim, owłosionym świniom podobni, uchlali się podłą mieszanką rumem zwaną, i językom folgować poczęli. Tedym się od nich dowiedział, że kapitan nasz za małą fortunkę od kogoś mapę tajemną do skarbu prowadzącą kupił, i w swej sypialni w kufrze o podwójnym dnie trzyma. Przed oczyma poczęły mi krążyć widoki onych niezmierzonych bogactw, których mógłbym się stać posiadaczem, i postanowiłem zdobyć mapę. W tym celu, kiedy mię w kuchi do pomocy zatrudniali, psułem smak każdego jedzenia, które mogłem w swe ręce dostać, a z beczki rumu, nędznego alkoholu z odpadków pędzonego, wychodek żem sobie zrobił."

- Dupek! Drań! Do rumu naszczać, co za..! - zaczęli się przekrzykiwać zebrani (łącznie z Jackie i z wyłączeniem Omara, który raczej z zasady nie krzyczał). Gdy emocje opadły, Jacklynn, błyskając gniewnie oczami, czytała dalej.

"Kiedy marynarze, smak gorszy jedzenia poczuwszy, zaczęli być rozeźleni, począłem ich do buntu podjudzać, wierząc, że w zamieszaniu uda mi się mapę zdobyć. Łatwo mi poszło, a kiedy z bronią ruszyli na tych, co zwierzchnikom posłuszni byli, otwarłem siłą drzwi do kwatery kapitańskiej, i ułapiłem mapę. Za pazuchę ją schowawszy, wybiegłem i udawać począłem, że w walce zagorzale uczestniczę. Jednako pani Fortuna, suka zmienna i przekupna, po stronie imć pana kapitana widocznie stała, bowiem przegraliśmy. Dowódcy wierni marynarze ostrzelali nas z broni palnej, dla byłych kamratów nie czując nijakiej litości. Kiedy dym był opadł, poczęli bez litości żywiejących przeciwników wyciągać spod trupów i krępować ich powrozami, w tym i mię, nieszczęsnego, wydobyli spod draba, który stał mi się żywą tarczą, dzięki temu choć jeden dobry uczynek w swym parszywym życiu spełniwszy. Tedy kapitan, dumny jak paw, przechadzać się wśród pojmanych począł, a głosić głosem surowym, że dla zdrajców jednaka jest na morzu kara - za bunt na rejach się winnych wywiesza. Podniósł się wśród skazańców lament, poczęli błagać i o litość skomleć, do trzewików panu padając, ale nie wzruszyło to jego kamiennego serca. Tedy, o własną skórę się trzęsąc, wskazali mię jako prowodyra tego buntu, a także kilku tych marynarzy, którzy jako pierwsi mym namowom ulegli. Żywota to zdrajcom nie ocaliło, bo pan kapitan kary im darować nie zamierzał, ale mię i tych, co jako pierwsi bunt podnieśli, na później zachować kazał, mówiąc, żeśmy nie zasłużyli na szybką i litościwą śmierć przez powieszenie. Przyznaję to szczerze: trząsłemże się jako ta osika na wietrze, oczyma duszy liczne kary gorsze od stryczka widząc, a kapitana wyraźnie to bawiło, zaraza na niego i jego nasienie. W końcu, gdy ledwiem żył ze strachu, ogłosił, że w łódce na bezkresny ocean nas puszczą, jeno beczułkę wody i dzienną porcję solonej - tfu! - wieprzowiny za prowiant nam dając. Przygotowawszy nam owe rzeczy, więzy nam poluzowali i na dno tej łupiny od orzecha rzucili, śmiejąc się, że kiedy pragnienie nam doskwierać pocznie, pomordujemy się wzajemnie, a najpodlejszy zdechnie ostatni. Spuścili nas na wodę i odpłynęli, gwiżdżąc nam i machając chustkami na pożegnanie, a paru majtków stojąc na rejach spodnie ściągnęło, i obelżywie podogonie nam ukazywało, cobyśmy ich za ciepło nie wspominali."

Jackie odkaszlnęła, sięgając po szklankę z wodą. Gardło ją już nieco bolało, ale o wiele bardziej dokuczała jej głowa. Zrozumienie zawiłego stylu Hiszpana było niezbyt łatwe, zwłaszcza, kiedy przy wszystkich tych wyszukanych słowach i niezwykle długich zdaniach wtrącał nagle wyrażenie, które nie powinno się wydobyć z ust szlachcica. Widać przebywanie wśród marynarzy wpłynęło na niego bardziej, niż myślał.
Przetarła oczy, odchrząknęła dyskretnie, po czym, poganiana niecierpliwymi spojrzeniami towarzyszy, czytała dalej.

"Liny długo naszych rąk nie krępowały, i kiedy tylko współpasażerowie moi więzy zrzucili, ochotę mieli wielką mię zadusić. Z łapskami potężnymi na gardle zakląłem ich, coby nic pochopnie nie czynili, bowiem wszystko to przewidziałem w swym błyskotliwym, tajemnym planie, który zaraz im wyłożę. I opowiedziałem, jakżem zwiedział się o mapy skarbu istnieniu, i jakżem wszedł w jej posiadanie. Patrzeć poczęli na mię podejrzliwie, ale pokazałżem im ową mapę i ich wierność i odwagę wychwalać począłem. Wyjawiłem im, iż choć przejęcie statku się nie udało, złoto jest w zasięgu rąk naszych, bowiem wypuścili nas w szalupie akurat na prąd, który do owej tajemniczej wyspy skarbu prowadzi. Na dowód pokazałżem im zwykłą mapę, którom także z kajuty kapitana zabrał, i pozwoliłem im ją z mapą skarbu porównać, pokazując, gdzie w chwili owej jesteśmy. Podkreśliłem, iż sytuacja jest dla nich niezwykle profitową, bowiem jest nas jeno dziesiątka, a więc bogactwa niezmierzone na każdego z nas przypadną. Pragnę tu jednak nadmienić, że jako żywo, nie taką przyszłość planowałem, a z owymi nieokrzesańcami dzielić się ochoty nie miałem, jednak cóż czynić - była to dla mię jedyna szansa na pozostanie na tym łez padole.
Tedy poczęli na mapy spozierać, a nosami kręcić, a ślepiami parszywymi wywracać, bo prostymi dachowcami jeno byli i na czytaniu map się nie rozeznawali, choć przyznać się do tego nie chcieli. Wyższości swej zapobiegliwie wyrazu nie dając, cierpliwie wyłożyłem im, iż przy tej nikłej chyżości łodzi parę dni drogi nas czeka. Popatrzyli tedy po sobie kaprawymi oczyma, następnie prowiant nasz sprawdzili, i orzekli, że nijak go dla dziesięciu chłopa nie starczy; trza się kogoś pozbyć!
Wzrok paru na mię się zwrócił, ale ci rozumniejsi skrzywdzić mię nie dali, jako że mapy czytać umiałem. Wybychła więc bójka, łódka kołysała się tak, iż nędzny mój obiad z żołądka mi uciec próbował, ale po chwili wszystko ucichło. Za burtą pływały cztery trupy tych, którzy w ofierze naszego planu złożeni zostali. Piątka zwycięzców usiadła z powrotem, noże za paski chowając i żaden za się na martwych się nie obejrzał. Patrzyli naprzód, jakby na pojawienie tajemniczej wyspy czekając.

Dni siedem minęło, a wyspy przed dziobem nijak nie było. Wodę od początku dozowaliśmy, mimo to na dnie beczki jeno zaglonione resztki pozostały. Wszyscy słabi byliśmy, lecz im gniew mocy dodawał, ponieważ sądzić poczęli, iż ich co do położenia wyspy oszukałem. Sytuacja różową nie była: wyjąwszy noże, na których wciąż jeszcze krew tamtych zabitych pozostawała, poczęli do mię z groźnymi minami się zbliżać. Jużem z życiem się żegnał, kiedy na przedzie kropka zielona na niebieskim bezkresie mi zamajaczyła! "Ziemia, ziemia! Wyspa" - krzyknąłżem w chwili ostatniej, bowiem ostrze do ciosu już się zamierzało..."

- A możemy przejść do chwili, kiedy już zeszli na ląd? - zapytał Pazur, kompletnie skołowany niełatwą lekturą. - Bo wydaje mi się, że nie usłyszymy tego prędzej niż za pół godziny..!
Jackie, zachrypnięta do niemożliwości, zrobiła rzecz niewiarygodną: po raz pierwszy w życiu się z nim zgodziła!!! Przebiegła tekst wzrokiem, upewniając się, że nic ważnego nie pominie, po czym odnalazła odpowiedni fragment.

"...Wyskoczyliżeśmy na piaszczystą plażę, z wielkiej radości ziemię całując. Od razu rozbiegliśmy się na wszystkie świata strony, życiodajnej, słodkiej wody szukając, a znalazłwszy strumień, do zatoki wpadający, chłeptaliśmy chciwie wprost z koryta jego. Na dnie, pomiędzy wodnymi roślinami, ujrzałem zaplątany kłąb poszarganego, wypłowiałego materiału, a przeszukawszy go, wydobyłem amulet z kamienia, nijakiej wartości nie posiadający. Obejrzawszy uważnie znalezisko, odrzuciliśmy je, jako miana skarbu nie warte. Potem ucieszyliśmy żołądki nasze owocami jakowymiś o kształtach dziwnych, na drzewach i krzewach nieopodal rosnących. Dopiero głód i pragnienie zaspokoiwszy poczuliśmy powagę sytuacji. Przecie znajdujemy się na nieznanej wyspie, wyspie skarbów, na której czeka nas wiele niebezpieczeństw! W ciszy uroczystej wyjąłżem mapę i na piasku między nami ją położyłem. Pochyleni nad nią, poczęliśmy drogi szukać a pułapek wypatrywać. Wedle planu owego, mnogość wielka na naszej drodze niebezpieczeństw się czaiła: symbole tajemne nie wszystkie rozpoznać umieliśmy, a inskrypcji nijakiej nie było, ale przekaz płynący był jasny: nie wolno ni na krok z drogi zboczyć! Aby w pełni sił witalnych być i na wędrówkę się odpowiednio przysposobić, uradziliśmy na plaży przenocować i rankiem bladym na szlak wyruszyć.
Sposobiliśmy się do wieczerzy, a wokół mrok zapadał, gdy słońce w morze nurkowało. Na posiłek mieliśmy owoce i dziwne, kolorowe ptaki, do papużek w bogatych domach mieszkających podobne. Jeden z żeglarzy poszedł jeno do lasu, coby drwa na opał nazbierać. Minęło pół godziny, trzy kwadranse, godzina, aż zaniepokojeni, uzbrojeni w pałki i noże ruszyliśmy go szukać. Drogę jego znaczyła roślinność połamana i pocięta, prowadząca tak przez czas pewien i kończąca się znienacka nad jakowymś dołem. W dziurę ową zajrzawszy ostrożnie, znaleźliśmy go na samym dole: był tam, zakrwawiony, z grymasem potwornym na mordzie zastygniętym. Zaostrzone pale z drewna przebiły go na wylot, żywotem wchodząc, a wystając z pleców. Straszny, zaiste, był to widok.
Wróciliżeśmy na plażę, zbierając trochę chrustu po drodze. Podróż nasza po skarb się jeszcze nie zaczęła, a już jeden stracił swe życie, wpadając do pułapki na dziką zwierzynę. Sytuacja poważną się stała, gdyż sidła takie, bez kości żadnych na dnie, oznaczały jedno: wyspa zamieszkaną była. A jej rezydenci, nawet przyjaźnie usposobieni, skarbu po dobroci nie oddadzą. Jednak nie zamierzaliśmy się poddać: nie po to życie czterech kotów poświęciliśmy, nie po to także jednego dziś straciliśmy, aby jako te psy tchórzliwe się poddać! Tedy gdy jutrzenka horyzont zaróżowiła, ruszyliśmy w drogę na mapie opisaną.
Wiele niebezpieczeństw napotkaliśmy, jednak pisać o nich nie będę, gdyż papieru mi zbywa. Ważne, iż podróż nasza dni trzy i dwie noce trwała, a łatwą nie była. Większość zbirów paskudnych, za towarzyszy mi przez los danych, zdechła jako te psy, a choć łzy po nich nie mi wylewać, litość bierze nad sposobami okropnemi jakowymi ze świata tego zeszli. Pierwszego dnia jeden zginął, gdy widząć idola ze złota, niepomny naszych ostrzeżeń, rzucił się w jego stronę i w trujące, kolczaste zarośla się zamotał. Skonał w wielkich mękach, a śmierć jego próżną się wydała, gdyż posąg potworny jeno miką był dekorowany. Od tej chwili nikt z drogi ani na krok nie zbaczał, pomny dwóch nieboszczków. Mimo podjętych środków ostrożności, następny padł, zabity strzałą, przez jakowyś mechanizm wystrzeloną. Niebacznie stąpnąwszy, pociągnął za ukrytą w kurzu drogi linę, a ta grot zatruty wypuściła. Po tym wydarzeniu poważną naradę odbyliśmy: została nas ino trójka, a na swej drodze po raz pierwszy zastaliśmy pułapkę niechybnie na intruzów nastawioną. Poprzednie śmierci niejako przez przypadek się zdarzyły, ale strzała znakiem nieprzychylności mieszkańców tej wyspy była. Widać przybyszów skarbem skuszonych się spodziewali i nie zamierzali się z nimi bogactwami dzielić. Niewielu nas zostało, czy warto było się narażać?
Tak. Zdecydowaliśmy, iż głupotą byłoby się wycofać teraz, gdy tak daleko żeśmy doszli. Rzecz jedna jeszcze na korzyść tego przemawiała: z tyłu mapy, przez przypadek nad ogniskiem ogrzanej, znaleźliśmy byli krótką notatkę, według której w trzy ostatnie dni każdego miesiąca strażnicy skarbu oddalają się ze swego posterunku, aby w głębi dżungli medytować i sny prorocze przeżywać. Droga ich naszej nie przecinała, więc bylibyśmy bezpieczni i moglibyśmy do woli napychać nasze sakwy złotem!
Szliśmy więc dalej. Droga, wcześniej ledwie spod zarośli widoczna, ścieżki leśnej zwierzyny przypominająca, teraz nieco lepszą się stała. Widać bardziej uczęszczaną była, bo przecinało ją mnóstwo jej podobnych, kubek w kubek takich samych. Gdyby nie mapa, dawnobyśmy zabłądzili. Dnia trzeciego, kiedy się zmierzchać poczynało, oczom naszym ukazała się nagle budowla, w dzikiej dolinie skryta. Drzewa, dookoła niej rosnące, zasłaniały ją wcześniej przed naszym wzrokiem, tak że teraz stanęliśmy ze zdumienia, na widok ów nieprzygotowani. A potem, o skarbach wielkich sobie przypomniawszy, ruszyliżeśmy pędem naprzód.
W dół zbocza schodząc, uważnie się rozglądaliśmy. Wśród drzew ogromne kamienne posągi stały, wszystkie kształtem straszne i groźne. Ale towarzysze moi, zew złota czując, nie oglądali się za siebie i za nic mieli kamienne idole.
Kiedyśmy przed wrotami świątyni (bo zaiste, świątynia to była) stanęli, ogrom jej nas przytłoczył. Wielka, ponura budowla, z nieco zaledwie ociosanego kamienia szarego wzniesiona, groźne robiła wrażenie. Drzwi nie miała ni okien, jeno pustką czarną, jakby potworną paszczą, w miejscu wejścia ziejąc. Zimno od niej buchało takie, że mimo dusznej wilgoci na zewnątrz panującej dreszcz mi po plecach przebiegł. Onieśmieleni, wstąpiliżeśmy na schody, zauważając, iż lodowaty, mglisty opar przy ziemi się snuje, gdzie wyziewy ze świątyni z gorącem z zewnątrz się spotykają. Pełni obaw, ramię w ramię zanurzyliżeśmy się w nieznane za ponurymi wrotami.
Ciemność panowała nieprzenikniona, zimna i wilgotna, a kroki nasze, lubo ostrożnie stawialiśmy nieobute stopy, głośnym echem w korytarzu się niosły. Nie wiem, czybyśmy w tym mroku przedwiecznym cokolwiek zoczyli, gdyby nie to, że jeden z nas ręką po ścianie wodząc, znalazł pochodnię w obejmie, i zaświeciwszy ją, drogę przed sobą oświetlał. Szliśmy tedy naprzód, zgodnie z przypisami na tyle mapy, według których mieliśmy tak lub inaczej w kolejnych korytarzach skręcać. Nikogo na swej drodze nie spotkaliśmy, lubo wszyscy na owych obrzędach tajemniczych byli. Ale strach nasz, przyznać muszę, potężny był i bez tego. Ściany zdawały się miażdżyć nas między cielskami swemi, lodowaty, lepki opar zamarzał na wąsach naszych, a złowrogą ciszę jeno myśmy mącili. Ino pragnienie skarbu pchało nas naprzód, bowiem gdyby nie chciwość i żądza rozpalająca serca nasze, dawnobyśmy pognali do wyjścia przez zimne korytarze. Czuło się tu jakowąś złowrogą obecność, jakby czyjeś rozeźlone ślepia wpijały nam się wzrokiem w wilgotne od potu plecy. Po wielokroć każdy z nas obracał się gwałtownie, bojąc się tego, co mógłby zoczyć, lecz zawżdy ino pusty korytarz widział. Zło drzemało wśród tych ścian z kamienia litego, jak smoczysko z opowieści na legowisku ze złota, strzegąc go zazdrośnie. Wątpić już w mapę i istnienie bogactw poczęliśmy, nogi coraz wolniej żeśmy przesuwali, aż nagle powiew gorący a duszny w nozdrza nasze uderzył, bliskość wyjścia zwiastując. Kroku raźno przyspieszyliśmy, z ulgą, ale i rozczarowaniem świat na zewnątrz witając, jednakoż kiedy oślepienie dawno nie widzianym słońca blaskiem minęło, spostrzegliśmy, iż to nie ten sam otwór, przez któryśmy weszli. Oto roztaczał się przed nami ogród, dziki, lecz zadbany, wśród krzewów i traw wyniosłe drzewa o pniach potężnych kołysały swymi koronami. Zapach odurzający, gęsty, aromatyczny, zawrócił nam w głowach, nieomal powalając swą mocą na ziemię. Podnosząc załzawione oczy w górę ujrzeliśmy drogocenne kule, z gałęzi się zwieszające. Skarby! Piękniejsze niż złoto, srebro i klejnoty, prawdziwe, przez cudowne drzewa rodzone! Rzuciliśmy się zrywać one, padały na nas cennym deszczem, zbieraliśmy spadłe wcześniej z ziemi, a mocna woń ich zapachem bogactwa była. Bogaci! Zaiste, byliśmy bogaci! Ściągaliśmy koszule, robiąc z nich worki, napełnialiśmy je naszym majątkiem, upychaliśmy po kieszeniach, łapaliśmy w objęcia, byle unieść jak najwięcej. Opłacało się grać o swe życie ze śmiercią, byle się tu znaleźć! Radość naszą przyćmiewała nieco myśl, iż niewiele unieść zdolimy, a tyle dobra tu zostanie, jednakowoż nie było na to rady. Obładowani, nieledwie na nogach stojący, wróciliśmy w ciemne korytarze, a serca nasze śpiewały z radości, wiedząc, iż kiedyś możemy tu wrócić i znów się wzbogacić.
Droga powrotna krótką nam była, lodowate korytarze zdawały się znajome niby sień rodzimego domu, pełna pułapek dżungla stała się równie straszną, jak kępa drzew nad rzeką, w której chłopcy siedząc łowią ryby. Pachnący skarb dodawał naszym sercom odwagi tak dalece, że nieomal życzyliśmy sobie, by pojawili się mieszkańcy tej wyspy, cobyśmy mogli dowieść swej odwagi w walce. Na szczęście nasze, nikogo nie napotkaliśmy. Dotarłwszy na plażę, poczęliśmy ścinać smukłe palmy, robiąc z ich pni potężną tratwę, a z ich liści żagiel splatany trawą. Nie śpieszyliśmy się zbytnio, by błędu nijakiego nie popełnić, jednakowoż w pamięci mieliśmy, iż ci, którym zuchwale odebraliśmy skarb, mogą nas wyśledzić. Zgromadziliśmy w pustych tykwach zapasy słodkiej wody, nad ogniskami uwędziliśmy pasy mięsa papug i dziwnych zwierząt złapanych nieopodal.
Na wieczór przed odpłynięciem siedziałżem z Raulem, jednym z ocalałych buntowników, kiedy nasz towarzysz za potrzebą poszedł. Od słowa do słowa, zgadaliżeśmy się i doszliśmy do wniosku, iż łacniej we dwójkę płynąć będzie. Toteż kiedy tamten wrócił i przy ogniu spoczął, ostatni mój towarzysz wbił mu nóż pomiędzy żebra. Nie czułem się winny: zabity zbirem był i niejedno istnienie miał pewnikiem na sumieniu, a gdybyż w spokoju go ostawić, bez wątpliwości przed końcem podróży naszej zarżnąłby nas jak prosięta - takież więc działanie było li i tylko obroną. Raul natomiast, bydle sumienia pozbawione, nie potrzebował nijakiego powodu, coby kolejny mord popełnić z chciwości jeno, podczas gdy mię ręka sprawiedliwości na ten pomysł skierowała, by za grzechy jego ukarać.
W końcu, będąc gotowi, spuściliżeśmy tratwę naszą na fale i pożeglowaliśmy w kierunku szlaków handlowych, uczęszczanych przez nasze okręty. Coby skarby nasze przed tymi, co nas z tratwy podejmą, ukryć, ułożyliżeśmy je w drewnianych, lianami powiązanych skrzyniach, każdziusieńkie jedne w trawę i liście żeśmy opatulili, coby się w transporcie nie poturbowały, liśćmi przykryliżeśmy, a na wierzch narzuciliśmy nad ogniskiem ususzone zielska, kwiaty i różnorakie liście. Niektóre cuchnęły przeokrutnie, ale było to nam barzo na rękę, gdyż maskowało słodką naszego skarbu woń. Mój to pomyślunek sprawił, że takową wyborną kryjówkę sporządziliśmy: żeglując w stronę szlaku handlowego, dobrzem wbił mojemu tępemu kompanowi, co ma zeznać, na spytki przez tych, co nas uratują brany: w skrzyniach jeno rośliny i nasiona leżą, na wyspie przez naszego towarzysza zebrane, który doktórem jakowymś był. Biedaczysko, od tropikalnej gorączki padł, a kiedy jeszcze dychał, towarzysze podli nas wraz z nim na wyspie ostawili, choroby się lękając. Konając, zaklął nas, cobyśmy zebranych przeze niego roślin tu nie ostawiali, i zabrali je ze sobą, bo to okazy rzadkie i nauce nie znane. Przysiągł, iż z zaświatów wróci, coby nas skarać, gdybyśmy ostatniej prośby konającego nie wypełnili, więc kiedyśmy go pogrzebali, suszone rośliny ze sobą w skrzyniach zabraliśmy, aby po powrocie mężom uczonym je przekazać. Wbijałżem tą historyjkę Raulowi do łba tępego, póki przez sen nawet jej poprawnie nie recytował. Gwarantem miała być nam ona, iż nikt w skrzyniach grzebać nie będzie i naszej zdobyczy prawdziwej nie odkryje. W czasie, gdy wiatry w stronę szlaku handlowego naszą tratwę gnały, zrobiłżem jeszcze jedną rzecz; ponieważ Raul, z natury podstępny i podejrzliwy, żądał oddania mu mapy, cobym po powrocie do domu sam po resztę skarbu nie wyruszył, podzieliłżem ją na sześć części i oddałżem mu cztery, sobie dwie ostawiając, coby go udobruchać. Ustaliłżem z nim, iż po przybiciu na ląd, sprzedamy nasze części skarbu i za pieniądze uzyskane dostatnie życie wieść będziemy, ale przede wszystkim - mały okręcik kupimy. Po roku, gdy się nam już fundusze skończą, spotkamy się, okręcikiem na wyspę pożeglujemy i tam, połączywszy kawałki mapy, skarb odnajdziemy i całą ładownię nim zapełnimy. Mapa pokawałkowana zagwarantuje, iż żaden z nas sam po bogactwo nie popłynie. Raul dwa dni myślał, nim uznał, że to dobry pomysł. Nie wiedział jeno, iż w tajemnicy przed nim jego części przerysowałżem dokładnie. Chciałem samopas po skarb popłynąć, co mi się prawnie należał.
Niepokój nas ogarniał, bowiem prowiantu zaczynało braknąć, a żaden okręt nie przepływał. Jednak ranka pewnego ujrzeliśmy na horyzoncie zgrabny szkuner, co kurs na nas wziął. Na pokład podjęci, opowiedzieliśmy naszą wymyśloną historię z przejęciem i trzęśliśmy się nad skrzyniami, jako nad największym skarbem - którym, zaiste były. Zgodnie z mym zamysłem, marynarze szerokim łukiem je omijali, bojąc się pomsty umarłego doktóra. Nikt w prawdziwość naszych słów nie wątpił i choć pracować na pokładzie nam kazali, całych i zdrowych na ziemię w najbliższym porcie, wraz z naszym bagażem ostawili.
Spieniężyliżeśmy tedy skarb nasz u kupców, kupiliżeśmy zgrabny stateczek i rozstaliżeśmy się z Raulem. Głupiec, hulać począł, rumu i dziwek używając, kiedym ja potajemnie sprzęt zgromadził, i następnego miesiąca wypłynąłżem, na wyspę skarbów kurs biorąc. Co on zabrał, to przebolałem, ale nie będzie, złodziej i nikczemnik, więcej bogactwa używać! Pewien jestem, że swą małą fortunkę w przeciągu miesiąca rozpuścił i w biedzie żył dalej w chacie swej w mieścinie Llanes, skąd pochodził i dokąd udać się zamierzał... Ale coś czuję, że okazji po temu, aby się przekonać, nie będzie.
Dopłynąłżem szczęśliwie, dni dokładnie wymierzyłem, coby znów na nieobecność tubylców w świątyni trafić. W wór, w który w drodze powrotnej skarbów pragnąłem nabrać, zapakowałżem butelki rumu i nieco prowiantu, a potem ruszyłem. Przebyłem dżunglę szczęśliwie, a w murach ciemnych, do skarbu drogi broniących, nikogo nie zoczyłem. Jednakowoż nie doceniłem przebiegłości mych przeciwników, mniemając, iż pozwolą, abym po raz wtóry bezcenności wielkie wyniósł. Pułapka ich perfidną i bolesną była: kiedym zoczył światło na końcu mrocznego korytarza, zwiastujące mi przepych cudownego ogrodu, kiedym rzucił się w tęże stronę co sił w nogach, gdy palce me naprzód wyciągnięte nieomal muskały blask słonecznych promieni, a słodka woń poczęła bić w me nozdrza, przepaść bezmierna, istna czeluść piekielna otwarła się pod mymi stopami, a ja spadłem w nią tak głęboko, iż blask dzienny zgasł w mych oczach i zdawało się, że nigdy nie istniało nic prócz tej wszechogarniającej, wilgotnej ciemności.
Nie zgadnę, ilem czasu w dziurze tej obmierzłej spędził, nim przyszli. W chwili pewnej dojrzałem wiele par złotych oczu, w ciemności niezmiernej się unoszących, nieruchomo, bez dźwięku we mnie wpatrzonych. Krzyk mój poniósł się przez ciężkie od wilgoci korytarze, echa odbite od ścian mego więzienia nieomal pozbawiły mię możności słyszenia, ale jeden z nieznajomych sfrunął lekko i bezgłośnie na sam dół, usta mi zamykając. Mimo, iż tuż obok mię stał, twarzy jego ni postaci dostrzec nie zdołałem, wiem jeno, że postury był potężnej. Potem oczy me chustą zawiązał, mimo mego oporu dłonie mi skrępował, i na plecy mię zarzuciwszy, z łatwością wraz ze mną z tej dziury, którejżem nawet brzegu nie widział, wyskoczył.
Dni ciemne i strachem przepełnione dla mnie nadeszły, i w tym miejscu siedząc, ów list piszę. W celi jakiejś dziwnej osadzon, z której wyjście kamiennymi odrzwiami jest zamknięte, w ciemnościach, pochodnią jeno rozświetlonych, wokół ścian krążę. Krzywdy mi nijakiej dotąd nie zrobili, żywią dobrze, ale z chwilą każdą coraz większy strach mię ogarnia. To uprzejme traktowanie nie zmienia faktu, żem tu więźniem, a przyszłość ma niewiadoma. Nie powiodło mi się nawet rozeznać, kimże są ci, którzy mię pojmali. Posiłek, niewidzialną ręką przeze uchylone drzwi wsuwany, pewne rozeznanie o upływie czasu mi daje: mniemam, iż jakieś dwa siedmiodnie tu przebywam. Groza mię ogarnia, gdyż w celi tej ślady bytności czyjejś odnalazłem: bransoleta miedziana pode siennikiem leżała, a parapet małego prześwitu, wysoko pod sufitem wykutego, ślady pazurów nosi. Przede mną przebywali tu jakowyś inni jeńcy, ale losu ich jestem nieświadom. Czuję ino, iż dola ich przerażającą była - i że mię takowa czeka. Wszelkich sposobów na ucieczkę żem spróbował, ale krzyki, groźby, prośby i me próby wydostania się na niczym spełzły. Okienko, do którego wspiąć się zdołałem, wybite jest w żywej skale, której to częścią jest owa świątynia. Widok z niego jest na wiele stóp w dół, a u podnóża owej skały szumi rzeczułka. Nawet, gdybym zdołał przezeń się przecisnąć, zginąłbym próbując ucieczki. Nie ma dla mnie szans na ocalenie.
Przyszedł czas na pokutę i bicie się w piersi z boleści, gdyż nie wątpię, iż położenie me obecne karą jest za niegodne postępki tudzież chciwość. Drżąc, że wszelaka pamięć po mnie zaginie, na papierze, który zawsze przy sobie noszę, ze źdźbłem słomy z siennika za pióro mi służącym i sokiem z owocu miast inkaustu, historię ową spisuję. Wiem, iż żywym stąd nie wyjdę, przeto fragmenty mapy, przeze mnie posiadane, razem z tekstem przez ciebie czytanym do pustych butelek po rumie włożę. Wszystkich do jednego szkła nie pomieszczę, tedy muszę na każdy kawałek posiadanej przeze mnie mapy osobną butelkę przeznaczyć. Włożę także do każdej jednej kopię listu, który czytasz. Po czym zamierzam flaszki owe przez okienko w dół zrzucić, aż do rzeki wpadną. Wiem, iże jest to strumień, z którego za pierwszą mą wyprawą pragnienie zaspokajałem. Tedy, jeśli taka będzie wola niebios, butelki z częściami mapy skarbów i spowiedzią mą, nieuszkodzone do zatoki trafią i popłyną na ocean, z którego to, za przyzwoleniem sił wyższych, które ręką twą kierowały, trafiły do ciebie... O ile ktokolwiek ów list czyta.
Poprzednią butelkę z jedną oryginalną cząstką mapy do rzeki jużem posłał. Fałszywe, skopiowane kawałki w ogniu pochodni żem spalił. To one przyczyną są mego nieszczęścia, być może zniszczenie ich i odesłanie prawdziwej mapy przebaczenie - i wolność - mi kupią. Ten oto list z ostatnią cząstką przy sobie zatrzymam, coby ostatnie słowa tuż przed tym, co mię czeka, wpisać..."

Jackie podniosła głowę znad listu i potoczyła poważnym wzrokiem po obecnych.
- Następne słowa są niewyraźnie i niestaranne, pisane w pośpiechu - powiedziała cicho tonem wyjaśnienia.

"Idą po mię. Przed chwilą do więzienia mego wrzucili dziwny, paciorkami ozdobiony strój, a gest potężnej, ciemnej łapy nakazał mi się w to odziać. Wiem, że to koniec. Cokolwiek mię teraz czeka, zakończy mój nędzny żywot. Nie chcę umierać, nie tutaj, nie teraz... Bogowie i demony, słyszę kroki, muszę wyrzucić butelkę! Ktokolwiek ją znajdzie, niechaj pamięta o mym losie i poświęci chwilę na rozmyślanie o
Christobalu Dionisio Ernesto de Marrano Ortega Quesada y Vega de Collmillo y Willa de Felicidad"





komentarze [7]

Co jest w butelce? >> środa, 25 marca 2009 17:12:26
Oto jest! Wraz z nowym Mylogiem - mnóstwem nowych opcji i obietnicą, że nie będzie się wiecej zawieszał - nadszedł czas na wcielenie w życie zamiaru, z którym od dawna się nosiłam:
OTO NOWY WYGLĄD BLOGA!!!!
Jak widzicie, dałam kursory z gry, zmieniłam formularz do komentarzy i wszystkie szablony - na stronie głównej jest nieco inny niż na podstronach (to w miejscach menu na podstronach to listy gończe za Jackie i Pazurem - warto je sobie przetłumaczyć, zwłaszcza ten Lorelei ;) )
Chcę też zwrócić uwagę na subskrypcję tam, po lewej. Dzięki niej będę mogła wysyłać powiadomienia o nowej notce wszystkim tym, którzy wpiszą tam swój adres e-mail. Wygodne, prawda? :D
Mam nadzieję, że nie poskąpicie mi koemntarzy - teraz, kiedy straciłam moich ulubionych z myloga, potrzebuję opinni jeszcze bardziej niż przedtem. Widziałam, ile osób weszło na tego bloga w ciągu niecałego tygodnia od reaktywacji, więc proszę, komentujcie! Gdyby chociaż jedna setna z was napisała po jednym komentarzu, byłabym wniebowzięta - bo to oznaczałoby mniej-więcej 35 komentarzy. TAK, właśnie tyle!!!
Nie będę wam wiele zdradzać, ale w kolejnej notce nastąpi niejako preludium do baaardzo ważnych i baaaardzo ekscytujących wydarzeń XD Gdyby nie to, że byłaby to jeszcze dłuższa notka niż poprzednio, dowiedzielibyście się o wszystkim jeszcze dziś, ale nie chciałam przesadzać z długością. Mam nadzieję, że będę mogła dodać ciąg dalszy już wkrótce - a tuż potem wrócimy do patrzenia na wszystko głównie z punktu widzenia Nataniela, który tak lubicie. Obiecuję! Mam już to napisane!
XDXDXD
Pod notką kolejna część filmiku. Przyjemnego czytania!

<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Jackie zamilkła, patrząc niewidzącymi oczami w sufit. Wyglądała na tak zmęczoną, jakby właśnie wróciła ze strasznie dalekiej podróży, choć przecież nie opuszczała własnej kajuty. Potem westchnęła bardzo, bardzo głęboko i zamknęła powieki, zasypiając prawie natychmiast. Oddychała spokojnie i równo i nawet jeśli coś jej się śniło, to na pewno nic nieprzyjemnego. Musiało jej naprawdę ulżyć, kiedy zrzuciła z siebie ciężar strasznych wspomnień, bo już w tej chwili wydawała się zdrowsza i nieco silniejsza. Christoph na migi pokazał wszystkim zebranym, żeby nie hałasowali i wyszli na zewnątrz. Posłusznie opuścili na palcach pomieszczenie, zostawiając chorą, medyka i Samanthę w środku.
- No, wygląda na to, że ona sama nie wie co z takim poświęceniem przyciągnęła ze sobą z dna morza. Tyle hałasu o starą, brudną butelkę, która pewnie zawiera list miłosny jakiegoś rozbitka albo podobną bezwartościową makulaturę! - odezwał się Pazur, (którego tak naprawdę z niewiadomych przyczyn bardzo nęciła zawartość tajemniczej flaszki). Pogładził dłonią wąsy, zastanawiając się, dlaczego ta sprawa nie daje mu spokoju. Może coś w tym jest? Zawsze pociągały go tajemnice... I wartościowe rzeczy. Miał do nich prawdziwie piracki węch. Co może być w środku? Papiery własnościowe jakiegoś majątku ziemskiego w przynoszących bajeczne zyski koloniach, zabrane bogatemu plantatorowi? Zaginiony testament oszczędnego markiza, o który będą się wręcz zagryzać chciwi potencjalni spadkobiercy? Kartka z dziennika okrętowego pechowego odkrywcy, opisująca jakieś dotąd nie poznane, bogate lądy? Albo...
- A kto wie, co może być w środku? A jeśli to coś naprawdę szczególnego? Na przykład... potężny dżinn!!! - niesamowita opowieść Jackie pobudziła również fantazję Tabby'ego, który w tej chwili gotów był uwierzyć we wszystko. - Taki, który spełnia trzy życzenia! Pani kapitan musi nam pozwolić na asystowanie przy otwieraniu tej butelki!!! Trzeba jej powiedzieć, żeby kazała mu służyć sobie na wieki, to najważniejsze..!
Nataniel nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
- Dżinn? Tabby, ty naprawdę wierzysz w takie rzeczy? Wydaje ci się, że w tej butelce siedzi sobie taki ogromny, wszechmogący, umięśniony facet w dziwnym kolorze, który nie ma nic lepszego do roboty, tylko się przed kimś płaszczyć? "Jesteś moim nowym panem, twoje życzenie jest dla mnie rozkazem; mów, czego pragniesz!!!" - zahuczał głębokim basem, krzyżując ręce na piersi. - Chociaż - dodał po chwili namysłu - też się zawsze zastanawiałem, czemu ci wszyscy frajerzy z opowieści nie proszą o nieskończoną ilość życzeń...
Pierwszy oficer wzruszył pogodnie ramionami, uśmiechając się od ucha do ucha. Pewnie już się cieszył na tę chwilę, kiedy uroczyście zostanie wyciągnięty korek zatykający tajemnicę...
- Na otwarcie butelki musimy poczekać, aż Jacklynn wyzdrowieje - powiedział Pit bez większego zainteresowania. - Ale zgadzam się z panem kapitanem, że nie ma tam nic wartego takich emocji. Pewnie i tak przekonacie się na własne oczy, bo Sammy postara się uprosić, żebyście mogli przy tym być... Chociaż to raczej tylko strata czasu.
Ruda, dotchczas bardzo milcząca, nagle ocknęła się z zamyślenia.
- Kapitanie, Samantha kazała mi przekazać panu pytanie, czy zezwoli pan załodze "Wiedźmy" na posłuchanie opowieści Tabby'ego. Bo będzie zdawał relację z tego, co usłyszał, prawda? A Pit - tu rzuciła drugiemu oficerowi wyzywające spojrzenie - nie chce mu robić konkurencji..!
Nataniel poruszył się niespokojnie. Była to naturalna prośba, w zasadzie formalność, bo przecież piratki i tak mogły wejść na pokład "Mongrels Conquerora" kiedy miały na to ochotę... Ale on się wahał. Ostatnim razem kiedy dwie załogi miały ze sobą dłuższy kontakt, wybuchła awantura, która rozdrażniła obie strony. Rzecz w tym, że jego chłopcy widzieli w piratkach nie towarzyszy, a kobiety... I zachowywali się w stosunku do nich "odpowiednio", czyli tak, jak przywykli to robić w portach. Ale że mieli tam głównie kontakt z paniami w zamtuzach, ich maniery daleko odbiegały od tych ogólnie akceptowanych. Jednak kapitan nie mógł odmówić takiej małej uprzejmości, nie ściągając sobie na głowę jeszcze większych kłopotów! W zasadzie nie miał wyjścia... Z ciężkim sercem zgodził się.
Ruda przyjęła jego odpowiedź tak, jakby żadna inna nie wchodziła w ogóle w rachubę.
- Proszę zaczekać chwilę, zaraz przyjdziemy. Nie zaczynajcie bez nas! - zawołała za Pazurem i Tabbym, kiedy ci oddalali się w kierunku swojego okrętu.

Kiedy tylko weszli na pokład, cała załoga otoczyła ich zwartym kołem. Dziesiątki par oczu wpatrywały się w nich wyczekująco, w powietrzu aż czuło się napięcie. Tabby skutecznie pobudzał ich ciekawość, nosząc na pysku tajemniczy grymas... Ale nie mógł konkurować z chmurną miną kapitana, która wzbudziła podniecone szepty i prawdziwą burzę domysłów. W rzeczywistości Nataniel właśnie myślał o wszystkich możliwych katastrofach, które może spowodować spotkanie dwóch załóg. Z każdą chwilą był coraz bardziej na siebie zły za zgodę na odwiedziny piratek, ale nie mógł cofnąć tego, co już powiedział. Zamiast tego zamierzał zapobiegawczo palnąć chłopcom kazanie, żeby choć trochę ich zdyscyplinować.
Odchrząknął, w jednej chwili skupiając na sobie niepodzielną uwagę całej braci pirackiej.
- Za chwilę Tabby powtórzy wam to, co usłyszeliśmy... Pewnie nie będziecie chcieli mu wierzyć, ale bądźcie pewni, że nic nie zmyśla - bo w tym wypadku żadna fantazja nie może być bardziej niesamowita od prawdy - przerwał, aby przeczekać kolejną falę podnieconych szeptów. - Mam dla was jeszcze jedną wiadomość - kontynuował - będziemy gościć załogę "Morskiej Wiedźmy"...
Rozległy się gwizdy, śmiechy i wrzaski radości, które tylko pogorszyły jego humor. Z irytacją zmarszczył brew, ucinając tym samym wszelkie oznaki radości. Piraci dobrze znali swojego kapitana i wiedzieli, kiedy należy się zamknąć. Doskonale wyczuli jego nastrój i nie chcieli ryzykować - kiedy Pazur zaczyna wysławiać się formalnie i wygląda na zdenerwowanego, trzeba siedzieć cichutko jak trusie.
- Od razu chciałbym zaznaczyć - wycedził - że nie będę tolerował żadnego niekulturalnego zachowania! Ostatni pożałowania godny incydent nie ma prawa się powtórzyć, czy wyrażam się jasno? Przypominam, jaką karę wtedy ustaliliśmy za podobne wyskoki i możecie być pewni, że nie będę za was świecić oczami! Czy każdy zrozumiał, co mam na myśli?!
Piraci w ciszy pokiwali potakująco głowami.
- Nie usłyszałem odpowiedzi! - zagrzmiał.
Niechętnie wymruczeli "Tak", trzymając ręce w kieszeniach i patrząc w niebo lub na pokład pod swoimi brudnymi stopami.
- Trochę więcej entuzjazmu, chłopcy! Gdybyście tak odezwali się na własnym ślubie, narzeczona zatłukłaby was bukietem!
Rozległy się okrzyki trwogi, piraci spluwali zapobiegliwie przez lewe ramię i rozpoczęli daremne poszukiwania jakiejś zaniedbanej, niekoserwowanej części statku, żeby odpukać w niemalowane.
- Proszę nie opowiadać takich strasznych rzeczy, sir! - zakrzyknął jakiś marynarz. - Dałem nogę już z trzech własnych ślubów tuż przed "tak" i nie potrzebuję ćwiczyć tego słowa - raczej przydałaby mi się wprawka w bieganiu!
Rozległy się śmiechy i okrzyki aprobaty, a do dzielnego weterana, który wyszedł cało aż z trzech strasznych opresji ustawiła się kolejka osób chętnych do poklepania go po plecach. Choć kocury wyraźnie straciły humor po zakazie bliższego zapoznawania się z piratkami, żart kapitana rozładował napięcie i poprawił sytuację. Kiedy Tabby zacznie swoją opowieść, nie będzie ani śladu po niemiłej rozmowie.
- Kapitanie! - dobiegł ich z plaży głos Pita. Załoga "Morskiej Wiedźmy" prosi o pozwolenie na wejście na pokład!
- Udzielam! - odkrzyknął Nataniel, dyskretnie podkręcając z ukontentowaniem wąsa. Nie ma to jak służba w Royal Navy! Pit przez wiele lat pływał na okrętach Floty Angielskiej i proszę, jaki efekt! Wie, jak się zwracać do kapitana i robi to z odpowiednią dbałością.
To, co denerwowało Pazura w piratach, to ich kompletny brak poszanowania dla starszych stopniem. Oczywiście, kiedy zdobył własny statek i został dowódcą, zajął się nie tylko doborem wiernej, dzielnej i posłusznej załogi, ale także ich edukacją. Dzięki temu jego chłopcy należeli do tej niewielkiej grupy piratów, która potrafi z całym szacunkiem i absolutnym przekonaniem mówić do swojego kapitana "Sir". Dlatego bardzo go ucieszyła taka postawa Pita, który przecież wcale nie miał obowiązku zwracać się do niego regulaminowo. Gdyby tak jeszcze Bloodbane wzięła przykład ze swojego drugiego oficera..!
Na rozkaz Tabby'ego piraci cofnęli się od trapu, robiąc gościom przejście. Jedni uśmiechali się do kotek z nadzieją, inni ponuro patrzyli spode łba. Wszyscy trzymali ręce w kieszeniach spodni i na czołach mieli wypisane te same myśli o przysłowiowej Maryni. Piratki zachowały się tak, jak na prawdziwe damy przystało: minęły ich, nie patrząc w ich stronę, jakby w ogóle nie istnieli. Jednak Pazur był pewien, że każdy z piratów został dokładnie zlustrowany od góry do dołu, oceniony i zapamiętany. Kiedy kotki wrócą do siebie, z pewnością obgadają każdego, od małego Benny'ego aż po samego kapitana ( "A zwłaszcza kapitana!" poprawił się w myślach Pazur nieco chełpliwie). Wiele razy doświadczył efektów zdumiewającej kobiecej umiejętności do postrzegania wszystkiego kątem oka bez patrzenia wprost na obiekt zainteresowania... Ale wciąż nie mógł się do tego przyzwyczaić. Tak samo jak nie potrafił przywyknąć do myśli, że kobiety pływają na pirackim statku i chodzą w spodniach (w których, trzeba to przyznać, wyglądają naprawdę fascynująco...)
Piratki z wdziękiem przeparadowały przez pokład i wygodnie porozsiadały się na najlepszych miejscach. Załoganci "Conquerora" (pod presją uważnego spojrzenia kapitana) grzecznie poszli na przeciwną burtę. Na środek wystąpił Tabby, nieco zażenowany tak liczną publicznością, która poświęcała mu całkowitą uwagę. Potoczył po zebranych nieśmiałym spojrzeniem, zatrzymał na dłużej wzrok na kapitanie, który kiwnął zachęcająco głową. Pierwszy oficer odchrząknął, przestąpił z nogi na nogę i zaczął opowiadać.

Po raz pierwszy w życiu Tabby ani trochę nie koloryzował. Nie gestykulował, nie odgrywał krótkich scenek, nie wtrącał podnoszących napięcie pauz w najbardziej emocjonującym momencie. Po prostu stał i opowiadał, takimi samymi słowami, jakie usłyszał od Jacklynn. Nikt mu nie przerywał, słuchacze milczeli, nie wznosząc żadnych okrzyków ani nie popędzając gawędziarza. Tylko w najbardziej nieprawdopodobnych, trudnych do ogarnięcia umysłem momentach piraci zwracali pytający wzrok na Nataniela. A ten za każdym razem powoli przytakiwał, bez słów potwierdzając, że pierwszy oficer nie zmyśla.
Nikt nie wiedział, ile czasu minęło, nim Tabby skończył, i nikogo to nie obchodziło. Kiedy pręgowany kot zamilkł, wszyscy głęboko odetchnęli, jakby przez cały ten czas wstrzymywali oddech. Pazur, który przecież słyszał tą historię po raz drugi i do tego opowiedzianą w ten sam sposób, wcale nie czuł się znudzony. To był najlepszy popis Tabby'ego, choć przecież on tylko słowo w słowo powtarzał to, co sam usłyszał.
Piraci szeptali między sobą, jakby obawiali się odezwać pełnym głosem. Zamyślone kotki odeszły, nawet się nie żegnając, a Tabby po prostu usiadł tam, gdzie stał. Nataniel odniósł wrażenie, że wszyscy, łącznie z nim samym, są absolutnie wyczerpani.
- No chłopcy - odezwał się głośno, aż cała załoga się wzdrygnęła - czas do hamaków. Jutro uzupełniamy zapasy wody pitnej, a pojutrze bladym świtem... Wracamy na morze!


Najbliższe dni mijały pod znakiem rekonwalescencji Jackie. Mimo patrolowania szlaku handlowego nie było nawet śladu łupów, więc znudzeni piraci chętnie zajmowali się każdą nowością. A od rozpowszechnienia jej historii, Jacklynn stała się bardzo popularną osobą i wszyscy z zainteresowaniem śledzili najnowsze wydarzenia. Już w tydzień po odpłynięciu z wyspy odesłano Christopha z powrotem na "Mongrels Conquerora", bo stan pacjentki był tak dobry, że nie potrzebowała pomocy medyka. (Podobno podziękowała mu za jego usługi rzucając w niego poduszką, gdy próbował wmusić w nią porcję tranu, ale Christoph nie potwierdził tej plotki). Sądząc po bardzo głośnych wymianach zdań między nią a Samanthą, pani kapitan upierała się, aby wyjść na świeże powietrze, choć ledwie potrafiła przejść parę kroków o własnych siłach. Jednak opiekuńcza przyjaciółka pozwoliła jej wyjść z kajuty dopiero po kolejnym tygodniu, kiedy pani kapitan była ponownie bliska śmierci - tym razem z nudów.
Tego dnia piraci z "Conquerora" byli bardzo podekscytowani, bo rano Christoph został przewieziony szalupą na "Wiedźmę" i po powrocie oznajmił, że pani kapitan wyjdzie na pokład. Nie wiadomo, jakiej niezwyłej rozrywki po tym oczekiwali, ale niemal nie odrywali zniecierpliwionego wzroku od drzwi kajuty Jacklynn i wciąż kłócili się o to, kto będzie mógł przyglądać się wydarzeniu przez lunetę.
Nataniel nie rozumiał tego całego zamieszania - wychodzi to wychodzi, no i co z tego. Jednak kiedy koło południa rozległy się podniecone okrzyki "Idzie!!! Idzie!!!" nie mógł się powstrzymać, żeby nie zerknąć. Stanął przy samej burcie (piraci przepuścili go bez mrugnięcia okiem) i wyciągnął własną, kapitańską lunetę najlepszej jakości. Wycelował ją w pokład "Wiedźmy" i wyregulował ostrość.
Pierwsza z kapitańskiej wyszła Samantha, po czym stanęła z boku, przytrzymując otwarte drzwi. Dopiero potem pojawiła się Jacklynn - z ręką na futrynie zatrzymała się na progu, mrużąc oczy od dawno niewidzianego słońca. Po dłuższej chwili postąpiła parę kroków naprzód, zachwiała się, jakby miała upaść, ale odzyskała równowagę, odsuwając od siebie zatroskaną Samanthę. Podeszła powoli do burty i szła dalej, delikatnie przytrzymując się barierki, a krok w krok za nią podążała jej pierwsza oficer. Kiedy pani kapitan przebyła połowę pokładu, zagrzmiały brawa - to kotki pokazywały, jak bardzo cieszą się z jej wyzdrowienia. Ku niezadowoleniu Pazura, piraci także przyłączyli się do aplauzu. Nie spodobało mu się, że lubili Jackie - dotychczas to on cieszył się ich niepodzielnym uwielbieniem i szacunkiem i teraz poczuł się trochę zazdrosny o swoją załogę. Nie mówiąc już o tym, że nie miał pojęcia, dlaczego Jacklynn budzi ich sympatię; miał nadzieję, że to jedynie przejaw zainteresowania piratów płcią przeciwną. Kapitan Bloodbane zabrała mu już spokój i cierpliwość, nie mógł pozwolić, żeby odebrała mu też serca jego załogi!!!
Jackie, zaskoczona dowodami uznania z drugiego okrętu, obejrzała się na "Mongrels Conquerora", a słońce odbijające się w szkle lunety zwróciło jej uwagę na Nataniela. Zobaczywszy, że jej się przygląda, wykrzywiła się złośliwie i jak mała dziewczynka pokazała mu język. Bardzo rozbawiło to piratów, którzy wybuchnęli głośnym śmiechem, a kapitan szybko odjął perspektywę od oka, czując, jak z zażenowania czerwienieje mu nos. Dał się złapać na ciekawskim podglądaniu, jak jakaś wścibska baba! Co za upokorzenie! Szybko skierował lunetę na jakiś punkt daleko na horyzoncie, ale miał wrażenie, że nikogo tym nie zwiódł. Na szczęście uwaga zebranych szybko wróciła do Jackie, która po uściskaniu wszystkich piratek poczuła się nieco zmęczona i wróciła do swojej kajuty. Christoph, który jako medyk dostał (najlepszą po kapitańskiej) lunetę, pokiwał głową i powiedział do Pazura:
- Myślę, sir, że za jakiś tydzień pani kapitan będzie się czuła tak dobrze, że będziecie mogli ją odwiedzić w sprawie tej butelki. Do tego czasu nie należy jej przemęczać - potrzebuje trochę spokoju, żeby całkowicie wrócić do zdrowia.
Nataniel oszczędnie skinął głową, ale poczuł dreszcz podniecenia przebiegający mu w dół kręgosłupa. "Za tydzień! Za tydzień poznam prawdę!" - pomyślał, choć nie mógł znaleźć dla tej myśli żadnego racjonalnego wytłumaczenia.

Rankiem siódmego dnia emocje sięgnęły zenitu. Piraci z "Conquerora", którzy dowiedzieli się o tajemniczej butelce z opowieści Tabby'ego, byli nie mniej podekscytowani od swojego kapitana (który mimo to udawał, że cała sprawa go nudzi i nie interesuje). Zaczęli się nawet zakładać, co jest w środku i doszło do tego, że załoga podzieliła się na dwa obozy: ci z pierwszego uważali, iż butelka nie zawiera nic wartościowego, a ci z drugiego - że stare, ciemnozielone szkło skrywa coś bezcennego. Wśród tych ostatnich byli też ryzykanci, którzy za parokrotnie większą sumę próbowali dokładnie wytypować zawartość butelki. Paru uważało, że w środku jest jakiś papier wartościowy - akcja, akt własności lub coś w tym guście, znaleźli się też tacy, którzy liczyli na mapę skarbów, paru uważało, że jest tam jakaś informacja, którą można wymienić na pieniądze. Ci z żyłką hazardową postawili wszystkie swoje oszczędności, inni dołożyli dokładnie przemyślaną sumę, a niektórzy oszczędni, nie zwracając uwagi na kpiny hojniejszych kolegów, wrzucili do beczki po rumie zaledwie parę złotych monet. Beczka pełna złota została zdeponowana w mesie oficerskiej, pod opieką Tabby'ego i Omara. Nie powierzono tego zaszczytnego zadania kapitanowi bynajmniej nie z braku zaufania, lecz z tego prostego powodu, że Nataniel najczęściej przebywał na pokładzie, nie zamykając drzwi na klucz, natomiast w mesie był zawsze przynajmniej jeden oficer. Nataniel dostał za to na przechowanie rzecz nie mniej ważną, a mianowicie kartkę, na której Tabby napisał kto postawił ile i na co. Pazur włożył ją do wewnętrznej kieszeni płaszcza i strzegł sumiennie. On sam i Omar nie zamierzali się zakładać i tylko pobłażliwie patrzyli na rozgorączkowaną resztę załogi, ale Tabby nie mógł się powstrzymać i jako jedyny postawił parę monet na to, że w butelce siedzi dżinn.
W puli znalazło się tyle złota, że niemal przesypywało się przez brzegi beczki, nic więc dziwnego, że w dniu, w którym wszystko miało się rozstrzygnąć niektórzy byli bliscy nerwicy. Na całym statku naprawdę spokojny był tylko Omar, ponieważ kapitanowi również szybciej biło serce, choć starał się to ukrywać nawet przed samym sobą. "CO jest w butelce?!?!" - to pytanie opanowało umysły całej załogi.
W końcu nadeszła godzina druga po południu, na którą zaproszono Pazura i jego dwóch oficerów na "Morską Wiedźmę". Kiedy wsiedli do szalupy, sześć par silnych rąk wioślarzy naparło na wiosła. Odbili od burty i popłynęli, odprowadzani rozgorączkowanymi spojrzeniami tych, którzy musieli zostać na statku. Pazurowi przemknęło przez myśl, że każdy inny kapitan piracki uznałby go za wariata, bo właśnie opuścił okręt na środku oceanu, zabierając ze sobą obydwu wiernych oficerów. Ale on wiedział, że może ufać swojej załodze i napawało go to słuszną dumą.
Dziób łódki łagodnie stuknął o burtę "Wiedźmy". Omar zadarł głowę i donośnym głosem obwieścił ich przybycie. Z góry sfrunęła ku nim drabinka sznurowa, rozwijając się w locie. Kiedy tygrys, jako najmniej ważny rangą z ich trójki, poczekał aż Tabby i kapitan znajdą się na pokładzie i zaczął sprawnie piąć się do góry, wioślarze odbili od burty i odpłynęli z powrotem na "Mongrels Conquerora". Kiedy będą chcieli wrócić na okręt, któraś piratka to zasygnalizuje i szalupa po nich przypłynie - ale póki co, nikt nie myślał o powrocie. Minęli kotkę zwijającą drabinkę i pośpieszyli w kierunku kajuty kapitańskiej.

Czekano tylko na nich: w środku byli już Pit, Ruda, Sammy i oczywiście Jackie, która z nadąsaną miną siedziała na pościelonej koi. Na powitanie uśmiechnęła się do Tabby'ego, skinęła głową Omarowi i kompletnie zlekceważyła Pazura. Nietrudno było zgadnąć, że bynajmniej nie cieszy się z jego obecności. Nataniel usiadł na wyściełanym krześle, dyskretnie rejestrując zmiany w otoczeniu. Kajuta była odzwierciedleniem stanu swojej lokatorki: teraz, kiedy Jacklynn wyzdrowiała, pomieszczenie również wyglądało o wiele lepiej. Co prawda, na niektórych przedmiotach zalegał parotygodniowy kurz, ale bałagan został posprzątany, a pokój wywietrzony. Jackie również wydawała się taka, jak dawniej, choć wciąż jeszcze była trochę zbyt chuda i szybko się męczyła. Najlepszym dowodem na jej dobre samopoczucie było to, że znowu patrzyła na Pazura spode łba.
Lorelei potoczyła spojrzeniem po zebranych, chcąc się upewnić, że skupiają na niej uwagę, po czym sięgnęła na stojącą na nocnym stoliku starą butelkę. Chwilę obracała ciemnozielone, pokryte glonami, pąklami i zastygłą smołą szkło w rękach, zanim zdecydowała się je rozbić. Wyjęła z dna szafy starą, poszarpaną koszulę, zawinęła w nią butelkę, po czym położyła pakunek na podłodze i rozdeptała obcasem, uważając, żeby nie uszkodzić zawartości butelki. Potem odwinęła materiał i ze szklanych szczątków wyciągnęła dużo niepozornych zwitków papieru. Rozprostowała pierwszy z nich, wygładziła dłonią i zaczęła przebiegać po nim wzrokiem.
- No?! - nie wytrzymała Samantha. - Nie bądź taka, mów, co tam jest!
Jacklynn oderwała się od treści tajemniczej kartki i usiadła wygodnie na łóżku.
- To po hiszpańsku - powiedziała tonem wyjaśnienia i zaczęła czytać na głos.



komentarze [7]

Opowieść Jackie cz. IV i ostatnia >> wtorek, 14 października 2008 20:54:07
UWAGA!!! Wstęp trochę przydługi, ale ważny, więc proszę nie pomijać!!!
I znowu długo na mnie czekaliście - ale to nie moja wina. Bo notkę miałam już od połowy sierpnia - ale czekałam, żeby było więcej komentarzy. I guzik mi z tego wyszło, bo po 2,5 miesiącach mam czternaście komentarzy!!! 14!!!! Do tej notki dołączam oficjalne opr, dla tych, co nie komentują. Kolejną notkę mam już prawie gotową, ale nie dodam jej, dopóki nie będę miała zadowalającej mnie liczby komentarzy, powiedzmy, piętnaście od indywidualnych użytkowników. Ja wiem, że nie chce wam się pisać, od stukania w klawiaturę trzaskają wam palce i w ogóle z zasady komentarzy nie zostawiacie, ale zlitujcie się i zrozumcie trudną sytuację autorki: jak ja mam wiedzieć, czy ktokolwiek to czyta, i czy się podoba, jeżeli dostaję po ponad dwóch miesiącach czternaście komentarzy - i to z powtórzeniami? Jak tak to wygląda, to mi motywacja siada i notki są rzadziej! Jeżeli więc zależy wam na tym, żebym częściej pisała, to komentujcie. Bo wstyd mi się robi, jak wchodzę na słitaśnie ruszoffe blogaski i widzę po czterdzieści "komciów" pod każdą "nocią". Kompleksów zaraz dostanę!!!
Pod notką obrazek Aquatisa i kolejny odcinek filmu z gry. Pomiędzy tym a poprzednim Pazur zgubił pogoń w lesie i pokonał Katarzynę, zdobywając drugi klejnot.
Przypominam o sondzie, która jest w menu! Brać w niej udział proszę, to badanie opini społecznej dotyczące popularności moich bohaterów! Od tego (w pewnym stopniu) zależy, o kim będę częściej pisać!
Pracuję nad Wielkim Tajnym Planem dotyczącym bloga. Proszę mi donosić, czy nie ma problemów z łączeniem się z mylogiem. I napiszcie, czy wolelibyście czytać częściej krótkie notki, czy rzadziej - długie. Bo każda następna część wychodzi mi dłuższa, i nie wiem, czy dzielić, czy nie.
Podziękowania należą się wspierającym mnie dzielnie członkom rodziny, moim najwierniejszym czytelnikom. Cześć i chwała wam za to. Kocham was!
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Niespodziewanie dla samej siebie obudziła się następnego dnia - cała, zdrowa i przeraźliwie głodna. Wbrew jej obawom, złowieszcze grzybki okazały się nieszkodliwe dla organizmu, chociaż, sądząc po bardzo wyraźnych i nieco psychodelicznych snach, jakie miała, działały halucynogennie. Wzdrygnęła się, starając zapomnieć o tym, co wytworzył jej otumaniony umysł. Ziewnęła, przeciągnęła się, otrząsnęła... I okazało się, że miała towarzystwo.


Oprócz niej znajdowała się tu mała syrenka, zupełnie niepodobna do innych kotorybów. Zielona płetwa zdradzała przynależność do Jaskiniowych, ale cała reszta budziła wątpliwości; Długie, czerwone, splątane włosy, zielone błony między palcami i szarawe, oliwkowo nakrapiane futro były czymś zupełnie niezwykłym. Inne kocięta kotorybów wyglądały jak miniaturki dorosłych osobników, żadne z nich nie przypominało tej tutaj ani trochę.
Dziwna koteczka kuliła się w przeciwległym rogu jaskini, wytrzeszczając na panią kapitan przerażone, błękitne oczka. Wyraźnie bała się tego strasznego potwora z powierzchni, który miał dziwne fanaberie i był agresywny. A nuż zrobi jej krzywdę?
Pojawił się kotoryb ze śniadaniem. Wyglądało na to, że szef Jaskiniowych zrealizował swoją groźbę i zmienił strażników - ten tryton, w przeciwieństwie do swego poprzednika, miał zieloną płetwę. Patrzył na Jackie z respektem należnym stworzeniu, które pogryzło karmiącą je rękę i nie poniosło kary. Trzeba przyznać, że widok trytona poruszającego się powoli i ostrożnie, żeby jej nie zdenerwować, sprawił pani kapitan przyjemność. Kotoryb postawił przed nią miskę, wycofał się tyłem, po czym spojrzał na syrenkę. Widoczny w jego oczach wstręt był naprawdę zaskakujący.
- I czego się tak kulisz? - zapytał, z pogardą marszcząc nos. - Miałaś pilnować, żeby dobrze się czuła, a nie chować się po kątach! I nie waż mi się podbierać jej jedzenia - jeśli czegoś nie zje, ma to zostać na talerzu! - Rzucił koteczce spojrzenie należne czemuś lepkiemu, co przyczepiło się do najlepszego perskiego dywanu, i odszedł, zostawiając pokorną syrenkę i zdruzgotaną Jackie same w jaskini.
Pani kapitan nie mieściło się w głowie, jak można tak traktować dziecko. Wyglądało na to, że mała coś zawiniła, skoro kazali jej pilnować "niebezpiecznego powierzchniowca", ale żaden uczynek nie zasługiwał na taki wstręt i odrazę! Co gorsza, syrenka przyjmowała swoją sytuację nie tylko z pokorą, ale też pewnego rodzaju smutną rezygnacją, jakby do tego przywykła. Żadnych oznak buntu, żadnego wypłakiwania sobie oczu ani dąsania się... O co tu chodzi? Jacklynn postanowiła się tego dowiedzieć.
Udając, że po prostu szuka sobie wygodnego miejsca, zabrała talerz i zaczęła się przesuwać do wyjścia. Kawałek po kawałku przemieszczała się w kierunku jeziorka, aż usiadła przy załomie skalnym. Po jego drugiej stronie stali strażnicy, zabijając nudę rozmową. Jackie zaczęła przysłuchiwać się rozmowie, symulując anemiczne grzebanie w rybie.
Na początku nie mogła się zorientować, o co im chodzi, dopiero po jakimś czasie udało jej się wyłowić coś sensownego. Nie udało jej się dowiedzieć tgo, czego chciała, ale i tak zyskała nową informację. Z dialogu, w którym zarówno temat, jak i słownictwo były mocno niecenzuralne wywnioskowała, że syreny od talii w górę wcale nie są pokryte prawdziwą łuską! Zamiast tego zakładają na siebię coś w rodzaju topu z wyprawionej rybiej skóry. Podobno dziewczyna Bliznomordego (Jacklynn bez trudu domyśliła się, że chodzi o szefa Jaskiniowych) paraduje ostatnio w łuskach z młodego węża morskiego, budząc tym zazdrość wszystkich koleżanek...
Wyjaśniło to, dlaczego wszyscy marynarze upierają się, że syreny pływają topless - najwyraźniej kotorybki doskonale wiedzą, jak zwabić przekąskę...

Przez następne dni Jackie jadła, spała i znosiła tłumy odwiedzających, które wcale nie zmalały. Kotoryby przestały tak agresywnie walczyć o wejściówki, ale wiele z nich przychodziło nawet po parę razy dziennie. Niektórych pani kapitan zaczęła już rozpoznawać. Na przykład, raz przyszły w odwiedziny kotoryby, które wyciągnęły ją z leża Wężycy. Widziała przywódcę i jego dziewczynę - stanęli w pierwszym rzędzie. Syrena wyraźnie nie była zainteresowana Jackie, bez przerwy namawiała trytona, żeby już sobie poszli, ale ten bez słowa patrzył na panią kapitan z czymś w rodzaju satysfakcji na pysku. Jacklynn podejrzewała, że jest zadowolony, iż to dzięki niemu trafiła tutaj, a nie na dno żołądków głodnych wężyków. Ale jego dziewczyna nie znosiła, kiedy patrzył na jakąkolwiek istotę przeciwnej płci z choćby śladem jakiegoś uczucia. I tak ją już strasznie denerwowało, że pani kapitan przeżyła, ledwie udawało jej się znieść fakt, iż to właśnie w tego powierzchniowca wpatrują się zebrane tłumy, ale to, że jej facet również się wgapia - nie, tego nie można wybaczyć! Rzuciła Jacklynn spojrzenie tak przepełnione żądzą mordu, jakby chciała się na nią rzucić. Jackie nie mogła zrozumieć, jakim sposobem przywódca Głębinowych wytrzymuje z tą zazdrośnicą. Przecież jej nie starczało rozsądku nawet na to, żeby zauważyć, że tryton interesuje się Jackie jedynie jako ciekawostką i nie istnieje nawet cień szansy, żeby stała się dla syreny rywalką! Ale to do tamtej nie docierało. Nienawiść wprost od niej buchała!
Jednak pani kapitan zlekceważyła sobie siłę jej uczucia, przekonana, że jest zupełnie bezpieczna. Jak się potem okazało, bardzo nie doceniła morskiej kotki. Kiedy tylko znajomi Głębinowi sobie poszli, natychmiast o wszystkim zapomniała i dalej stawiała czoła hordzie ciekawskich kotorybów.

Nie miała pojęcia, ile dni już minęło - w tej podwodnej krainie nie potrafiła znaleźć niczego, co pozwoliłoby jej zauważyć upływ czasu. W każdej wolnej chwili przysłuchiwała się rozmowom strażników, dowiadując się bardzo wielu ciekawych rzeczy, wciąż jednak nie udało jej się zrozumieć, dlaczego tak traktują małą syrenkę.
Zmieniło się to tego dnia, kiedy jakaś syrena przyprowadziła ze sobą synka. Oparty na zabawce-trójzębie kociak zajadał właśnie jakiś niewątpliwy przysmak, wyglądający jak mała ośmiorniczka na patyku i przyglądał się Jacklynn ze znudzeniem. Jego matka była powierzchniowcem szalenie zainteresowana, ale mały szarpał ją za rękę, jęczał i marudził, mając taką wątpliwą atrakcję w nosie. W końcu jego wzrok padł na syrenkę, siedzącą parę metrów za Jackie (przez ten czas, jaki spędziły razem koteczka nie odezwała się nawet słówkiem, ale wyraźnie przestała się bać Straszliwego Potwora Z Powierzchni). Mały zaczął się powoli ku niej przesuwać, nie wiedząc, że Jacklynn obserwuje go kątem oka. Kiedy popełzł tak daleko, jak pozwalała ręka matki, wyciągnął swój zabawkowy, drewniany trójząb i z całej siły łupnął syrenkę w głowę. Koteczka nieprzytomnie plasnęła o ziemię, z wielkim guzem powoli wyrastającym między uszami. Syrena ledwie raczyła na nią spojrzeć.
- Nie bij jej, kochanie - upomniała synka z roztargnieniem - bo jeszcze zniszczysz prezent od tatusia!
Trytonek popatrzył z rozczarowaniem na syrenkę, która wcale nie miała zamiaru się ocknąć, i pieczołowicie sprawdził, czy na trójzębie nie ma żadnej rysy. Całe zajście nikogo nie zainteresowało, nikt się nie sprzeciwił takiej niesprawiedliwości. Malec, szykując się do wyjścia, trącił koteczkę trzonkiem zabawki.
Tego Jackie już nie wytrzymała. Wcześniej aż ją sparaliżowało z oburzenia, ale teraz odzyskała swobodę ruchów. Złapała małego za kark i wymierzyła mu porządnego klapsa.
Trytonek tak się zdumiał, że aż zapomniał, że powinien wydrzeć się w niebogłosy. Z niedowierzaniem spojrzał na osobę, która odważyła się naruszyć jego nietykalność fizyczną - i niespodziewanie poczuł do niej respekt. Od razu spokorniał i grzecznie odsunął się od małej syrenki.
Gorzej było z jego matką. Ta wpadła nieomal w histerię, zaczęła szlochać i pokrzykiwać, że "ten potwór próbował skrzywdzić jej maleńkiego, kochanego dziubdziaczka!", w napadzie czułości wyściskała i wycałowała swojego "ślicznego skarbeczka" i pociągnęła go do wyjścia, z bezpiecznej odległości domagając się zabicia niebezpiecznego monstrum. Ogólnie rzecz biorąc, chryja się zrobiła niesamowita, i to z zupełnie niewłaściwego powodu. Na dochodzącą do siebie koteczkę nikt nie zwracał uwagi.

Tego wieczoru (Jackie przyjęła, że to pora dnia po zakończeniu zwiedzania, ale nie miała najmniejszego pojęcia, czy to naprawdę wieczór) strażnicy w końcu poruszyli temat syrenki. Z ich długiej i nieco zawiłej rozmowy pani kapitan udało się złożyć następującą historię:
Kotoryby dzielą się na Jaskiniowych i Głębinowych. Są to dwie rasy jednego gatunku, które wytworzyły się przez wielopokoleniowe zawieranie małżeństw tylko w obrębie swojej grupy. Głębionowi mają granatowe płetwy, są przeważnie więksi, silniejsi - i nieco mniej inteligentni od Jaskiniowych, którzy mają zielone płetwy. Głębinowi, jak sama nazwa wskazuje, mieszkają w grotach przy dnie oceanu, w których nie widują światła dziennego. Z tego względu ich oczy są wielkie i blade, a blask słońca sprawia im nieznośny ból. Natomiast Jaskiniowi mieszkają w jaskiniach bliżej powierzchni wody, gdzie życie jest prostsze i wygodniejsze, a ściany ich legowisk porastają cudowne kryształy. Mogą też odwiedzać świat "nadwodny", i to właśnie oni polują czasem na nieostrożnych marynarzy. Z powodu swoich bogactw i (przeważnie) wyższej inteligencji Jaskiniowi uważani są za elitę, i traktują swoich kuzynów z pogardą. Niebeskopłetwi muszą ich słuchać i ustępować im we wszystkim. Jest to dla nich nieprzyjemne, ale godzą się ze swoim losem, gdyż ich święte starożytne prawa nakazują im posłuszeństwo - a tego, co przekazali im przodkowie, słuchają się ślepo.
Jaskiniowi i Głębinowi nie zawierają małżeństw między sobą. Oprócz tego, że byłby to straszliwy i niewybaczalny mezalians, zabroniony wszelkimi starożytnymi prawami, kocięta z takiego związku urodziłyby się mutantami, nieczystymi stworami, nie mającymi prawa bytu.
Rodzice małej syrenki zakochali się w sobie i złamali ten prastary zakaz. Kiedy urodziła się koteczka o zielonej, szaro nakrapianej sierści i czerwonych, długich włosach, nie było już odwrotu. Jej ojciec został natychmiast zabity, a matka skazana na banicję, kiedy tylko syrenka była na tyle duża, żeby zacząć jeść normalny pokarm. Sama koteczka została oszczędzona, gdyż to samo prawo, które odebrało jej rodziców, nie pozwalało zabijać mutantów. Według wierzeń kotorybów, ten, który w jakikolwiek sposób przyczyni się do śmierci takiego skalanego stworzenia, sam weźmie na siebie jego wieczną hańbę.
Jednak nie było prawa, które dawałoby mutantom nietykalność fizyczną, albo chroniło ich od upokorzenia i samotności. Nie nadawano im nawet imion! Po osiągnięciu pełnej samodzielności taki wyrzutek był wyganiany poza granice terytorium kotorybów z dożywotnim i nieodwołalnym zakazem powrotu, pod groźbą uwięzienia na zawsze w ciemnej jaskini i żywienia się zrzucanymi mu resztkami. Małą syrenkę już wkrótce czekało samotne życie z dala od jej pobratymców, w obcych, niebezpiecznych wodach. Istniał jedynie cień prawdopodobieństwa, że zdoła tam przetrwać.
Podobna sytuacja wydarzyła się kiedyś u kuzynów tutejszych kotorybów, mieszkających w grotach niedaleko legendarnej Wyspy Tygrysów. Wiele lat temu oni również zostali pokarani narodzinami mutanta. Postąpiono z nim tak, jak na to zasługiwał: został wygnany. Jednak ten plugawy pomiot przeżył banicję, co więcej - dorósł i stał się potężny. Kiedy nikt już o nim nie pamiętał, wrócił do miejsca swego narodzenia, aby się zemścić. Oczywiście, próbowano go powstrzymać i ukarać, ale pokonał wszystkich strażników! Był od nich o wiele większy i silniejszy, i mógł ich bezkarnie zabijać, podczas gdy jego chroniło prawo. Zielone, rozdęte cielsko miażdżyło przeciwników, a regenerujące się macki dusiły każdego, kto się zbliżył. Doszło do tego, że potwór zwyciężył i dostał się do grot. Był taki wielki, że miał trudności z przeciskaniem się przez tunele, ale korzystając z tych głównych wdarł się do sali tronowej, zamordował króla wszystkich kotorybów i popełnił straszliwe świętokradztwo: włożył na głowę Koronę Władców, przybierając imię Aquatis.
Rzecz jasna, starano się go wygonić na różne sposoby, jednak żadne działania nie dawały pożądanego rezultatu. Znaleziono nawet śmiałka, który niedawno stracił całą rodzinę i zdecydował, że zabije mutanta, a potem popełni samobójstwo, by uchronić się od hańby... jednak i on poległ. Chciano dawać Aquatisowi tylko tyle jedzenia, aby przeżył, lecz był osłabiony - to również się nie powiodło. Jeśli przynoszone mu pożywienie nie zaspokajało jego ogromnego apetytu, bez wahania polował na kotoryby! Do tego potwór był tak wielki i silny, że rzucając się na ściany sali tronowej powodował trzęsienia ziemi w całym podwodnym mieście, a spadające kawałki stropu pogrzebały połowę pozostałych przy życiu kotorybów. Musiano skapitulować i uznać jego władzę. Na cały podwodny lud padła żałoba.
Aż pewnego dnia pojawił się jakiś zuchwały Powierzchniowiec, który dostał się do jaskiń i zaczął wędrować korytarzami przez całą kolonię kotorybów. Próbowano zabić śmiałka, do zniszczenia go wysłano nie tylko każdego trytona, który był w stanie utrzymać trójząb, ale i wiele syren, usiłujących zaczarować go swoim śpiewem. Jednak przetrzebione szeregi kotorybów i pułapki pozastawiane w grotach nie powstrzymały intruza, który w końcu dotarł do sali tronowej... i zabił mutanta, przywłaszczając sobie świętą Koronę!!!
Kto żyw rzucił się gonić świętokradcę, ale ten bezpiecznie dostał się na powierzchnię. Lecz najstraszliwsze było to, jak zbeszcześcił artefakt kotorybów. Tuż przed wyjściem, tam, gdzie mógł obejrzeć swój łup w świetle dnia, z pogardą wyrzucił koronę, wykonaną z koralu (najwyraźniej była dla niego za mało wartościowa) zabierając ze sobą jedynie cudowny klejnot, który był w nią wprawiony. Sądząc po rysach na koralu, złodziej musiał wydłubać drogocenny kamień nożem, nie dbając przy tym o okropne uszkodzenia, jakie spowodował! Klejnot, który skradł, został bardzo dawno temu podarowany morskiemu ludowi, z przykazaniem, aby bronili go przed obcymi. Podobno miał dawać posiadaczowi niezwykłą siłę i zwiększać żywotność, co sprawiało, że władcy kotorybów byli wyjątkowo długowieczni... A teraz dostał się w brudne łapy prostackiego Powierzchniowca, który na pewno nawet nie miał pojęcia, jaki skarb plugawi swoją obecnością!!! Co za hańba!!!

Strażnicy przerwali rozmowę i zaczęli pomstować na bezczelnego złodzieja, ściągając na jego głowę wszystkie znane sobie klątwy. Potem zaczęli mściwie prześcigać się w wymyślaniu, co by zrobili świętokradcy, gdyby dostali go w swoje ręce. Na sam początek obdarliby go ze skóry, wyrywając mu wcześniej każdy włosek z futra - pojedyńczo! Ale przy tym, co uczyniliby mu potem, było to tylko głaskanie po głowie. Jacklynn zrobiło się niedobrze i musiała zatkać uszy, żeby nie słuchać ich pomysłów. Dlaczego wcześniej wydawało jej się, że są całkiem sympatyczni?!
Podczas gdy strażnicy zajmowali się wymyślonymi torturami, zdążyła dojść do wniosku, że bardzo chętnie poznałaby tego odważnego kota, który nie wahał się zagrać na nosie wszystkim kotorybom. Lubiła takie butne osoby z fantazją, zwłaszcza, jeśli były silne, sprytne i potrafiły dać sobie radę w pojedynkę. Żałowała, że nie wiedziała o nim czegoś więcej, zdecydowanie przypadł jej do gustu...
Z zamyślenia wyrwała ją przerwa w propozycjach wymyślnych tortur. Kotoryby wróciły do interesującego ją tematu. Kolejne informacje zdobyte dzięki ich rozmowie okazały się nie mniej ciekawe od tych poprzednich.

Bliznomordy, na wpół ślepy przywódca Jaskiniowych, pierwotnie mieszkał pod Wyspą Tygrysów i był jednym z kotorybów oddelegowanych do zabicia powierzchniowca. Razem ze swoimi ludźmi zaczaił się na niego i zaatakował, pewien zwycięstwa. Jednak intruz nie tylko wytrzymał i odparł ich atak, ale zabił wszystkie trytony, które stanęły mu na drodze. Przeżył tylko Bliznomordy. Ten jeden raz, kiedy zgodził się opowiedzieć o stoczonej walce, wygadywał jakieś zupełne bzdury. Twierdził, że obcy kot używał jakiegoś urządzenia, które wypluwało z siebie małe, twarde kulki, przebijające ciało z zastraszającą łatwością! Do tego rzucał czymś, co wyglądało jak wiązka czerwonych patyków paląca się na końcu, i to coś miało podobno wybuchać z wielką siłą... Jakby tego było mało, przysięgał, że powierzchniowiec potrafił czarować! To się wprost nie mieściło we łbie! I na dodatek, jeśli uwierzyć w te wszystkie okropieństwa, to trzeba jakoś wytłumaczyć, że Bliznomordy przeżył. Poharatany, z cięciami od szabli, bliznami po pazurach i przypaloną gdzieniegdzie sierścią uniknął śmierci, jednak kiedy wydawało mu się, że nic gorszego już go nie spotka, wybuchła wiązka czerwonych patyczków. Była na tyle daleko, że nie zginął, ale nie zdążył zamknąć oczu i spojrzał wprost na nią, przez co prawie zupełnie stracił wzrok. Kiedy w końcu półżywy dowlókł się do grot mieszkalnych, było już po wszystkim. Złodziej uciekł wraz z klejnotem, a jego drogę znaczyły trupy kotorybów. W podwodnym mieście były już tylko matki z dziećmi i starcy, czyli ci, którzy nie walczyli z intruzem. Oprócz nich nie przeżył prawie nikt.
Okaleczony tryton powoli doszedł do siebie, troskliwie pielęgnowany przez niedobitki morskiego ludu. Był obiektem uwielbienia wszystkich kotorybów, uważano go za weterana, za tego, który zrobił wszystko, aby powstrzymać wroga, i mimo licznych ran był dość silny, aby przeżyć. Jednak on nie czuł się bohaterem. Wiedział, że zawiódł - powinien był wykonać swoje zadanie i zabić intruza, albo zginąć w razie niepowodzenia. Szacunek, jaki wzbudzał, tylko napawał go goryczą, i nadszedł taki dzień, kiedy nie mógł już tego wszystkiego wytrzymać. Jaskinie, w których się wychował, przypominały mu o jego porażce, nie potrafił znieść ich widoku. Postanowił popłynąć do najbliższej kolonii kotorybów, aby zanieść im wiadomość o tym, co się stało, i zostać u nich na zawsze. Jego pobratymcy zrozumieli i uszanowali jego decyzję. Nie wiedzieli tylko, że miał nadzieję zginąć w dalekiej i niebezpiecznej podróży.
Jednak, choć pruł przed siebie bez wytchnienia, niewiele widząc i błagając wszystkie istniejące siły, aby zesłały jakiegoś rekina, dopłynął do celu bez szwanku. Wszystkie stworzenia unikały desperata, który mógłby przyprawić je o niestrawność!
Bliznomordy został przywitany z szacunkiem. Wiadomości, przez niego przyniesione były dla tutejszych zupełną nowością, choć od tych wydarzeń minęło już trochę czasu. Z chęcią przyjęto go na strażnika, a w krótkim czasie awansował na dowódcę Jaskiniowych. Jednak wciąż nie mógł sobie wybaczyć porażki, a wspomnienie pogromu dokonanego przez powierzchniowca sprawiło, że mimo młodego wieku stał się złośliwy i zgorzkniały. Mimo to zgodnie przyznawano, że jest jednym z najbardziej kompetentnych przywódców w historii.

Jackie ledwie powstrzymała się od ziewania. To wszystko było niezwykle interesujące, ale zrobiło się już niesamowicie późno, a cały dzień nękały ją wycieczki kotorybów. Przez ten czas, które tu spędziła, udało jej się nieco odbudować swoje siły i zaleczyć rany. Teraz zaczęła tęsknić za wolnością i przyjaciółmi, którzy są gdzieś tam, na górze. Układając się do snu miała szczery zamiar obmyślić jakiś plan ucieczki, jednak była tak niesamowicie zmęczona...

Nie miała pojęcia, co ją obudziło, ale zerwała się ze snu z uczuciem, że coś jest nie tak. Przez chwilę nasłuchiwała, niespokojnie rozglądając się wokół, ale nie zauważyła niczego podejrzanego. Wszystko na swoim miejscu... spokój, bezruch... w kącie syrenka popiskuje przez sen... jest tak cicho...
Za cicho.
Jackie bezszelestnie podpełzła w stronę wyjścia i ostrożnie wyjrzała zza załomu skalnego. Koło jeziorka nikogo nie było. Strażnicy zniknęli!!!
Nie podobało jej się to. Dotychczas nie schodzili z posterunku ani na krok, a jeśli jeden musiał gdzieś skoczyć, drugi jeszcze pilniej rozglądał się naokoło. Coś się musiało stać!
Niespodziewanie za jej plecami rozległ się jakiś szelest. Odwróciła się, szczerząc zęby i wysuwając pazurki, ale to była tylko mała syrenka, która mało nie zemdlała ze strachu na tak gwałtowną reakcję. Jackie zrobiło się trochę głupio, że przez jakieś dziwne przeczucia budzi i straszy koteczkę. W końcu nie ma chyba nic podejrzanego w tym, że strażnicy sobie na chwilę poszli... może mieli potrzebę, albo co...
Znienacka woda zachlupotała cicho, sprawiając, że Jackie odruchowo przycisnęła się do ściany. Z jeziorka wyłonił się ciemny zarys jakiejś postaci, starającej się zachowywać bardzo cicho... Zaszemrały łuski, krople ściekające z mokrego futra rozbijały się o podłogę, czyjś ukradkowy, nieco przyspieszony oddech zakłócał niezwykłą ciszę... Jacklynn nie zdradziła swojej kryjówki i po chwili wahania tajemniczy gość wszedł głębiej do jaskini, nie zauważając ukrytej kotki. Kiedy zawahał się w przejściu, na jego twarz padło trochę światła i Jackie poznała intruza: to dziewczyna szefa Głębinowych! Co ona może tu robić?
Syrena nasłuchiwała przez chwilę, po czym sięgnęła za łuskowy top i wyciągnęła stamtąd ostry sztylet - należący wcześniej do Jackie! Rozejrzała się w mrocznej grocie, jednak wciąż nie mogła zobaczyć pani kapitan. Zasyczała ze złości, schowała nóż za plecami i zaczęła cicho nawoływać słodkim głosikiem:
- Gdzie jesteś, moja droga? Wyjdź, nie chowaj się! Kici, kici, mam tu coś dla ciebie... Do cholery, wyłaź, wstrętna pokrako! - warknęła półgłosem, tracąc cierpliwość.
Jacklynn serce waliło jak oszalałe. Wszystko było jasne! Syrena-zazdrośnica nie mogła już znieść potencjalnej rywalki i postanowiła usunąć ją z drogi raz na zawsze. Strach przed utraceniem względów wysoko postawionego trytona tak ją zaślepił, że nie widziała, iż kotoryb wcale się Jackie nie interesuje. Aby zabić obmierzłego Powierzchniowca musiała najpierw pozbyć się strażników: pewnie podrzuciła im jakiś spreparowany rozkaz, który zwalniał ich z obowiązków, może dosypała im czegoś do jedzenia, albo po prostu ich przekupiła... Ważne, że tej nocy droga do groty Jacklynn stała dla syreny otworem. Wystarczyło jeszcze tylko ukraść nóż, który kotoryby zabrały wcześniej pani kapitan - i można iść mordować. Jeśliby udało jej się zabić Jacklynn, wszyscy uznaliby to za samobójstwo: wyglądałoby na to, że kotka z powierzchni z niewiadomych przyczyn wbiła sobie własny nóż w serce. Przecież nie obszukiwali jej dokładnie, zapewne miała ten sztylet gdzieś schowany i w nocy zrobiła z niego użytek... A strażnicy, jeśliby nikt ich nie przyłapał, nie przyznaliby się do dezercji. Zbrodnia (prawie) doskonała!
Jackie gorączkowo zastanawiała się, co dalej. Nie zamierzała dać się zadźgać, ale nie miała pojęcia, co robić. Syrena już zaczęła szukać i prędzej czy później ją znajdzie. Niepilnowane przez nikogo jeziorko nie stwarzało żadnych perspektyw do ucieczki, bo bez magicznego oddechu Jacklynn utopiłaby się w przejściu. Nie można też było liczyć na szybki powrót strażników, którzy z pewnością są czymś bardzo zajęci. I co teraz?
Syrena weszła głębiej do jaskini, omijając kryjówkę Jackie. Nie zauważyła, że mała syrenka, przerażona groźnym gościem, przeczołgała się cichutko do schronienia Jacklynn. Zawsze w obecności kogoś obcego wolała trzymać się pani kapitan, wiedząc, że przy powierzchniowcu nie będą nią pomiatać. Jackie spojrzała na nią i zaczęła się bać o jej los. Czy oszalała syrena nie zrobi koteczce krzywdy? Jeśli zobaczy jakiś ruch w ciemnym kącie, może rzucić się z nożem, a dopiero potem patrzeć, w co dźgnęła - a jeśli trafi kicię? Postanowiła do tego nie dopuścić. Przyciągnęła małą syrenkę bliżej i wyszeptała jej do uszka:
- Ciiicho, nic nie mów. Ona chce mnie zabić, ale tobie nic się nie stanie, jeśli mnie posłuchasz. Musisz szybciutko i bez hałasu dostać się w jakieś bardziej oświetlone miejsce, i udawać, że śpisz. Za żadne skarby nie podglądaj i nie pozwól, żeby się domyśliła, że ją widzisz! A o mnie się nie martw. Rusz się! - ponagliła ją, kiedy syrenka gapiła się na nią z szeroko otwartym pyszczkiem.
Mała ocknęła się ze zdumienia i posłusznie zaczęła się przesuwać do najbliższej plamy światła, oglądając się za siebie raz po raz. Nie mogła tak od razu przyjąć do wiadomości, że kotka-powierzchniowiec, która dotychczas wyglądała na nierozumne stworzenie, przemawia do niej zupełnie poprawnie i to o wiele uprzejmiej niż kotoryby.
Jackie z zapartym tchem obserwowała wędrówkę małej syrenki. Na szczęście koteczce udało się dotrzeć do wypatrzonego miejsca. Ułożyła się w plamie światła, zwinęła w kłębek i zamknęła ślepka... Ale nie wytrzymała i uchyliła jedną powiekę. Jackie pogroziła jej palcem i ciekawska błękitna tęczówka zgasła, ale widać było, że mała nie zamierzazasnąć. Przynajmniej teraz syrena nie zrobi jej przez przypadek krzywdy...
Nadszedł czas, aby zatroszczyć się o własną skórę. Jej wróg buszował teraz po przeciwnej stronie jaskini, więc mogła bez przeszkód zmienić kryjówkę. Na paluszkach przebiegła parę metrów dzielące ją od kolejnej cienistej szczeliny w skale. Znalazła się teraz na terenie przebadanym już przez syrenę, więc przynajmniej na jakiś czas była bezpieczna. Postanowiła przemieszczać się od załomu do załomu, wciąż za plecami kotorybki - nie miała pojęcia, jak długo będą się tak bawić w chowanego, ale lepszego planu nie miała.
Szło jej bardzo dobrze: kiedy syrena była odwrócona tyłem, Jacklynn przemykała się do nowej kryjówki. Obeszły tak pół jaskini, gdy nagle napastniczka zauważyła małą syrenkę. Zamarła, nieznacznie poprawiając chwyt na sztylecie i zmrużonymi ślepiami przyjrzała się koteczce. Na szczęście znużona kicia zdążyła naprawdę zasnąć i poświstywała cicho przez nosek, śniąc o czymś przyjemnym. Syrena patrzyła na nią przez chwilę, po czym, uspokojona, wróciła do swoich poszukiwań.
I wtedy Jackie popełniła błąd. Gdy kotorybka obserwowała śpiącą koteczkę, wychyliła się ze swojej kryjówki, aby mieć pewność, że nic złego się nie zdarzy. Kiedy syrena zaczęła się odwracać, pani kapitan szybko cofnęła głowę... Gwałtowny ruch sprawił, że lewa noga, na której wciąż jeszcze miała but, poślizgnęła się na mokrej podłodze...
Napastniczka zamarła, słysząc chlupot i ogłosy cichej szamotaniny, towaryszące łapaniu równowagi. Potem ruszyła w kierunku źródła dźwięku, szczerząc zwycięsko zęby.
Jacklynn nie miała chwili do stracenia. Chowanie się nie miało już dłużej sensu, została odkryta - teraz trzeba było uciekać. Gorączkowo rozejrzała się w poszukiwaniu drogi ewakuacyjnej i jej wzrok padł na szyby wentylacyjne...
Syrena zachwiała się, kiedy tuż przed nią ze szczeliny skalnej wyprysnęła czarno-biała smuga i pognała w kierunku dziur w suficie. Po chwili zdumienia syknęła ze złością i rzuciła się na nią, szykując do ciosu ostrze noża...
Pani kapitan miała parę sekund przewagi i pierwsza dobiegła do upatrzonego wcześniej szybu wentylacyjnego. Był odpowiednio szeroki i miał najwięcej występów i szczelin. Nie tracąc czasu podskoczyła, złapała szorstką skałę i zaczęła się wspinać.

Kotorybom nie przyszło na myśl, że ktokolwiek mógłby uciec przez szyb wentylacyjny - oni sami nie potrafili się wspinać, bo ich płetwy nie dawały pewnego oparcia na występach skalnych. Nikt nie wpadł na to, że dwunożny powierzchniowiec może wleźć na pionową ścianę i piąć się w górę! Dlatego też syrena, która wsadziła za Jacklynn głowę do szybu, gapiła się na nią z głupią miną, patrząc, jak kotka wchodzi coraz wyżej. Była tak zdumiona, jakby nagle okazało się, że Jackie potrafi latać! Z półotwartą paszczą obserwowała zwinne ruchy, którymi pani kapitan przemieszczała się w górę...
Ale tylko z dołu wyglądało to tak ładnie. W rzeczywistości jedynie pierwsze dwa metry Jacklynn przebyła z taką łatwością, poganiana wizją sztyletu wbijającego się między jej łopatki. Teraz, kiedy nie groziło jej już niebezpieczeństwo, sprawa się skomplikowała. Skała była zimna i mokra, gdzieniegdzie porastały ją śliskie glony, które wcale się nie odróżniały od niej kolorem. Szczeliny i występy były rozmieszczone w niewielkich odległościach od siebie, jednak znalezienie pewnego chwytu sprawiało dużą trudność. Gdyby nie mocne pazurki, Jackie nie utrzymałaby się tu dłużej niż chwilę. Posapując z wysiłku, pięła się wyżej, woląc się znaleźć jak najdalej od mściwej syreny. But, którego, nie wiedzieć czemu, wciąż nie zdjęła, utrudniał jej zadanie. Na szczęście udało jej się dotrzeć do miejsca, w którym szyb bardzo się zwężał. Mocno opierając się plecami o jedną ścianę, a nogami o drugą, mogła chwilę odpocząć i rozluźnić mięśnie rąk. Skorzystała też z możliwości i dokonując cudów zręczności zdjęła utrapiony but... Po czym, dokładnie mierząc, spuściła go prosto na głowę wciąż zagapionej syreny. Tamta wrzasnęła, po czym, przypomniawszy sobie, że ktoś ją może usłyszeć, rozejrzała się z niepokojem. Fuknęła wściekle, wiedząc, że nie dostanie już pani kapitan w swoje łapy, po czym szybko się ulotniła. Na odchodnym pogroziła jej jeszcze pięścią, zapowiadając, żeby nie próbowała wracać. Jacklynn było to bardzo na rękę - syrena nie poinformuje nikogo o jej ucieczce, ponieważ nie może się przyznać, że tu była. Zanim ktoś zauważy nieobecność atrakcji sezonu, Jacklynn dawno będzie daleko!
Zadowolona kotka odsapnęła jeszcze chwilę, po czym kontynuowała wspinaczkę. Szło jej teraz łatwiej, bo mogła w pełni korzystać z palców i pazurków u stóp. Przypomniały jej się czasy, kiedy była bosonogim hiszpańskim majtkiem na angielskim okręcie, i musiała szybko i zwinnie skakać po rejach... A na dole czekał pierwszy oficer-sadysta, gotów bez najmniejszego powodu spuścić bat na plecy małego nieszczęsnego jeńca... Na samo wspomnienie aż zabolały ją żebra (których w tamtym czasie musiała chyba mieć co najmniej dwa razy więcej, bo wystawały jej dosłownie z każdej strony). Pod futrem wciąż jeszcze miała blizny po uderzeniach. To były złe czasy i okrutna próba dla małej koteczki, która zdecydowała, że będzie żeglarzem...
Pogrążona we wspomnieniach nawet nie zauważyła, że pokonała kolejny odcinek drogi. Szło jej bardzo dobrze, ale pomału zaczynała być zmęczona, a palce jej zmarzły i zdrętwiały. Z nadzieją zadarła głowę do góry, szukając wyjścia, jednak wciąż nie było go widać. Zresztą, nic dziwnego - na powierzchni pewnie jest noc, więc przez otwór raczej nie wpada światło... Niech to, ten szyb może się tak ciągnąć w górę jeszcze wiele metrów...
Niespodziewanie poczuła jakieś świeże zapachy, łaskoczące ją w nos, a wyciągnięta nad głowę lewa ręka trafiła w pustkę. Dziura w ścianie! Jackie podciągnęła się na jej krawędź i ostrożnie wyjrzała.
Po drugiej stronie skały było ogromne jezioro. Pływały w nim jakieś dziwne, świecące ryby - no i oczywiście trytony i syreny. Woda była dosyć przejrzysta i Jacklynn dojrzała, że całe dno pokrywają algi i wodorosty. Kotoryby nurkowały do nich i wyrywały niektóre, po czym wyrzucały je na brzeg, gdzie były związywane w wielkie pęki i wynoszone. Coś takiego, to wyglądało jak pole uprawne! Ciekawe, które z tych roślinek zjadła?
Niezauważona, posiedziała jeszcze chwilę na brzegu otworu, po czym znowu zaczęła się wspinać. Miała już tego serdecznie dość, najchętniej weszłaby w któryś z tych bocznych korytarzy i resztę drogi przebyła piechotą, ale było to niemożliwe. Zbyt łatwo możnaby ją zauważyć, a poza tym, nie wiadomo, gdzie są kolejne szyby i czy nadają się do wspinaczki. W końcu chciała się dostać na powierzchnię, a raczej wątpliwe, żeby kotoryby miały tu gdzieś schody! Oni pewnie wydostają się podwodnymi przejściami, dla niej niedostępnymi.

Nie wiedziała, ile czasu już tak wchodzi. Napotykane od czasu do czasu boczne szyby prowadziły do bardzo zaludnionych jaskiń, więc nie mogła w nich odpoczywać. Najpierw odczuwała zmęczenie, potem rwały ją wszystkie mięśnie... A teraz nadeszło najgorsze - zaczęła przysypiać ze znużenia. Pięła się w ślimaczym tępie w górę, widząc jak przez mgłę. Przestała odczuwać ból pokrwawionych palców, w ogóle zobojętniała na wszelkie bodźce, tylko jak maszyna wciąż się czegoś łapała - sprawdzała chwyt - podciągała; łapała - sprawdzała chwyt - podciągała... Z mijanych bocznych szybów dobiegały ją rozgorączkowane krzyki i nerwowa atmosfera. Jak z daleka doszła do niej myśl, że pewnie odkryli jej nieobecność i wszędzie jej szukają, ale nie potrafiło jej to wzruszyć. Jedyne co było ważne to złapać się - sprawdzić chwyt - podciągnąć; złapać się - sprawdzić chwyt - podciągnąć...
Nie zauważyła, kiedy zrobiło się trochę jaśniej, a narastający, jednostajny szum wzięła za pulsowanie krwi w uszach. Gdy nagle nad jej głową rozpostarło się ciemne, gwiaździste niebo i nie było już pionowej skały, na której musiałaby się wspinać, nie dała rady nawet się ucieszyć. Padła na twardą, mokrą skałę tuż obok otworu, przez który wylazła i tak została, wpatrując się obojętnie w wielki, złocisty księżyc zbliżjący się już do zachodniej strony nieba. Nie mogła się poruszyć, ciało miała jak z kamienia; tylko ręce zaciskały się tak, jak robiły to przez długi czas. Natychmiast zapadła w mocny, głęboki sen bez snów, ale nawet wtedy jej pokaleczone dłonie zginały się w rytmie złapać się - sprawdzić chwyt - podciągnąć...

Kiedy w końcu się obudziła, słońce zachodziło. Nie miała pojęcia, czy spała dwanaście, czy może trzydzieści sześć godzin, ale nie robiło jej to różnicy. Pierwsza myśl w obijająca się wewnątrz czaszki brzmiała: oddalić się od szybu. Kotoryby na pewno przestały jej już szukać w swoich jaskiniach, i niedługo mogą wypłynąć na powierzchnię. Raczej nie spodziewają się jej tutaj, ale mogą patrolować swój teren, więc nie powinno jej tu być. Jęcząc z bólu, podniosła się na nogi i chwiejnym krokiem ruszyła przed siebie. Była na zupełnie pozbawionej roślinności skalnej wysepce, a dookoła, jak okiem sięgnąć, podobne czarne skały nakrapiały wodę aż po horyzont. Miały różne kształty i rozmiary, ale oprócz tego niewiele się różniły od tej, po której obecnie szła. Na niektóre mogła dojść pieszo, do innych trzeba było dopłynąć, jednak nie dzieliły ich od siebie duże odległości. W najszerszych miejscach ledwie możnaby między nimi manewrować okrętem. Jackie było wszystko jedno, na której usiądzie, ale postanowiła dostać się na taką wysepkę, z której będzie widać otwarte morze.
Nie wiedziała, ile czasu zajęła jej wędrówka, bo niebo się zachmurzyło i nie widziała księżyca ani gwiazd, ale w końcu dotarła na takie miejsce, które jej odpowiadało. Czarna, skalista wyspa była największa w okolicy, i zapewne nie zalewało jej całkiem w czasie przypływu. Białe plamy odchodów i postrzępione pióra świadczyły, że przysiadają na niej czasem ptaki, które możnaby upolować. Jackie zaśmiała się ponuro. Już teraz ssało ją w żołądku, ale nie miała złudzeń - powinna się do tego stanu przyzwyczaić. Będzie przymierać głodem każdego dnia i każdej nocy, a niedługo zacznie jej dokuczać pragnienie. Słabnie już coraz bardziej, aż pewnego dnia zapadnie w sen podobny do śpiączki, z którego już się nie obudzi... Chyba, że wcześniej zwariuje, próbując pić słoną wodę i rzuci się w morskie odmęty.
Nie, nie taki los ją czeka. Będzie inaczej. Po tym, co ją spotkało dotychczas, nie miała wątpliwości, że nie zginie. Przeżyje prawdziwą drogę przez mękę, ale w końcu, w ostatniej chwili, ktoś się zjawi i jej pomoże. Już oni tego dopilnują, bo taki był pakt. Ocalili jej skórę już tyle razy, że doprowadzenie tutaj jakiegoś okrętu będzie dziecinną zabawą. Nie ma co do tego wątpliwości.

...Wody!
...Pitnej wody! Nawet zaśmiardłej, mętnej, nieświeżej!
...Choćby nawet trującej!!!
Dziewięć. Ta liczba wydawała się być jedyną rzeczą, która trzymała jeszcze Jackie przy zdrowych zmysłach. Dziewięć wschodów słońca, od kiedy się tu znalazła. Dziewięć długich dni, podczas których powoli usychała z pragnienia. Na początku jeszcze nie było tak źle - zachowała płaską, szklaną buteleczkę ze starym rumem, którą znalazła w leżu Wężycy, i pociągała z niej po pół łyczka, kiedy czuła, że koniecznie musi się napić. Alkohol wzmagał pragnienie, ale jednak zwilżał wyschłe gardło, no i zawsze jej organizm miał z tego trochę płynu. Oszczędzała jak mogła, ale przedwczoraj wyssała z buteleczki ostatnią kropelkę. I została z pustą flaszką.
Jedzenia nie widziała, odkąd opuściła jaskinie kotorybów. Była w takim stanie, że chyba zgodziłaby się do nich wrócić, byle dostać coś do picia. Ale nie pamiętała, która wysepka kryła ujście szybu wentylacyjnego, a nawet jeśliby na nią trafiła, nie wytrzymałaby drogi w dół. Kiedy pięła się w górę, była wypoczęta i syta, a teraz ledwie żyła. Próba zejścia po pionowej skale w takim stanie to samobójstwo. Pozostanie tutaj to też prawie pewna śmierć. Ale musi wytrzymać. Kiedy będzie już jedną nogą w grobie, jej przyjaciele przypłyną. Więc musiała zacząć umierać.
Leżała na brzuchu, w pusty, zapadnięty żołądek wbijało się skaliste podłoże, ale było jej wszystko jedno. Pić. Głód przestała już odczuwać, zostało jej tylko przyprawiające o szaleństwo pragnienie. Pić!!!
Najgorsze było to, że dookoła znajdowało się mnóstwo wody. Morze szumiało nieustannie, fale rozbijały się o wysepki, kropelki raz po raz obryzgiwały panią kapitan. Całe ubranie (a właściwie jego strzępki) miała przemoczone - i konała z pragnienia. Widok tej nieskończonej wody dookoła niej sprawiał niewyobrażalną mękę. Gdyby spróbowała się napić, jej cierpienia tylko by wzrosły - tak słony płyn nie tylko nie zaspokaja pragnienia, ale na dodatek usuwa całą wilgoć z organimu. Ci, którzy poili się morską wodą, wpadali w obłęd. Jackie czuła, że i bez tego jest bliska szaleństwa. Tyle płynu, a jej chce się pić!!! Umrzeć z pragnienia na środku oceanu, co za ironia... Była już w takim stanie, że zastanawiała się, czy nie przeciąć sobie skóry na nadgarstku i nie przyssać się do własnej żyły... krew też jest mokra...
Padł na nią jakiś cień. Jacklynn zastygła w bezruchu i obserwowała powiększającą się czarną plamę, krążącą dookoła niej po skale. Albatros! Jedyny ptak pojawiający się na pełnym morzu, przebywający niesamowite odległości, którego zabicie, według marynarzy, przynosiło nieszczęście. Musiał dojrzeć znieruchomiałą kotkę i wziął ją za padlinę... Z góry musiała wyglądać jak prawdziwy szwedzki stół. Żeberka czy udko?
Ale ten ptak ma kiepski dzień. Dziś próba zjedzenia Jacklynn Lorelei Bloodbane przyniesie mu pecha i to on zostanie głównym daniem.
Pani kapitan spod uchylonych powiek obserwowała powiększający się cień. W końcu załomotały potężne skrzydła i ogromny ptak usiadł przy niej. Przygładził pióra i przyjrzał się jej po ptasiemu, najpierw jednym okiem, a potem drugim, przekręcając głowę. Następnie powoli, kołyszącym krokiem marynarza obszedł ją dookoła, zastanawiając się, od czego zacząć.
Jackie nie dała mu więcej czasu do namysłu. Kiedy znalazł się na wysokości jej prawego ramienia, błyskawicznie wyciągnęła rękę i złapała ptaszysko za szyję, a drugą dłoń zacisnęła mu na dziobie. Zdumiony abatros zaczął bić ją skrzydłami, próbując uwolnić się i odlecieć, ale nie miał żadnych szans. Pani kapitan jednym szybkim ruchem skręciła mu kark. Zabicie albatrosa? Ha! Żaden pech przynoszony przez ptaka nie zagrozi przeklętemu szczęściu Bloodbane'ów. Zwłaszcza, jeśli jest się pod opieką poteżnych sił, którym zależy, aby pani kapitan zwróciła im pewien dług.
To, co później nastąpiło, było dość obrzydliwe i dużo później Jackie, kiedy już była bezpieczna i zdrowa, myślała o tym ze wstrętem. Ale wtedy było to wręcz nieuniknione. Spragniona Jacklynn wyssała krew ptaka i zjadła go trochę - na surowo. Dla kota nie było to nawet takie okropne, niektórzy w ogóle nie jedzą gotowanego mięsa, ale pani kapitan wolała, kiedy jej obiad miał coś wspólnego z piecem lub paleniskiem. Tak czy inaczej, podratowała swój osłabiony organizm i zasnęła, zostawiając sobie resztę albatrosa na później.

Dwunastego dnia spadł deszcz. Jacklynn krzyczała z radości, łapiąc spadające krople w usta - odzyskała nieco siły. W zagłębieniach skalnych zebrały się kałuże, więc pani kapitan mogła napełnić buteleczkę. Myślała o tym, czy nie należy odkorkować naczynia, w którym jest tajemniczy kawałek papieru, ale po namyśle postanowiła tego nie robić. Butelka była zabezpieczona czymś lepkim, być może smołą, która dawno temu wyschła i stwardniała. Wyjęcie korka byłoby możliwe dopiero po zdrapaniu tej warstwy, a Jackie miała wrażenie, że jedynie zaschnięta smoła trzyma jeszcze szkło w jednym kawałku. Jeśli buteleczka się stłucze, nie będzie miała ani pojemnika, ani bezpiecznego miejsca na ten papier. Wolała nie ryzykować.
W najbliższych dniach mogła sobie pozwolić nawet na łyczek wody dziennie. Po durnym wariacie zostały same kosteczki, ale udało jej się złapać jakieś dziwne ryby, chyba tuńczyki. (Durnymi wariatami marynarze nazywają albatrosy, gdyż te ptaki na lądzie zachowują się zupełnie dziwacznie: chodzą tak niezgrabnie, że potykają się o własne płetwy i wywracają na pomarańczowe dzioby!) Jednak od tego czasu minęło już parę dni i znów dokuczało jej pragnienie. Leżała wśród porozrzucanych piór i łusek i zastanawiała się, kiedy w końcu ktoś jej pomoże. Fizycznie czuła się bardzo kiepsko, ale psychicznie była po prostu wrakiem. Jak długo można jeszcze czekać na ratunek?!

Długo. Następne dni zlały jej się w jedno, a ona wciąż czekała. Kiedy dwa okręty pojawiły się na horyzoncie, lawirując między czarnymi wyspami archipelagu, ona nie podnosiła już głowy ze skały. Nadzieja ledwie się w niej tliła, Jackie nie miała już siły, aby wypatrywać białych żagli. Gdy usłyszała skrzypienie wioseł w dulkach i chlupot ich piór wynurzających się z wody, myślała, że ma halucynacje. A potem rozległ się tupot kroków i obok niej zjawiła się Sammy!
- Jackie! Jackie! - głos przyjaciółki odciągał ją od wiecznej ciemności, w którą próbowała się zanurzyć - Wiedziałam, że żyjesz! Zaraz zabierzemy cię na "Morską Wiedźmę"! Trzymaj się, Jackie!
Jacklynn spróbowała się uśmiechnąć, ale spękane wargi odmówiły jej posłuszeństwa. Teraz, kiedy znalazała się wśród przyjaciół, mogła spokojnie zemdleć... Co też uczyniła.

Photobucket





komentarze [12]

Opowieść Jackie cz. III >> czwartek, 31 lipica 2008 12:55:33
No, trochę czasu minęło od ostatniej notki, ale nie leniłam się! Udało mi się już prawie w całości napisać następną notkę, więc jeśli będziecie ładnie czytać i komentować, to możecie ją dostać pod koniec sierpnia, jak będę w necie ^^ Do tego czasu będę odcięta, więc nie dziwcie się, że nie odpowiadam, nie czytam notek itp.
Starałam się w tej notce zakończyć opowiadanie Jackie, ale tak się rozpisałam, że jej historia skończy się dopiero w następnej notce i wtedy wrócimy do teraźniejszości :) Pod notką umieszczam obrazki granatowopłetwych kotorybów i kolejną część filmiku o Pazurze z gry - przedstawia wydarzenia po tym, jak kapitanowi udało się uciec z lochów i zabić La Rauxa.
Następny filmik w następnej notce :D
Ponawiam sondę "Kogo lubisz najbardziej", ale tym razem nie dodaję siebie, bo byłam bezkonkurencyna XD Ta sonda ma na celu sprawdzenie, czy w wyniku najnowszych wydarzeń zmienił się wasz stosunek do niektórych bohaterów - a szczególnie do Jackie, bo ostatnia ankieta wykazala, że jest raczej nielubiana. Przypominam wyniki tej sondy:

Kogo lubisz najbardziej?

Nataniela Pazura głosów: 11
Jackie głosów: 1
Sammy głosów: 2
Benny'ego głosów: 0
Rudowłosego głosów: 0
Omara głosów: 1
Tabby'ego głosów: 0
MNIE!!!! XD głosów: 12

Mam nadzieję że tym razem więcej osób lubi Jacklynn. Życzę udanych wakacji ^^
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Jackie skamieniała ze strachu. Tajemnicze stworzenie właśnie ją zobaczyło i najwyraźniej siedziało przed nią, przyglądając się uważnie. Nie miała najmniejszego pojęcia, co teraz powinna zrobić, nawet nie otworzyła oczu, mając nikłą nadzieję, że może dadzą jej spokój. Oczywiście, tak się nie stało. Najpierw rozległo się łakome węszenie, a potem...
- Spójrzcie, co tu mam! - wysoki, melodyjny głos odbijał się echem w jaskini. - To smaczniutki, soczysty powierzchniowiec... Ja go pierwsza zobaczyłam, pamiętajcie! Najlepszy kawałek ma by mój!
Jacklynn wcale nie zamierzała patrzeć, co to za nowy potwór dybie na jej życie. Skoro nie miała siły walczyć, to i tak ją zjedzą, więc niech chociaż nie musi oglądać kolejnych szkaradstw! Jednak na dźwięk słowa "smaczniutki" Jacklynn nie wytrzymała - zadrżała konwulsyjnie i gwałtownie rozwarła powieki.
Blask jej zielonych oczu przestraszył stwora, który z nieprzyjemnym sykiem cofnął się nieco, wpuszczając do schronienia kotki trochę więcej światła i pozwalając jej zobaczyć prześladowcę w całej okazałości.
Jackie odniosła wrażenie, że ktoś chyba mocno łupnął ją w głowę... Bo przecież to, co widzi, nie może być prawdą! To pewnie omamy, skutek wypicia zleżałego rumu, a może jakieś świństwo, które miały w kłach węże morskie... W końcu syreny nie istnieją, prawda?
Tylko, że właśnie miała przed oczami jedną z nich.

Pierwsze, na co kotka zwróciła uwagę, to mocny, pokryty błyszczącą, elegancko granatową łuską ogon. Wyglądał naprawdę niezykle: długi i giętki, zwężał się na końcu, przechodząc w szeroką, półprzezroczystą rybią płetwę. Mienił się i lśnił nawet w nikłej poświacie fluorescencyjnych glonów; im dalej od płetwy, tym mocniej odbijał światło. W miejscu, gdzie syrena miała biodra, granatowa łuska była już tylko wąskim paskiem na brzuchu, żeby potem rozszerzyć się, zakrywając piersi, i skończyć się głębokim wcięciem tuż pod dekoltem. Tam, gdzie nie było łuski, rosło białe, krótkie futerko, gładkie i śliskie. Wyglądało trochę jak sierść foki, jednak nie było tak gęste. Nigdzie się nie stroszyło i nie było zmierzwione - nawet na długich, smukłych rękach stworzenia.
Jackie, patrząc na budowę ciała syreny, poczuła podziw, a nawet - choć jej samej niczego nie brakowało - ukłucie zazdrości. Morska kotka nie miała ani grama zbędnego ciała, wyglądała wprost idealnie - proporcjonalnie zbudowana, zaokrąglona gdzie trzeba i o talii osy. Jackie nie dziwiła się, że na widok grupki syren marynarze rzucali się w morskie odmęty - trzeba przyznać, że nie tak znowu wiele kobiet mogło się poszczycić równie idealną figurą. Jacklynn należała do grona kotek, które nie potrzebowały gorsetów, żeby ubrać się w suknię (nawet w tą z Paryża); jej zawiść brała się z faktu, że za pierwszą syreną tłoczyło się całe stadko następnych, które w niczym tej pierwszej nie ustępowały. Widać było, że dla nich takie kształty są czymś zupełnie naturalnym, cechą gatunkową, wywodzącą się z faktu, że w ten sposób są bardziej opływowe. Natomiast pani kapitan swój wygląd zawdzięczała ciężkiemu, pełnemu pracy życiu na morzu i skąpej, niezbyt urozmaiconej diecie marynarza. Denerwowała ją obojętność, z którą syreny traktowały swoją cudną figurę, podczas gdy wiele kobiet na lądzie głodzi się prawie na śmierć, żeby wyglądać podobnie. I co gorsza, często ich wysiłki nie przynoszą rezultatów.
Coraz mniej przyjaźnie nastawiona przeniosła wzrok na twarz stworzenia - i z trudem powstrzymała się od wykrzywienia ust w grymasie zaskoczenia i niesmaku. Miała pełne prawo spodziewać się buzi tak cudnej, że aż oczy patrzącego zachodzą łzami... A zamiast tego ujrzała coś w rodzaju karykaturalnej, karnawałowej maski.
Na delikatnej, łabędziej szyi znajdowała się duża, kanciasta głowa, zakończona długimi, spiczastymi uszami: wystające kości policzkowe, zapadnięte policzki, wydatne łuki brwiowe i mocno napięta skóra sprawiały, że przypominała trupią czaszkę. Z pewnością syrena nie najadała się do syta, można by wręcz powiedzieć, że często miała chude dni, jednak Jackie nie sądziła, żeby porządne posiłki mogły jakoś szczególnie pomóc. Stworzenie miało zbyt duży, czerwony nos, nieproporcjonalnie szerokie usta i wielkie, wyłupiaste, bladożółtawe oczy. Oprócz tego jej końska fizjonomia była w jakiś dziwny sposób złośliwa i podstępna, co w połączeniu z nieprzeciętną urodą reszty ciała dawało przerażający efekt. Potwór w kobiecym ciele.

Syrena rozchyliła wąskie wargi i Jackie zadrżała na widok równego rzędu niewyobrażalnie ostrych zębów, przystosowanych do cięcia i rozszarpywania mięsa. Wiele kotów szczyciło się swoimi ostrymi kłami, w czasie walki często trzeba było uważać na tych, którzy we własnej obronie nie zawahają się przegryźć przeciwnikowi gardła; jednak przy syrenie oni wszyscy mieli uzębienie krowy. I podobne przyzwyczajenia żywieniowe.
- Spójrzcie tylko! - syreni głos zabrzmiał wyżej i głośniej niż poprzednio. Wyraźnie była zdumiona tym, co ujrzała. - To jest samica!
Za jej plecami rozległ się chór niedowierzających głosów. Towarzyszki stłoczyły się za nią, przepychając się i wyciągając szyje, żeby zajrzeć pod szczątki statku, jednak nic nie mogły zobaczyć. Wysokimi głosami domagały się, żeby wydobyć "ją-powierzchniowca" z kryjówki, żeby i one mogły sobie popatrzeć. Syrena, która znalazła Jackie, wyciągnęła smukłe ręce, aby ją złapać, jednak pani kapitan nie miała zamiaru nawiązywać bliższego kontaktu. Sycząc ostrzegawczo wywinęła się drobnym, lecz mocnym dłoniom o długich, zakończonych ostrymi pazurkami palcach i wcisnęła się jeszcze głębiej pod fragment kadłuba. Nie zniechęciło to syren, pałających niezaspokojoną ciekawością: szybko uradziły, żeby rozebrać jej zaimprowizowane schronienie.
W odpowiedzi rozległy się męskie głosy, po czym wiele silnych rąk zaczęło systematycznie, kawałek po kawałku zabierać i odrzucać na bok fragmenty statku. Jackie odsuwała się od każdego powstającego wyłomu, starając się jednocześnie trzymać jak najdalej od podekscytowanych syren. Czuła dziki, zwierzęcy strach, jak królik, któremu ktoś pozatykał wszystkie wyjścia i właśnie rozkopywał norę - mętnie zastanawiała się, czy jak ją złapią, to zrobią z niej potrawkę, a futro wyprawią. W końcu nadeszła taka chwila, że zabrano jej znad głowy ostatni kawałek masztu, pod który desperacko się wciskała, i wiele rąk naraz wyciągnęło się, żeby ją pochwycić. Stroszyła futro, syczała i pokazywała zęby i pazurki, ale nie liczyła, żeby zrobiło to na kimkolwiek wrażenie - i nie myliła się. Syreny otoczyły ją, z podnieceniem szczebiocząc wysokimi głosami, podszczypując, trącając i oglądając ze wszystkich stron, aż zakręciło jej się w głowie.
- Futro! Jakie dziwne futro! - dziwiła się jedna, skubiąc ją w szyję. - Jakie ciemne!
- A włosy? Długie! I... czarne!
- I nie ma płetwy, tylko trzy jakieś-takie-dziwne, jak ci na powierzchni - oznajmiła następna, wskazując na nogi i ogon Jackie.
- Ale czegoś TAKIEGO jeszcze nie było!!! Chyba jej coś odpadło! - zawołała inna, patrząc na prawą, bosą stopę pani kapitan. Podczas obrony przed młodymi wężami morskimi jeden złapał ją zębami za nogę i ściągnął jej but. Po walce nie zdążyła go odnaleźć i założyć z powrotem, i teraz zdumione syreny porównywały jej lewą, obutą nogę, z bosą prawą.
- OOOOOOCH!!!! Ma tu palce, jak u rąk!!!
- Dlaczego nie krwawi po straceniu takiego kawałka skóry?
- I tu też rośnie futro!
Jacklynn czuła się, jakby dookoła niej szalało wrzeszczące, węszące, zadziwione i okropnie ciekawe tornado. Po chwili każda część ciała, która dotychczas nie była uszkodzona, została boleśnie posiniaczona w wyniku syreniej żądzy poznania. Ale to nie był koniec.
- No, i co to jest? - rozległ się męski głos.
Syreny na moment zapomniały o Jackie i odwróciły głowy, a potem trochę się rozsunęły.

Nieopodal, nonszalancko oparci o trójzęby, stali faceci-syreny. Trytony.
Jackie spodobali się od pierwszego rzutu oka - pewnie dlatego, że tak jak ich towarzyszki, od pasa w górę byli nieziemsko przystojni. Same mięśnie, ani zbędnego grama, budowa ciała prawdziwie Herkulesowa. Oczywiście (ku niewymownemu żalowi pani kapitan), od pasa w dół nie mieli nóg, tylko granatowy, zakończony płetwą ogon... A ich twarze również nie wyglądały najlepiej, choć to już tak nie raziło. Podobnie jak syreny, mieli kanciaste szczęki, wystające kości policzkowe, wyłupiaste, blade oczy i czerwone nosy, a także długie uszy. Kolorystycznie również się od nich niewiele różnili... Z wyjątkiem fryzury. Czerwone, sztywne włosy formowali w kolce, które pojedyńczym grzebieniem sterczały im nad czołami. Natomiast syreny, wbrew wszystkim zasłyszanym opowieściom, nie miały długich, falujących włosów, tylko krótką, białą fryzurkę z brązowo zabarwioną grzywką nad czołem.
Tryton, na którego patrzyła, miał na przedramionach złote karwasze, a na jego twarzy gościła nieco znudzona, nonszalancka i pewna siebie mina. Po lekkiej wyższości, z którą patrzył na wszystkich wokół, Jacklynn bez pudła poznała, że jest tu szefem.
Syreny, przed chwilą niemożliwie rozwrzeszczane, jakoś niespecjalnie kwapiły się do odpowiedzi, jednak nie wyczuwało się od nich ani strachu, ani jakiegoś szczególnego respektu. Dopiero, kiedy z grupki wysunęła się ta, która pierwsza odnalazła Jackie, tryton doczekał się odzewu.
- To ona-powierzchniowiec - zagruchała, robiąc słodkie oczy - Ja ją znalazłam!
- Ona ma czarne futro! - zapiszczała inna.
Pierwsza syrena spiorunowała towarzyszkę wzrokiem i wbiła jej pazurki w ramię.
- Mój! - wysyczała jej do ucha, i w tej chwili dla Jacklynn wszystko stało się jasne. Syrena najwyraźniej była wściekle zaborcza i zazdrosna o tego trytona i nie dopuszczała nawet, żeby ktokolwiek oprócz niej się do niego odezwał. Jednak dla patrzącego stawało się oczywiste, że nie jest w nim zakochana - najwyraźniej dla własnej korzyści dorwała faceta na wysokim stanowisku i drżała ze strachu, że ktoś odbierze jej pozycję. Niesmaczne.
Kotoryb kiwnął oszczędnie głową, starając się jednocześnie uważnie przyjrzeć Jacklynn i wciąż wyglądać na wyniośle znudzonego. Nie wychodziło mu to zbyt dobrze. Pozostałe trytony, stojące w odpowiedniej odległości za swoim szefem, nie kryły swojej ciekawości i wyciągały szyje, żeby jak najlepiej widzieć. Mrużyły przy tym oczy, jakby półmrok panujący w jaskini raził ich wzrok.
Przedłużająca się cisza stawała się nieznośna. Wyraźnie oczekiwano od przywódcy jakiegoś komentarza, rozkazu, rytualnego przyzwolenia na cokolwiek - ale on milczał, tępo wytrzeszczając wyłupiaste ślepia i symulując atak ziewania. Przez następne pięć minut Jackie zdążyła nie tylko się nieco uspokoić, ale i pomyśleć o wielu różnych rzeczach. Doszła też do wniosku, że trytony raczej inteligencją nie grzeszą. Kiedy w końcu wielki szef się odezwał, potwierdziło to jej przypuszczenia.
- Eeee... Nigdy czegoś takiego nie widziałem...
Wszyscy zaczęli z zapałem potakiwać, robiąc takie miny, jakby wygłosił jakąś prawdę objawioną. Ale to nie był koniec niezwykłego przemówienia!!!
-...A wy?
Zapadła natychmiastowa cisza, podczas której łuski z zakłopotaniem chrzęściły po skale.
- Na powierzchni jest ich całkiem dużo, przeważnie są na wysepkach zrobionych z unoszących się na wodzie, brązowych rzeczy, bo sami nie umieją pływać... Ale zawsze były tylko samce - oznajmiła po chwili jego partnerka, wyraźnie zakłopotana, że wie coś więcej niż jej Wspaniały Facet. - Jak nas widzą, to wyskakują i się topią; głupie stworzenia, ale całkiem smaczne.
- I mają tylko jedną taką? Nieźle! - mruknął jakiś bardziej lotny tryton, z namysłem przyglądając się Jacklynn. - Czyli samice muszą być bardzo rzadkie!
Jackie nagle poczuła, że z zagryzki awansowała na unikalnego przedstawiciela tajemniczego gatunku, Królową Pszczół wszystkich kotów. Było jasne, że kotoryby nie wiedzą, iż istnieje stały ląd, na którym mało, że żyje mnóstwo kotów, ale i ponad połowa z nich to kotki. Chyba wierzyli, że "powierzchniowcy" na stałe żyją jedynie na okrętach. Wyraźnie uważali się za przedstawicieli mądrzejszej i o wiele liczniejszej rasy, która od czasu do czasu przekąsza niższym bytem mieszkającym na drewnianej łupinie unoszonej przez fale. Nie zamierzała wyprowadzać ich z błędu - tylko dopóki myślą, że jest jakimś unikalnym kuriozum, ma szansę przeżycia!
Trytony przyglądały się jej z wielkim zainteresowaniem, nawet ich przywódca porzucił pozę znudzonego arystokraty i gapił się bez zahamowań. Syreny, czując milczące pozwolenie, ponowiły głośne komentowanie jej niecodziennego wyglądu i badanie węchem. Jednak partnerce głównego kotoryba wyraźnie się nie spodobało, że to nie ona jest w centrum uwagi. Lekceważenie koleżanek jeszcze by zniosła, ale brak zainteresowania ze strony jej faceta?! NIGDY!!!
- No to jak? Jemy? Ja mam pierwszeństwo wyboru, więc chyba skuszę się na udko... - powiedziała, wysuwając pazurki.
Reszta towarzystwa popatrzyła po sobie z powiątpiewaniem.
- Ona nie wygląda smacznie... - mruknął ktoś - Może nawet być trująca, jak ma takie czarne futro...
- Fajnie by było ją zabrać do nas i pokazać wszystkim; założę się, że jeszcze niczego takiego nie widzieli! - powiedział jakiś tryton.
- Nie mówiąc już o tym, że wcale nieźle wygląda - dorzucił inny.
Uuuuu. To była jedna z najgorszych rzeczy, jakie można było w tej sytuacji powiedzieć. Syreny mało szlag nie trafił.
- NIEŹLE?! TO NAZYWASZ NIEŹLE?!?!?!!!!? - wrzasnęła wysokim głosem. - Nie ma płetw, nie potrafi pływać, cała jest w dziwacznych kolorach, i jeszcze te, te... kudły, a ty mówisz "NIEŹLE"?!?! - piszczała, gwałtownie chwytając Jackie za włosy.
Pani kapitan traktowała swoją fryzurę jako coś bardzo osobistego, niemal intymnego. Nie pozwalała, aby ktoś dotykał jej włosów bez pozwolenia, a już na pewno nie zamierzała tolerować szarpania za nie. Zanim zdążyła dobrze się zastanowić, złapała syrenę za smukły nadgarstek i ścisnęła, aż chrupnęło. Jej ofiara wrzasnęła, tak z gniewu, jak i z bólu, i zamierzyła się pazurkami drugiej ręki na jej twarz. Jacklynn, sycząc i prychając z wściekłości, zaprawiła ją bykiem w żołądek i spróbowała przygwoździć do ziemi, ale jej przeciwniczka była śliska i wiła się jak węgorz. Kotłowały się przez chwilę po podłożu, próbując sobie wzajemnie wydrapać oczy, ale żadna nie mogła uzyskać przewagi na dłużej. Jackie udało się w końcu odepchnąć syrenę od siebie, a wtedy ona zrobiła coś zupełnie nieoczekiwanego. Wzięła głęboki wdech, przycisnęła dłoń do krtani, i otworzyła uzębioną paszczękę.
To, co z siebie wydobyła, z pewnością było dźwiękem, ale Jackie nie umiała go opisać. Poczuła drganie powietrza i przez chwilę wydawało jej się, iż gdzieś w środku głowy słyszy wysoki, sprawiający delikatny, lecz wyjątkowo dokuczliwy ból pisk... Ale zarazem odnosiła wrażenie, że tak naprawdę nic nie słyszy. Przez chwilę stała zdumiona, a potem skorzystała z tego, że jej przeciwniczka wciąż ma otwarte usta, i przyłożyła jej w nos. Syrena wyraźnie nie spodziewała się ataku: padła na ziemię, trzymając się za uszkodzony organ, niewyobrażalnie zszokowana.
- Ona nie słuchała! - zapiszczała z oburzonym zdumieniem. - Nie działał na nią mój śpiew, wciąż się poruszała!
Jacklynn nie wiedziała, o co tu chodzi, ale na wszelki wypadek wciąż stała na lekko ugiętych nogach, ze zjeżoną ostrzegawczo sierścią. Była pewna, że oto nadeszła jej ostatnia chwila: po tym, jak przyłożyła dziewczynie ich szefa, kotoryby na pewno zrobią z niej tatar!

Nie wiadomo, kto był bardziej zdumiony - ona czy jej przeciwniczka - kiedy trytony dały do zrozumienia, co o tym myślą.
- Hoho! Jaka bojowa!
- Widzieliście ten prawy prosty?
- Nie dała się ogłupić, tylko wykorzystała sytuację!
- To jest to, co nazywam dobrą taktyką!
Syrena, wciąż siedząca na podłodze, obracała przez chwilę głową, przyglądając się im w oszołomieniu. Wyraźnie broniła się przed przyjęciem do wiadomości, że nie są po jej stronie. Potem spojrzała na syreny, wzrokiem prosząc je o wsparcie.
Towarzyszki miały dość jej napadów zazdrości i traktowania ich z wyższością, ale solidarność wzięła górę. Może to i wredna, wywyższająca się lafirynda, która wyrwała najlepszą partię w tej części oceanu, ale to NASZA lafirynda, i żadna przekąska nie będzie jej dawać w nos!!! Otoczyły Jackie i przy akompaniamencie rozwścieczonych wrzasków zabrały się do rozdzierania jej na kawałki. Ich białe i granatowe ciała stworzyły niemożliwy do przebicia, przyprawiający o klaustrofobię żywy mur, który darł się ogłuszająco, wyciągając w jej stronę ostre pazury. Odtrącała łapy, które były najbliżej, ale to nie dawało rezultatu: syrenie szpony wczepiały się w ubranie, przebijały je i boleśnie raniły jej skórę, nawet przez warstwę futra. W chwili, gdy Jacklynn zdecydowała, że drogo sprzeda swoje kocie życie, odezwał się szef.
- Zostawcie... Zabierzemy ją na dół... To zdobycz.
Syreny były naprawdę wściekłe, ale, na szczęście dla pani kapitan, wygrało głęboko wpojone posłuszeństwo wobec przywódcy. Pomrukując z niedowierzaniem cofnęły się, pozwalając jej znów zobaczyć ponure wnętrze jaskini, które nagle wydało jej się najczarowniejszym miejscem na świecie.
Jednak pobita syrena nie zamierzała tak łatwo dać za wygraną.
- Jak to..? To tylko mały, głupi powierzchniowiec, troszkę inny od tych, które widziałyśmy, to prawda... Ale jest agresywny i podstępny, z trzymania go u nas nic dobrego nie wyjdzie, lepiej go zjeść... - przekonywała, podpełzając do szefa. - A poza tym, ona mnie UDERZYŁA! Pozwolisz, aby po tym te nędzne stworzenie nadal żyło? - zapytała jękliwym głosem biednej, bezbronnej istotki, która właśnie została okropnie skrzywdzona. Trzeba przyznać, że było to dość zabawne, zważywszy, że w mroku błyskały jej ostre kły, a pazury miała zakrwawione na końcach.
Tryton w milczeniu spoglądał na nią pustym wzrokiem.
- I do tego - ciągnęła, niezrażona brakiem reakcji - glony pływają lepiej od niej! I nie umie oddychać pod wodą, ani wstrzymywać na długo oddechu, utopi się, zanim będziemy w połowie drogi!
To już był problem. Jackie zrobiło się nieprzyjemnie. Syrena miała rację! Co prawda, Jacklynn pochlebiała sobie, że jak na pirata pływa wyśmienicie (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że ludzie morza uważają, iż nie da się wygrać z żywiołem, i nie umieją nawet utrzymać się na wodzie), ale na pewno nie może się równać z kotorybami. Sytuacja przemawiała przeciwko niej.
Jednak szef był nieporuszony.
- Popłyńcie po Mądrą - rozkazał krótko, a młodszy, trzymający się z tyłu tryton bez słowa zanurkował w podwodne wejście do jaskini.
- Po Mądrą? Posyłasz dla niej po Mądrą? - zajęczała syrena. - Zażąda zapłaty... Po co tyle zachodu, zjedzmy lepiej tego parszywego powierzchniowca!
- Jest rzadka! - zawołał któryś kotoryb.
- I całkiem ładna - dorzucił któryś, wyraźnie celowo.
Syrena wyciągnęła szyję, usiłując wypatrzeć złośliwca, ale trytony nawet nie mrugnęły okiem, jakby nic nie słyszały. Nie mogąc nic zdziałać, zazgrzytała zębami ze złości i wpiła w Jacklynn nienawistne spojrzenie.
Pani kapitan chętnie by jej powiedziała, że nie musi się obawiać konkurencji. Wyjaśniłaby tej syrenie, że i owszem, z pewnością jej facet jest najprzystojniejszym, najbardziej seksownym i najsilniejszym skończonym macho w okolicy, ma klatę greckiego posągu, i do tego zajmuje bardzo wysokie stanowisko... Ale mimo to, z jej strony, choć to niesłychane, nic mu nie grozi. Bo ona jest jakaś dziwnym, spaczonym powierzchniowcem, i z niewiadomych przyczyn nie gustuje w facetach, którzy za pomocą rybiego tłuszczu stawiają sobie kolce na głowie i mają granatowy, płetwiasty ogon zamiast dwóch kończyn. Nawet jeśli czuć od nich zwalającym z nóg zapachem surowych ryb i morskich wodorostów, z aromatem niemytych kłów i lekką nutką przetrawionych skorupiaków. Naprawdę. I to zupełnie bez żadnej przyczyny. Zapewne to jakieś zboczenie psychiczne, albo co...

Wszystkie kotoryby znienacka obróciły się jak na komendę, wpatrując się w podwodne wejście do groty. Jackie, zaalarmowana, obejrzała się również. Woda bardzo delikatnie falowała.
- Za wcześnie, żeby on już wrócił... - wymruczał z zaniepokojeniem jeden tryton, nerwowo chłoszcząc płetwą o podłoże.
Szef nie powiedział nic, ale podpełzł naprzód, a pozostałe kotoryby w milczeniu wysunęły przed siebie magiczne trójzęby. Coś było nie tak! Jacklynn razem z syrenami schowały się za ich plecami, na chwilę zapominając o wzajemnych urazach. Wszyscy w napięciu obserwowali powierzchnię wody, kiedy z chlupotem wychynęła z niej czerwona czupryna.
Jackie odetchnęła. To tylko kolejny tryton! Ale kotoryby wciąż były zaniepokojone. Kiedy nieznajomy wyskoczył na skałę, a za nim jego towarzysze, sprawa się wyjaśniła.
Ci przybysze wyglądali inaczej. Ich futro było gęstsze, bardziej zadbane i olśniewająco białe, a jadowicie zielone płetwy opalizowały tęczowo. Nie byli też tacy chudzi, wydawali się mniej dzicy i ponurzy, w ich ruchach można było poznać godność i pewność siebie. Rozglądali się po jaskini, a ich złote oczy świeciły w półmroku.
- Głębinowi pozdrawiają Jaskiniowych - odezwał się szybko szef "granatowych", opuszczając trójząb i podnosząc rękę w przyjaznym geście. Czy to tylko złudzenie, czy dłoń mu trochę drżała?
Przywódca kotorybów o zielonych płetwach nie raczył odpowiedzieć na przywitanie. Lekko uchylił pysk i węszył, po czym zwinął się tak gwałtownie, że Jackie aż podskoczyła, i prawie natychmiast znów stał nieruchomo, trzymając za koniec ogona truchło młodego węża morskiego. Zwisało mu tuż przed nosem, ale mimo to mrużył oczy, jakby nie mógł go zobaczyć. Zamiast tego raz jeszcze wciągnął jego zapach, po czym szybkim ruchem wysunął czerwony język i dotknął nim trupka. Zupełnie jak osoba, która przeciera z niedowierzaniem oczy, żeby upewnić się, że dobrze widzi. Dopiero, kiedy obrócił głowę, okazało się, że jest na wpół oślepiony. Twarz i tors miał straszliwie pokiereszowane, blizny wyglądały jak cięcia szpadą i wypalone ślady pazurów. Musiał stoczyć straszny bój z jakimś powierzchniowcem, w wyniku którego miał uszkodzony wzrok.
- Młode... - wysyczał cichym, przyprawiającym o dreszcze głosem, po czym powęszył na boki, licząc pozostałe ciała. - Wszysstkkie?!
Szef Głębinowych kiwnął gorliwie głową, zapominając, że jego rozmówca nie może tego zobaczyć. Ale Jaskiniowy najwyraźniej nie czekał na odpowiedź - za to sam stał się bardzo gadatliwy.
- Co za brawurowy czyn, nie uważasz? Wdarliśmy się do Gniazda i zabiliśmy wszystkie wyklute węże, aby nie mordowały w przyszłości naszych braci... Szkoda, że przyszliście dopiero na gotowe i nie mieliście okazji zobaczyć nas w akcji! - głos szefa Jaskiniowych nie był już wężopodobnym szeptem, ale triumfalną tenorową fanfarą. Jego towarzysze, śmiejąc się urągliwie, zbierali porozrzucane dookoła ciała pozostałych węży morskich. - Będziemy bohaterami, kiedy przyniesiemy je starszyźnie! - oznajmił z nieprzyjemnym rechotem i odarł trzymanego wężyka ze skóry. Łuski rzucił swojej dziewczynie, stojącej za nim, a mięsem cisnął w grupkę swoich towarzyszy. Kotoryby w mig poszarpały je na kawałki i pożarły, a syrena w tym czasie przyłożyła do siebie wężowe łuski i krygowała się przed taflą wody, mimo, iż niewiele w niej widziała.
- Ale... Ale to nie wy je zabiliście! I nawet ich pierwsi nie znaleźliście! To nie w porządku! - zdobył się na protest któryś z granatowopłetwych trytonów.
Szef Jaskiniowych podpełzł bliżej, odsłaniając żółtawe kły. Głębinowi odruchowo się cofnęli.
- Tak? A kto z was odważy się zaprzeczyć mojej wersji? No? Nędzny, śmierdzący planktonie, będziecie lizać mi płetwy, jeśli tak rozkażę, i nawet jeśli ktoś wam uwierzy, to i tak nic nie zmieni! Ja i moi Jaskiniowi stoczyliśmy wspaniały bój i położyliśmy trupem wszystkie małe węże morskie, CZY WYRAZIŁEM SIĘ DOSTATECZNIE JASNO?!
Wszyscy Głębinowi, z większymi lub mniejszymi oporami, ponuro powiedzieli "tak". Dla Jackie stało się jasne, że kotoryby dzielą się na dwie kasty, których członkowie różnią się głównie kolorem płetw i miejscem zamieszkania. Jaskiniowi wyraźnie należeli do elity, która mogła pomiatać Głębinowymi, jak im się podobało. Zrobiło jej się trochę żal niebieskopłetwych, zwłaszcza, że wydawali się być sympatyczniejsi niż ich kuzyni.
- Miło, że się rozumiemy - przywódca o zielonym ogonie wyszczerzył się uśmiechem żarłacza ludojada cierpiącego na wrzody żołądka. - Jestem pewien, że to nie wy zabiliście węże: miały na sobie obcy zapach. Pokażcie mi to stworzenie, które za sobą chowacie!
Kotoryby zawahały się, niepewne, co powinny zrobić.
- Wiem, że tam jest! - warknął Jaskiniowy. - Posłaliście po Mądrą! Nawet wy nie jesteście takim odmóżdżonym krylem, żeby fatygować ją bez potrzeby! Macie obce stworzenie, dziwnego powierzchniowca! Dawajcie tu go!
Trytony niechętnie i powoli zaczęły się poruszać. Wyraźnie nie zamierzały oddawać zielonopłetwym Jackie: skoro kto inny zgarnie ich (nie)zasłużoną sławę pogromców węży morskich, to niech chociaż zostawią im tego powierzchniowca! Jacklynn również nie miała ochoty dostać się w łapy Jaskiniowych - już wiedziała, że od granatowopłetwych nic jej nie grozi, ale czy tamci drudzy nie zechcą jej zjeść?
- No, ile mam cze... - pokaleczony przywódca zamilkł w pół słowa, nasłuchując z niepokojem. Jego towarzysze również strzygli nerwowo uszami. - Znikamy stąd! - rozkazał po krótkiej chwili. Zielonopłetwi już wskakiwali do wody. - A wy możecie zostać z tym waszym powierzchniowcem, skoro tak wam na nim zależy - warknął do Głębinowych. - Z pewnością doceni, że dotrzymaliście jej towarzystwa... Kiedy zjawi się Wężyca! - Po tych słowach zanurkował głową naprzód.
Wśród Głębinowych zapanowała panika. Jedni już pełzli do wyjścia z jaskini, drudzy głośno krzyczeli, niektórzy gorączkowo dopytywali się, co robić. Byli też tacy, którzy tkwili w miejscu, niezdolni do podjęcia żadnej decyzji. Ale szef nie miał żadnych wątpliwości.
- Czekać - rzucił krótko - Dajmy Mądrej parę minut.
Kotoryby usłuchały, choć dygotały ze strachu. Jedna syrena nie wytrzymała i zaczęła histeryzować; jej partner usiłował ją uspokoić, przypominając, że Jaskiniowi mają wspaniały słuch i Wężyca jest jeszcze daleko. Przekonywał ją, że zdążą uciec, nawet jeśli Mądra się nie zjawi, ale niewiele to pomogło. Na domiar złego, dziewczyna przywódcy nie potrafiła się powstrzymać od komentarzy dotyczących Jackie.
- Mówiłam, że ona ściągnie na nas nieszczęście! - lamentowała. - Ma czarne futro, z pewnością przynosi pecha! Lepiej zjedzmy ją teraz i uciekajmy, póki mamy czas!
- A ty tylko o jedzeniu myślisz! Przejdź raczej na dietę z wodorostów, dobrze ci to zrobi!- dociął jej ten sam złośliwiec, co poprzednio.
- Słyszałeś, co on o mnie powiedział? Co za impertynencki gbur! Ukaż go, on mnie obraził! - zajęczała syrena do przywódcy, ale ten udawał głuchego i trwał w filozoficznym milczeniu. Jackie zaczęła podejrzewać, że wcale nie jest taki głupi, na jakiego wygląda.
Mijały drogocenne minuty, ale nikt się nie pojawiał. Wśród przerażonych kotorybów zapanowało ciężkie milczenie: wlepiali wzrok w przywódcę, jakby chcieli go w ten sposób zmusić, żeby dał sygnał do odpłynięcia. Jednak ten uparcie wpatrywał się w wejście do jaskini. Kiedy wydawało się, że nie można już dłużej czekać, woda zachlupotała i pojawił się zasapany tryton z Mądrą.
Mądra okazała się być syreną-czarownicą. Na głowie miała perukę ze splątanych, brązowych wodorostów, jej szyję oplatały muszelki, patyczki i kości nawleczone na sznurki, ramiona okryła starą rybacką siecią. Podpełzła do przywódcy, wlepiając w niego nieco szalone spojrzenie zza kurtyny sztucznych włosów.
- Rozumiem, że mam nauczyć to stworzenie, jak powinno się oddychać? - wymamrotała, przesadnie gestykulując.
Szef skinął głową.
- Widziałam Jaskiniowych, jak płynęli z trupami węży morskich do grot... Ale mam nadzieję, że mimo to wciąż masz mi czym zapłacić?
Przytaknięcie.
- Dawajcie ją tutaj - mruknęła do trytonów, z trzaskiem rozprostowując palce.
Dwa kotoryby złapały Jacklynn pod ramiona i przyniosły do Mądrej. Pani kapitan ani w głowie było im się sprzeciwiać; gdyby mogła, kazałaby nawet, żeby się pospieszyli. Postawili ją przed czarownicą i zamarli w oczekiwaniu.
Mądra złapała znienacka Jackie za szyję i ścisnęła. Zdumiona kotka miotnęła się z całej siły, ale to nic nie dało, dusiła się. Kiedy otworzyła usta, próbując złapać trochę powietrza, syrena dmuchnęła jej w twarz, jednocześnie zwalniając chwyt. Pani kapitan zachłysnęła się jej oddechem, i świat zawirował jej przed oczami.
Po paru sekundach wszystko było w porządku, ale wiedziała, że coś się zmieniło. Czuła się, jakby miała pięć razy większe płuca, i była przekonana, że zdoła wstrzymać oddech nawet na pół godziny! Teraz na pewno nie będzie problemów z wydostaniem się z jaskini!
- Nie wiem jak wy, ale ja stąd spływam - oznajmiła Mądra, odpełzając w pośpiechu. - Wężyca jest tuż-tuż, więc jeśli nie zamierzacie zostać u niej na kolacji, to się pospieszcie!
Nikomu nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Kotoryby w pośpiechu skakały do wody, przekazując Jacklynn najmłodszemu z nich, który zarzucił ją sobie na ramię jak tobół. Kiedy nadeszła ich kolej, nawet nie poczekał, żeby sprawdzić, czy kotka zdążyła nabrać powietrza, tylko wraz z nią zanurkował w mroczny otwór.

Podróż bardzo różniła się od tej, którą Jackie odbyła w paszczy Wężycy. Nie była miażdżona przez ohydne, ostre zębiska, nie dusiła się, i przynajmniej chwilowo nie musiała obawiać się o swoje życie. Kotoryb ciągnął ją przez tunel za kołnierz, w drugiej ręce ściskając swój trójząb. Nie było to zbyt wygodne, ale przynajmniej Jacklynn mogła się trochę rozejrzeć dookoła. Ku jej rozczarowaniu, w tunelu nie działo się nic ciekawego; mimo, iż płynęli jakimś wąskim podwodnym korytarzem, który z pewnością nie był używany przez Węża Morskiego, widoki były nadal mało interesujące. Jedyne, co dało się wyraźnie zobaczyć, to wielkie ślepia kotorybów, świecące na złoto w czarnej wodzie, bez mrugania wypatrujące drogi przed sobą. Pani kapitan szybko znudziło się wytężanie wzroku w ciemnej i szczypiącej morskiej wodzie. Zacisnęła powieki i pozwoliła ciągnąc się w nieznane, wiedząc, że tryton dostarczy ją gdzie trzeba. Miała tylko nadzieję, że zdążą na obiad.

Kiedy tylko wypłynęli do jaskini, w której można było oddychać powietrzem, wszystko potoczyło się błyskawicznie. Nagle Jacklynn otoczyły nowe kotoryby, które, oczywiście, chciały ją sobie obejrzeć. Jednak jej opiekunowie (a może raczej wybawcy... Albo też porywacze?) stanowczo odpychali tłum swoimi trójzębami, głośno oznajmiając, że będzie można ją zobaczyć w Górnych Grotach, skąd nie będzie miała szansy uciec. Otoczona przez mnóstwo obcych stworzeń Jackie została pociągnięta przez labiynt korytarzy, przepłynęła jeszcze parę podwodnych przejść, aż po przebyciu piątego tunelu znalazła się w rozległej grocie wyjąkowej piękności. Tu zostawiono ją (prawie) samą, dając trochę czasu na aklimatyzację.
Pierwsze, co zrobiła, to zbadała swoje nowe więzienie. Tak, jak się obawiała, jedyne normalne wejście było pod wodą, dodatkowo pilnowane przez dwóch trytonów o granatowych ogonach, przyglądających się jej z nieukrywaną ciekawością. Na szczęście jaskinia miała mnóstwo szybów wentylacyjnych, które przebijały się przez wszystkie poziomy grot i wychodziły na powierzchnię. Nie były tak ciasne i śliskie jak ten w gnieździe Wężycy, ale wciąż łatwiej było w nich skręcić kark, niż wspiąć się parę metrów. Więcej wyjść z groty, niestety, nie było. Jackie na razie zdecydowała, że nie będzie próbować ucieczki, zwłaszcza, że para strażników co chwila sprawdzała, co się z nią dzieje. Nie zamierzała tu pozostać do końca życia, ale potrzebowała jedzenia i odpoczynku, jeśli miała zamiar uciec z tej klatki.
Kiedy tylko sprawdziła ewentualne możliwości ucieczki, usiadła na wyślizganej skalnej posadzce i w milczeniu zaczęła kontemplować nowe otoczenie. A było tu co podziwiać!

Ściany jaskini były gładkie, o fioletawym odcieniu, poprzecinane błyszczącymi żyłkami białego, błękitnawego, różowego i zielonego kwarcu. Kwarcyty i inne różnokolorowe kryształy wystawały z podłogi pod różnymi, niekiedy dziwacznymi, kątami. Przypominały trochę niezwykłe krzewy, posadzone pojedyńczo lub całymi klombami i stanowiły kontrast dla mlecznobiałych stalaktytów, stalagmitów i stalagnatów, udających eleganckie kolumny. Wszystko to lśniło w półmroku, odbijając łagodną poświatę fluorescencyjnych glonów, dyskretnie pochowanych w skalnych załomach i za wapiennymi naciekami. Tajemniczość tej scenerii podkreślały smugi prawdziwego światła ze świata na powierzchni, wpadające przez liczne otwory wentylacyjne. Ostatnim elementem bajecznej jaskini było wejście: okrągłe, lazurowe jeziorko, pilnowane przez dwóch umięśnionych trytonów z trójzębami. Więzienie równie piękne, jak misterna pozłacana klatka. I kiczowate niczym sen małej blond dziewczynki, która chodzi w sukieneczkach z mnóstwem koronek i marzy, by mieć różowego latającego kucyka o złotych kopytkach i wielkich, błękitnych oczach.

Nagle rozległ się potężny ryk, który zdawał się wydobywać z wnętrza ziemi. Cała jaskinia zaczęła dostrzegalnie drżeć, woda w jeziorku się wzburzyła, ze stropu posypały się okruchy skalne i kawałki stalaktytów. Dźwięk zmienił się w szarpiące nerwy zawodzenie i zakończył żałosnym skrzekiem. Jacklynn od razu domyśliła się, co to było - Wężyca wróciła do domu.
Przez chwilę czuła tylko dziką ulgę, że już jej tam nie ma, a potem nadeszły wyrzuty sumienia. Nie mogła się pozbyć myśli, że podstępnie wymordowała jej wszystkie nowonarodzone dzieci. Wstrząsy wskazywały, że potwór właśnie szalał z wściekłości, rozbijając ogonem ściany. Spodziewała się pełnych rozpaczy ryków, ale Wężyca wyraźnie chciała tylko jednego: dopaść tego, kto to uczynił. Całe współczucie natychmiast gdzieś znikło. Gdyby stwór rozpaczał, Jacklynn czułaby się okropnie, ale słysząc tylko wściekłe odgłosy, utwierdziła się w przekonaniu, że dobrze zrobiła. Z pewnością ocaliła w ten sposób wiele żywotów, nie tylko pirackich lub żeglarskich, ale także zwykłych, niewinnych szczurów lądowych. Kto wie, może dzięki niej po śmierci Wężycy nie zostanie już ani jeden wąż morski?
Ledwie Jackie doszła do tego wniosku, skończył się jej spokój. Do jaskini zaczęli napływać pierwsi zwiedzający, którzy chcieli obejrzeć Tajemnicze Stworzenie Z Powierzchni. Przez następne parę godzin otaczały ją kotoryby obu płci i w każdym wieku, które wgapiały się w nią nieuprzejmie, dotykały, obwąchiwały i komentowały głośno jej wygląd. Przez cały ten czas znosiła ich zabiegi cierpliwie, ani razu się nie odzywając. Dzięki temu stwory rozmawiały przy niej bez oporów, nieświadome, że doskonale je rozumie.
Trytony przy wejściu nie potrafiły poradzić sobie z falą zwiedzających: nie udało im się wymóc, aby wchodzili pojedyńczo, a żeby zakończyć czas zwiedzania, musieli wezwać posiłki i wypychać opornych na końcach trójzębów. Kiedy w końcu pozbyli się ostatniego gościa i opanowali zbuntowany tłum tych, którzy nie zdążyli dziś jeszcze nic zobaczyć, Jackie była całkowicie wykończona. Siedziała oparta o ścianę, apatycznie patrząc przed siebie, zbyt zmęczona nawet na to, żeby zasnąć. Strażnicy co chwila wsadzali głowy do jaskini, patrząc na nią z zakłopotaniem. Wyraźnie niepokoił ich jej stan i najwidoczniej obawiali się, że padnie z wyczerpania.
Po chwili jeden z nich przyniósł miskę z jedzeniem i postawił ją przed Jackie. Kotka ożywiła się nieco i z nadzieją zajrzała do środka, jednak natychmiast odsunęła się ze wstrętem. Próbowano ją karmić jaskiniowymi grzybkami i surowymi rybami głębinowymi z glonami! Była głodna, ale nie aż tak, żeby zjeść danie cuchnące zatęchłą wilgocią. Nie ma mowy!
Kotoryb ponownie zajrzał do środka i bardzo się zdziwił, widząc, że nawet nie tknęła wystawnego obiadu. Podpełzł do niej i końcem trójzęba podsunął miskę w jej stronę, myśląc, że nie zrozumiała, o co chodzi. Jednak Jacklynn skrzyżowała ręce na piersiach i odwróciła się do niego tyłem, dając mu do zrozumienia, co o tym myśli. Miała nadzieję, że dadzą jej coś bardziej jadalnego.

Zaniepokojony kotoryb postał jeszcze chwilę, a potem pospieszył do wyjścia. Po jakimś czasie wrócił - ale nie sam. Za nim pojawił się pokiereszowany przywódca Jaskiniowych, mrużąc na wpół ślepe oczy. Wyraźnie był wściekły, że wezwano go do kapryśnego Powierzchniowca, który nie chce jeść. Sądząc po świeżych siniakach strażnika, szef bardzo wyraźnie dał wyraz swemu niezadowoleniu.
Węsząc w chłodnym powietrzu, podpełzł do Jacklynn tak szybko i bez wahania, jakby nie miał uszkodzonego wzroku. Warcząc coś na temat niekompetencji głupich Głębinowych i wielkopańskich fanaberii nierozumnych stworzeń, wziął w rękę miskę i pochylił się nad kotką. Wlepiał w nią zasnute bielmem oczy, w których mogła wyczytać ledwie powstrzymywaną furię. Od razu wiedziała, że nie jest to facet, który zna się na żartach: było jasne, że jeśli nie zje po dobroci, to kotoryb wepchnie jej jedzenie do gardła. Z wysiłkiem przełknęła ślinę, godząc się z koniecznością.
Tryton, wyczuwając jej kapitulację, położył na dłoni grzybki i podsunął jej pod nos. Były miękkie, oślizgłe i nieco niekształtne, wyrosły na wspólnej wiotkiej nóżce... Seledynowe kapelusze leciutko świeciły... W Jacklynn narastał bunt. Była pewna, że jeśli to zje, zejdzie z tego świata w wielkich męczarniach, ale gdyby spróbowała się sprzeciwić, na nic by się to nie zdało. Szef Jaskiniowych powoli opuścił trójząb i wycelował w nią, na ostrzach zaiskrzyła się magia...
Sfrustrowana Jackie rzuciła się na grzybki. Tryton nie zdążył wyczuć niebezpieczeństwa; udało jej się "przy okazji" ugryźć go w palce. Uczucie satysfakcji, jakiego doznała, gdy klął i wrzeszał, nieco osłodziło jej gorycz porażki. Nienawidziła być do czegokolwiek zmuszana, zwłaszcza, jeśli miało to dla niej być szkodliwe. Nie mogła się sprzeciwić: pilnowana przez wściekłego szefa Jaskiniowych musiała wymieść wszystko z talerza i wylizać resztki, choć ze złości i wstrętu aż się w niej gotowało. Kiedy skończyła, poharatany tryton niezwłocznie odszedł, zapowiadając niekompetentnym strażnikom, że długo tu miejsca nie zagrzeją.
Jackie, przekonana o szkodliwości grzybków, usiłowała wywołać u siebie wymioty, ale jej wyglodzony żołądek był nieczuły na wszelkie, nawet brutalne, perswazje. Czując, że zaczyna jej się kręcić w głowie, zwinęła się w ciemnym kącie. Jej ostatnie myśli poprzedzające ciemność przed oczami dotyczyły "Morskiej Wiedźmy" i jej załogi...









komentarze [12]

Opowieść Jackie cz. II >> sobota, 10 maja 2008 22:09:03
TAAA - DAAAAM!!! A oto, specjalnie dla Was, specjalna notka - jeszcze dłuższa niż poprzednia! (35 KB w Notatniku). Długo nie pisałam, ale miałam testy gimnazjalne, które całkowicie absorbowały mój czas, potem chorowałam, a w tą środę szlag trafił mi Windowsa, bo używałam komputera, gdy nastąpiła przerwa w dostawie prądu :P Na szczęście, odzyskałam wszystkie ważne rzeczy, łącznie z tą notką XD
W ramach przeprosin, parę zmian: jak pewnie zauważyliście, na pasku adresu pojawiła się ikonka - główka Clawa. Za możliwość korzystania z niej, dziękuję Administratorom Clawforum. Jest też obiecana muzyka z levelu, który wygrał sondę - muzyka, oczywiście, ze strony Claw Recluse, więc zawdzięczacie ją również Administratorom Clawforum... No i Nacie z legend-of-elves, która pomogła mi w pewnych sprawach technicznych ^^ Dzięki.
W dziale "O bohaterach" poprawiłam część o Rudowłosym - wiem, że jest lwem, ale zapomniałam, że tam napisałam co innego. Za zauważenie błędu dziękuję Jaisis. Oprócz tego zamieściłam też obrazek Jackie własnego autorstwa (wkrótce, mam nadzieję, dorobię do niego tło). Jak wam się podoba?
Oprócz tego pod notką pradziwy rarytas - pierwsza część filmiku z Kapitana Pazura - wprowadzający przerywnik filmowy z gry. Radzę wyłączyć muzykę z bloga na czas oglądania :) Od dziś poczynając, zamierzam dodawać kolejne części filmików pod kolejnymi notkami! Filmiki będę też zamieszczać w dziale "O bohaterach".
Ogólnie rzecz biorąc, mnóstwo rzeczy zawdzięczam Administratorom Clawforum, wobec tego im dedykuję tą notkę. A także mojemu Tacie i Babci, którzy wiernie czytają każdy odcinek.
A to wyniki sondy: "Muza z którego leva ma być na blogu?"
Z 1 głosów: 15
Z 2 głosów: 0
Z 3 głosów: 0
Z 4 głosów: 1
Z 5 głosów: 2
Z 6 głosów: 3
Z 7 głosów: 0
Z 8 głosów: 3
Z 9 głosów: 0
Z 10 głosów: 0
Z 11 głosów: 1
Z 12 głosów: 2
Z 13 głosów: 1
Z 14 głosów: 4

Zwycięzcę można już usłyszeć ;)

I na koniec, mała prośba: podpiszcie, proszę petycję o powstanie gry Ghost Master II. Jest to bezpłatne, nie obarczone żadnym ryzykiem, nie dostaniecie spamu, nie musicie podawać żadnych ważnych danych osobowych, nie obrywacie wirusem, ani nic z tych rzeczy. Autorzy gry powiedzieli, że gra powstanie, jeśli zostanie zebranych 3000 podpisów. Mamy ich 1906, każdy głos się liczy! Petycja jest tu: http://www.petitiononline.com/gmaster2/petition.html Z góry dzięki.

<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Nataniel nigdy wcześniej nie słyszał takiej opowieści. I bynajmniej nie dlatego, że pełna była niezwykłości, nie była również opowiedziana szczególnie pięknie, jej wyjątkowość nie polegała też na tym, że była prawdziwa (bo i takie słyszał, choć nieczęsto). Niepowtarzalność tej historii polegała na tym, że Jackie przeżywała ją po raz drugi w czasie, kiedy mówiła. Oczy płonęły jej chorobliwym blaskiem, na czole perlił się pot, słowa raz były drżące z przerażenia, raz chrapliwe i świszczące, gdy przedstawiała, jak brakowało jej powietrza. Kiedy opisywała swoją podwodną walkę, dusiła się naprawdę, jak gdyby znów wąż trzymał ją w swych szczękach. Rzucała się niczym ryba wyciągnięta na brzeg, choć przecież mogła oddychać. Sammy i Christoph raz po raz zrywali się niespokojnie na nogi, przytrzymując ją, aby nie spadła z łóżka. Pierwsza oficer chciała nawet przerwać opowieść pani kapitan, aby nie patrzeć, jak musi się męczyć, ale medyk ją powstrzymał.
"Nie rób tego, to nic nie da" - mruknął, choć sam patrzył na pacjentkę ze współczuciem. "Nie wyzdrowieje, dopóki nie wyrzuci z siebie tego, co ją dręczy - a jeśli jej przeszkodzisz, następnym razem zacznie od początku. To dla jej dobra, wierz mi."
A Jackie, nieświadoma tego, co się dzieje dookoła niej, mówiła dalej. Kiedy doszła do momentu, w którym uderzyła głową w sklepienie podwodnego tunelu, wyprężyła się na chwilę jak struna, a potem zwiotczała z półprzymkniętymi oczami. Za chwilę "ocknęła się" i kontynuowała opowieść, z przejęciem opisując swoje przeżycia, aż opisała kryjówkę, w której się schowała, aby zasnąć. Powieki jej opadły, zwinęła się w kłębek i pogrążyła się w prawdziwym, nieudawanym śnie.
Przez chwilę wszyscy słuchacze siedzieli w niezwykłej ciszy, bojąc się poruszyć, czy nawet głośniej odetchnąć. Jednak Jacklynn spała mocno, choć jej sny z pewnością nie były przyjemne. Pojękiwała cicho i mamrotała coś niewyraźnie, kręcąc się niespokojnie. Na jej twarzy malowały się różne uczucia, ale najczęściej jej buzię wykrzywiał grymas przerażenia. Kuliła się wtedy i popiskiwała cichutko, jak przestraszone zwierzątko. Nataniel patrząc na nią poczuł się jak intruz i podglądacz. Było mu niezręcznie, ponieważ został mimowolnym świadkiem zachowania pani kapitan w chwili słabości spowodowanej chorobą. Gdyby to on wił się w pościeli dręczony majakami, nie chciałby, aby widział to ktokolwiek postronny. Zwłaszcza, jeśli nie darzyłby tej osoby sympatią - a nie można powiedzieć, żeby się z Jackie jakoś specjalnie lubili.
Pierwsza poruszyła się Sammy.
- Słyszeliście, żeby mówiła coś o butelce? - zapytała cicho.
Pokręcili głowami. Nie. Nawet słowem nie wspominała... Za to dużo mówiła o innych, równie interesujących rzeczach...
- O co chodzi z tym długiem? Jest jakiemuś potężnemu "komuś" coś winna, ciągle to powtarzała... Kto to jest i o co chodzi? - zapytał Nataniel po chwili.
Zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na Sammy, ale ta wymownie wzruszyła ramionami.
- Nie wgapiajcie się tak, ja nic nie wiem - burknęła.
- Nie wiesz, czy nie chcesz powiedzieć? - drążył Pazur. - Bo jestem pewien, że nawet gdyby kapitan Bloodbane coś ci wytłumaczyła, nie ujawniłabyś tego NAM .
Samantha zastrzygła uszami.
- Pewnie masz rację - przyznała bez cienia zażenowania - Ale tym razem możesz być pewny - jestem tak samo zdezorientowana, jak wy.
Nastała chwila ciszy, dusznej od odoru choroby. Nie trwała jednak długo - szybko została przerwana przez Tabby'ego.
- Czy ona długo będzie spać? - zapytał niecierpliwie, a oczy płonęły mu jedynym w swoim rodzaju pragnieniem - głodem opowieści. Wyglądał, jakby miał nie tylko gorączkę, lecz także owsiki - kręcił się niespokojnie na stołku, nie mogąc usiedzieć na miejscu. Widać było, że gdyby tylko mógł, natychmiast spróbowałby obudzić Jackie, tak bardzo chciał wiedzieć, co było dalej. Bo nie istniała na świecie rzecz, która by go bardziej pociągała niż niesłyszana dotąd historia - a zwłaszcza taka przerwana w połowie.
- Będzie spać tak długo, jak zechce... I dobrze radzę, lepiej jej nie przeszkadzać! - głos łagodnego zwykle Christopha zabrzmiał wręcz groźnie. Sammy energicznie pokiwała głową na znak poparcia i na wszelki wypadek wbiła w Tabby'ego wojownicze spojrzenie złocistych oczu. Pierwszy oficer wyraźnie się speszył i jakoś stracił poprzednią pewność siebie. Sytuacja zaczynała robić się nieprzyjemna.
Nagle rozległ się przeszywający, pełen przerażenia wrzask. Tabby ze strachu spadł ze stołka, Ruda i Sammy złapały za noże, zaskoczony Pit przywalił potylicą w drzwi, a pazury Nataniela rozbłysły magią. Kapitan, cały spięty, rozejrzał się szybko po pomieszczeniu w poszukiwaniu wroga... Ale nikogo takiego nie było. To Jackie poderwała się do pozycji siedzącej, i nie otwierając oczu krzyczała aż do zachrypnięcia. Wrzask stopniowo zmienił się w wycie, a potem w żałosny jęk, kiedy chorej kończyło się powietrze. Na koniec zarzęziła ochryple, a potem odetchnęła, aby krzyknąć jeszcze raz. Na szczęście, nie udało jej się to, gdyż Samantha przyskoczyła do niej i mocno nią potrząsnęła.
- Obudź się, Jackie!!! - zasyczała jej przenikliwie do ucha.
Kapitan Bloodbane otworzyła oczy i znienacka złapała przyjaciółkę za ramiona, przyciągając ją bliżej. Wyglądała na zupełnie przytomną, ale spojrzenie miała błędne.
- Gdzie on jest? Czy wiesz, gdzie on jest?! - zapytała, patrząc Samancie prosto w oczy.
- Gdzie kto jest, Jackie? - wykrztusiła Sammy, starając się wyzwolić z mocnego uścisku pani kapitan.
- Jeffrey Stevenson... Gdzie on jest?!?!! Musisz to wiedzieć! Ktoś musi to wiedzieć!!!
- Nie mam pojęcia, słowo! I dotychczas jeszcze w żadnym porcie nie potrafili nam tego powiedzieć, pamiętasz? - przypomniała jej Samantha, z ulgą czując, że palce na jej ramonach nie zaciskają się już tak mocno.
Jacklynn nagle straciła zainteresowanie sprawą i puściła swoją pierwszą oficer, opadając na poduszki. Wbiła rozgorączkowane spojrzenie w sufit i zaczęła mamrotać do siebie półgłosem:
- Gdzieś, ale nie wiadomo, gdzie... Cholerny sukinkot... On się ukrył, tak! Może to lepiej... Ale w końcu go znajdę... Jak ta głupia ćma, co leci do płomienia świecy, choć jest świadoma, że ten ją spali... Oni o tym wiedzą, tak, wiedzieli od początku... A jak go już zabiję... Czego oni mogą chcieć? Jakiej ceny?... Ja nigdy nie zostawiam niespłaconych długów... Nie zostawiam długów... Cholera by to, ze mnie też niewiele zostanie...
Pazur poruszył czujnie uszami. " Ja nigdy nie zostawiam nie spłaconych długów". Już kiedyś tak powiedziała, gdy uratowała mu życie. Czy to ma coś z tym wspólnego?
Podczas tej przemowy Tabby powoli podnosił się z podłogi, z oczami wielkości spodków wbitymi w pomrukującą Jacklynn. W końcu nie mógł już dłużej wytrzymać.
- Pani kapitan... Co było dalej? Co z wężem morskim, czy wrócił? Byłaś w jego jaskini i spałaś, i co potem? Opowiedz!
Christoph popatrzył na Tabby'ego z wyrzutem, ale nie zwrócił mu uwagi. Miał nawet taki zamiar, ale wzrok Jackie już zrobił się nieobecny, a ona sama wyraźnie z powrotem żyła przeszłością. Skoro zaczęła, nie należy jej przerywać.

Obudził ją jakiś hałas. Niechętnie wydostawała się z gęstych oparów snu, ale kiedy uświadomiła sobie, że mógł wrócić wąż morski, otrzeźwiała w jednej chwili. Przez pewien czas się nie ruszała, nasłuchując niespokojnie. Jakieś dziwne trzaski i chroboty wywoływały echo w całej podwodnej jaskini, przyprawiając Jackie o gęsią skórkę. W żadnym wypadku nie mogły to jednak być odgłosy towarzyszące tak ogromnemu stworzeniu, jak potwór, który ją tu przywlókł, dlatego kotka po chwili odważyła się wysunąć nos ze swej kryjówki. Rozejrzała się ostrożnie dookoła, gotowa do natychmiastowego wycofania się rakiem, ale nie zobaczyła nic podejrzanego.
Ciekawość wzięła górę nad strachem: kapitan Bloodbane wydostała się spod zbutwiałych szczątków okrętu i ostrożnie wyprostowała pokaleczone ciało. Po parogodzinnym(?) bezruchu była jeszcze bardziej obolała, niż przedtem, i musiała uważać, żeby nie uszkodzić w miarę wyschniętych ran. Podejrzliwie nasłuchiwała nietypowych dźwięków, następnie powęszyła chwilę, ale zmysły mówiły jej, że nie ma niebezpieczeństwa: w jaskini nie pojawiło się żadne żywe stworzenie.
Jacklynn z wielkim wysiłkiem przekonała swoje niechętne "ja", że należy się ruszyć i dalej szukać wyjścia z pułapki, w jakiej się znalazła. Klnąc i narzekając, ponowiła swoją wędrówkę wzdłuż ściany, wierząc, że gdzieś tam przed nią znajduje się jakaś droga ucieczki.

Po godzinie była z powrotem w tym samym miejscu, pozbawiona większości sił i prawie całej nadziei. Owszem, po drodze widziała parę szybów wentylacyjnych, jednak prawie każdy był za wąski, żeby się weń wcisnąć. Jedyny, w którym jako-tako by się zmieściła bardziej ją przygnębił, niż wszystkie poprzednie: choć dawał pewną szansę powodzenia, a nawet wyglądał nieźle, budził w niej przerażenie. Na dole był ciasny, później stopniowo rozszerzał się ku górze (udało jej się nawet zobaczyć kawałek nieba!) i teoretycznie wspinaczka byłaby możliwa... Ale tylko szaleniec postawiłby więcej niż małą, srebrną monetę na to, że poranionej i wycieńczonej kotce uda się przezeń wydostać. Ściany były mokre i śliskie, porośnięte dodatkowo oślizgłymi glonami i pokryte warstewką rozsypującej się soli. Szyb wznosił się pod kątem pięćdziesięciu stopni i był okropnie długi. Kiedy Jacklynn uniosła głowę i spojrzała w nieregularny biały otwór gdzieś tam, wysoko, zakręciło jej się w głowie. Nie miała lęku wysokości, po masztach śmigała jak zwinna małpka, ale poczuła, że na samą myśl o pokonaniu tego skalnego komina drżą jej kolana. Nie odważyłaby się zaryzykować.
Zawiedziona i zrozpaczona siedziała wprost na wilgotnej podłodze jaskini, nie mając motywacji, żeby się ruszyć. Zgrzytanie, które ją obudziło wciąż rozbrzmiewało dookoła, miała nawet wrażenie, że było trochę głośniejsze, niż poprzednio, ale niewiele ją to obchodziło. Była głodna i chciało jej się pić, a widok słonej wody ściekającej po skałach jeszcze potęgował pragnienie. Czuła, że jeśli niedługo się czymś nie pożywi, to nie będzie miała nawet tyle siły, żeby zakończyć swoje cierpienia sztyletem, który trzymała schowany za koszulą. Choć straciła swoją szpadę, nie była zupełnie bezbronna - oprócz tego małego sztyleciku miała jeszcze parę noży do rzucania, przywiązanych w specjalnych pokrowcach pod szarfą. W cholewie prawego buta ukrywał się też porządny, długi nóż... A w zawieszonym na szyi woreczku była potężna, szybko działająca trucizna, którą po rozpuszczeniu w wodzie można było zatruć broń - lub zażyć w razie potrzeby. Jacklynn zawsze starała się mieć przy sobie pochowane w różnych miejscach noże i sztylety, licząc na to, że przynajmniej jeden z nich będzie przy niej w kryzysowej sytuacji. Taka chwila właśnie nadeszła, ale kapitan Bloodbane była jeszcze zbyt silna psychicznie, aby się poddać. Wierzyła, że jakoś się stąd wydostanie - jeśli nie sama, to przy pomocy tych, którzy już jej objawili swą potęgę... Lecz jeśli się nie uda, będzie mogła skrócić swoje męczarnie.
Ale póki co, była żywa, a jej organizm stanowczo domagał się pożywienia. Wbrew swojej woli wciąż myślała o jedzeniu - i nagle ją olśniło.
"Może ten hałas, który słyszę, to coś jadalnego? Na przykład jakieś kraby, które dostały się tu przez podwodny korytarz? Albo, kto wie - zawsze istnieje możliwość, że w tych tutaj śmieciach znajdzie się coś smacznego. Trzeba to sprawdzić!"
Nieco podniesiona na duchu wstała i podążyła w stronę źródła dźwięku. Odgłos wzmagał się w miarę zbliżania do podwodnego tunelu... A pochodził z kręgu drogocennych kamieni.
Jackie podeszła cichutko do nich, mając nadzieję złapać stworzenie, które się miedzy nimi chowa. Niestety, spotkało ją rozczarowanie - choć zaglądała w każde miejsce, nie udało jej się nawet go zobaczyć.
"Pewnie te kraby schowały się w jakiejś dziurze pod kamieniami... Nawet widać, że się ruszają" - pomyślała z niechęcią, obserwując, jak twarde, okrągławe przedmioty chwieją się na swoich miejscach, wydając przy tym zgrzytliwe dźwięki.
Humor trochę jej się poprawił po przeszukaniu szczątków walających się po całej jaskini. Jej obawy nie sprawdziły się - nie było tam żadnych spuchniętych od wody trupów. Znalazła za to mnóstwo drobiazgów: parę monet, gęsie pióro i stłuczoną butelkę atramentu, dziennik pokładowy (całkowicie zniszczony przez słoną wodę), zardzewiałą broń i zamoknięty proch, strzępy jakichś przepysznie wyszywanych tkanin, i dużo, bardzo dużo drewna... Na szczęście, były tam też nieco bardziej przydatne rzeczy: udało jej się natrafić na worek przemoczonych sucharów i jakieś butelki, w tym jedną wyraźnie starszą i obrośniętą glonami.
Uszczęśliwiona bogatym łupem zabrała znaleziska i poszła w stronę opalizujących kamieni, wśród których usiadła, żeby odpocząć i się posilić. Nie zwracając uwagi na drganie gładkiej powierzchni pod jej plecami, zajadała się sucharami, które zapijała rumem z jednej z butelek.
Jedzenie nie było pierwszej klasy - suchary nieco zatęchły i pokrywała je warstewka soli, zaś rum był drugiej kategorii, ale zgłodniała piratka nie wybrzydzała. Rozsądnie zostawiła sobie sporo na później, i tak po prostu, żeby mieć co robić, zaczęła czyścić najstarszą butelkę z glonów. Nie otwierając jej, zajrzała przez brudne szkło.
"To ciekawe, w środku coś jest... Tak jakby zrolowany pergamin! Może to czyjś list, albo ostatnia kartka z dziennika pokładowego tonącego statku?" - zamyśliła się, automatycznie chowając szklane naczynie za szarfę. Jedzenie i rum sprawiły, że ogarnęło ją rozleniwienie i senność, a zmęczone ciało niechętnie ruszało się z miejsca... "Nie mogę teraz zasnąć!" - myślała, walcząc z błogim odrętwieniem."To nie jest bezpieczne!" Ale miarowe chrobotanie brzmiało jak łagodna kołysanka i powieki zaczęły jej ciążyć coraz bardziej i bardziej...
"To dziwne" - pomyślała, poddając się zmęczeniu. "Dałabym głowę, że te kamienie są ciepłe..."

Przebudził ją gwałtowny ruch, gruchot i niepokojące wrażenie, że coś parzy ją w plecy. Przerażona i zdezorientowana otworzyła oczy, szukając istoty, która próbowała w ten sposób przerwać jej sen, ale nie zobaczyła nikogo. Za to kamienie, wśród których zasnęła, z ogłuszającymi trzaskami i łomotami chwiały się i podrygiwały, najwyraźniej rozgrzewając się coraz bardziej. Jacklynn nie miała pojęcia co się dzieje, ale jednego była pewna: wcale jej się to niepodobało.
Nagle kamień, o który się wcześniej opierała, wydał z siebie dziwny zgrzyt, a potem serię nieprzyjemnych trzasków. Na oczach zafascynowanej kotki drżał coraz mocniej, aż nagle na jego powierzchni pojawiła się cienka, ledwie dostrzegalna szrama. Przedmiot dygotał coraz mocniej i kiwał się gwałtownie na boki, a pęknięcie rozgałęziało się i schodziło coraz niżej. Jego towarzysze otaczający zdumioną Jackie zachowywali się podobnie; co więcej, okrągłe "kamienie" nagle ruszyły się z miejsca i zaczęły się toczyć w różnych kierunkach, co chwila nieprzewidywalnie zmieniając swój kurs. Pani kapitan pisnęła i uskoczyła w bok, kiedy jeden z tych ciężkich kolosów pokulał się nagle w jej stronę, nieomal miażdżąc jej stopę.
Ale to nie był koniec: pokiereszowane powierzchnie "drogocennych kamieni" nagle zaczęły pękać, wystrzeliwując z wielką szybkością ostre odłamki na wszystkie strony! Z powstałych w ten sposób dziur wyzierała biaława, półprzezroczysta błona, pod którą coś się miotało...
"Na wszystkie piekła!!!" - pomyślała Jackie, cudem unikając pryskających w jej stronę kawałków. "To nie żadne kamienie... To jaja!!!"

Zmartwiała z przerażenia obserwowała, jak pierwsza skorupa ostatecznie rozpada się na drobne kawałki. Jej dotychczasowy mieszkaniec z niemiłym plaśnięciem znalazł się na skalnym podłożu i natychmiast zaczął skwapliwie zjadać błonkę, która wyścielała jajko od wewnątrz. Jacklynn zadrżała z obrzydzenia. Żaden noworodek nie jest początkowo zbyt piękny, ale nie widziała jeszcze stworzenia tak odrażającego, jak ten mały wąż morski. Gad był chudziutki, ale długi na jakieś dwa metry. Łuski miał jeszcze miękkie i bezbarwne, więc rozwalony na ziemi bardziej przypominał glistę, niż budzącego grozę, ale w jakiś sposób pięknego władcę oceanów. Mimo to jego mała, szeroka paszcza aż się skrzyła od ostrych jak igły kłów, z których najdłuższy był porównywalny z dłonią Jacklynn. Na dokładkę malec wciąż jeszcze pokryty był śluzem, wypełniającym wnętrze jajka, który teraz chciwie z siebie zlizywał długim, czerwonym jęzorem, przymykając z zadowolenia złotoczerwone ślepia. Ohydztwo.
Tymczasem pozostałe młode również wydostały się ze swoich skorup i gorliwie naśladowały tego, który wykluł się jako pierwszy. Jednak on już skończył pożeranie resztek swojego dotychczasowego schronienia i najwyraźniej wciąż był głodny. Skrzeknął żałośnie, oznajmiając światu, że bolesna pustka w żołądku jest dla niego czymś nowym i okropnym... po czym dojrzał Jackie. Piszcząc z wyraźną nadzieją popełzł niezgrabnie w jej stronę, i po chwili wysiłku udało mu się znaleźć przy jej nogach, co skwitował radosnym skrzekiem. "Może nie jest nawet taki paskudny..." - pomyślała kotka, w której obudziły się instynkty macierzyńskie, łagodząc jej poprzedni osąd.
"...Ciekawe, czy to miało znaczyć "Mama"?"
Jednak w tej chwili krzyknęła z bólu, bo wężyk morski wbił zęby w cholewę jej buta, raniąc ją do krwi. Rozzłoszczona Jacklynn wymierzyła mu mocnego kopniaka, który posłał go w powietrze. Potworek wylądował na podłodze, głośno skarżąc się na takie niesprawiedliwe traktowanie. Pełna urazy Jackie odwróciła się, żeby odejść jak najdalej od tych wstrętnych piskląt, ale nie było jej to dane. Drogę zagradzały pozostałe wężyki, wpatrując się w nią z głodem w wyłupiastych ślepiach. Za jej plecami rozległ się nieprzyjemny skrzek pierwszego potworka, który mógł oznaczać tylko jedno; "WYŻERKA!!!"

Od tej chwili wszystko zaczęło się dziać błyskawicznie. Małe, zgłodniałe wężyki rzuciły się na nią całą grupą, przepychając się i wijąc jeden na drugim. Wydawało jej się, że otacza ją wir złożony z długich ostrych kłów, które próbują wbić się w każde dostępne miejsce - niekoniecznie jadalne. Potworki owijały się wokół jej nóg, celując paszczami w jej brzuch, wyciągały się w górę, chcąc odgryźć jej palce i napierały skłębioną masą, mając nadzieję ją przewrócić. Zdesperowana Jackie parła wciąż do przodu, kopiąc i odrzucając wijące się paskudztwa, ale szybko się zorientowała, że postępując tak dalej nie ma szans.
- Same tego chciałyście - syknęła, rozdrażnieniem kryjąc strach i wyciągnęła zza cholewy buta długi nóż.
Cięła na odlew, pewna, że miękka wężowa skóra łatwo ustąpi pod ostrzem noża... Ale czekała ją niespodzianka. Broń ze zgrzytem ześlizgnęła się ze skłębionych ciał, nie czyniąc im większej krzywdy. Przerażona Jacklynn zrozumiała, że zaraz po wykluciu się łuski węży morskich zaczęły twardnieć i z każdą chwilą stawały się coraz solidniejsze! Rozpoczęła się desperacka walka o życie. Otoczona pani kapitan zadawała ciosy raz za razem, jednak niełatwo było zranić wściekle kręcące się młode. Wężyki owijały się wokół niej i starały się, aby straciła równowagę i upadła. Kotka robiła co mogła, aby utrzymać się na nogach, bo wiedziała, że jeśli się przewróci, rozszarpią ją w parę sekund. Zmagania trwały, lecz Jackie była wyraźnie na przegranej pozycji - z każdą chwilą słabła, podczas gdy kilkanaście wężyków morskich nie zdradzało żadnych oznak zmęczenia. Kotka czuła, że lada moment popełni jakiś błąd, a wtedy nie będzie dla niej ratunku - zostanie pożarta żywcem przez szesnaście wygłodniałych paszczy.
Nagle jeden z młodych wspiął się po ciałach towarzyszy i wyciągnął się, próbując wbić kły w nieosłoniętą twarz Jacklynn. Wrzasnęła i cięła prosto w niestwardniałe jeszcze podgardle, czując jak gorąca, gadzia posoka tryska jej na ręce i zbryzguje policzki. Stworzenie bulgotało przez rozcięte gardło i dygotało spazmatycznie, wciąż jeszcze próbując dosięgnąć ją swymi kłami. Zebrała całe swoje siły i oderwała oplątanego wokół niej dogorywającego potwora, po czym cisnęła nim jak najdalej od siebie, psychicznie przygotowując się na następny, być może udany, atak.
Jednak nic takiego nie nastąpiło: kiedy tylko odrzuciła od siebie okrwawionego trupa, węże morskie straciły zainteresowanie. Głód skręcał im trzewia, osłabiał ich siły, a one potrzebowały mnóstwo białka, aby rosnąć! W takim wypadku takie drobne, nie do końca moralne postępki jak kanibalizm nie miały żadnego znaczenia. Wszystkie stwory zostawiły niedoszłą ofiarę i jeden przez drugiego rzuciły się na dogorywającego brata. Ten zdążył wydać ledwie słaby skrzek protestu, nim towarzysze rozdarli go na okrwawione kawałki, które znikły w ich przepastnych gardzielach przy akompaniamencie pomruków rozkoszy i zadowolonego przewracania oczami.
Jackie zatrzęsła się z obrzydzenia, pozbawiona już jakichkolwiek złudzeń i skrupułów dotyczących węży morskich. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie należałoby podejść do nich, póki są zajęte, i je pozarzynać, ale od samego ich widoku robiło się jej mdło. Nie chciała ryzykować wyrzucenia z żołądka z takim trudem zdobytych sucharów, które nawet na dobre się tam nie zadomowiły. Odwróciła się więc od tej obrzydliwej sceny i podążyła na brzeg gniazda. "Teraz będę miała z nimi spokój!" - pomyślała, przełażąc przez kamienny murek, który wcześniej chronił jajka przed stoczeniem się do wody.
Ale chwilę potem posłyszała chrzęst łusek na skale i już wiedziała, że młode o niej nie zapomniały. Miała nadzieję, że kiedy odejdzie, szybko zniknie z ich prymitywnych umysłów, i że stworki popełzną do wody i odpłyną, aby szukać dla siebie ryb. Jednak stało się inaczej i była pewna, że będzie je musiała pozabijać wszystkie, co do jednego. "Ich matka przyniosła mnie tu, aby młode poznały smak kociego mięsa i atakowały dla niego statki, gdy dorosną. Dlatego też wężyca mnie nie wykończyła, kiedy się okazało, że się nie utopiłam - w końcu żywa, bezbronna ofiara, którą trzeba zabić, to cenna lekcja dla świeżo wyklutych dzieci... Ale ten, kto mnie nie docenia, zawsze gorzko tego żałuje!" Jackie zatrzymała się i zaczęłą czekać, pewna, że uda jej się pokonać piętnaście pozostałych wężyków. Liczyła na ich niesolidarność - ufała, że głód młodych i ich skłonność do kanibalizmu będą jej sprzymierzeńcami.
Potworki podpełzały coraz bliżej, przepychając się między sobą. Wyglądało to na jakiś chaotyczny ruch, ale wbrew pozorom, w kłębowisku panowała hierarchia, która ustaliła się już w chwili wyklucia; najsilniejsze znajdowały się na przedzie, i poskrzekiwały groźnie, ilekroć słabsze rodzeństwo próbowało je wyprzedzić. Ten, który wylągł się pierwszy wyraźnie prowadził, rozdzielając kłapnięcia szczęk i ciosy ogonem wśród towarzyszy. Zobaczywszy, że kotka się nie rusza i nawet nie próbuje uciekać, skrzeknął triumfalnie i o parę metrów wyprzedził kłębiące się rodzeństwo. Jackie pozwoliła, aby podpełzł blisko niej, choć wszystko w niej buntowało się przeciwko staniu w bezruchu. Kiedy stwór był o długość ciała przed nią i rozwarł paszczę, szykując się do ataku, błyskawicznie wyszarpnęła zza szarfy sztylet i celnie rzuciła nim prosto w czerwoną, przepastną gardziel. Nóż ugrzązł w miękkim ciele aż po rękojeść, uniemożliwiając wężowi zamknięcie szczęk. Trafiony gad charczał i syczał, krztusząc się własną czarną krwią, tryskającą z rany w gardle. Posoka ściekała mu po szczęce, plamiła twardniejące łuski i kapała na skalne podłoże, tworząc małe kałuże. "Szkoda, straciłam dobry nóż" - pomyślała z lekkim żalem, odsuwając się, żeby nie umazać się gadzią krwią. "Ale teraz będę miała łatwiejszą robotę." Z pewną satysfakcją przyglądała się, jak pozostałe wężyki zwolniły i chciwie węszyły, wyczuwając w chłodnym powietrzu jaskini ciepłą woń smakowitej posoki. Potem podpełzły do rannego towarzysza, który nagle z najsilniejszego, budzącego respekt brata stał się dla nich pysznym posiłkiem. Wąż musiał zorientować się, co się dzieje, bo uczynił próbę ucieczki, lecz nim zdążył się ruszyć, ostre kły zaczęły wyszarpywać z jego giętkiego ciała kawały mięsa. Jackie nie zaczekała nawet, aż potworki wykończą swoją ofiarę - od razu rzuciła się na najbliższego z nożem. Schwyciła go lewą dłonią za giętką szyję, tuż pod szczęką, i przygięła go do siebie, starając się znaleźć jakieś słabe miejsce, w które mogłaby wbić ostrze. Wąż skrzeknął głośno i zaczął się szarpać, jednak nie dlatego, że poczuł się zagrożony - po prostu nie podobało mu się, że ktoś odciąga go od jedzenia. Jackie rozpaczliwie starała się go utrzymać, ale zwierzę wiło się wściekle w jej uścisku, chcąc się wyrwać. Kotka nie miała wyjścia: choć bardzo jej się to nie podobało, musiała się ubabrać krwią. Nie chodziło jej bynajmniej o to, że jakoś strasznie się tego brzydziła, nie chodziło też o ubrudzenie koszuli, bo jej ubranie zwisało w brudnych strzępach; rzecz w tym, że wyczuwszy krew, węże morskie mogłyby się rzucić na nią, a nie na rannego towarzysza. Jednak nie było innego wyboru i Jackie szybkim ruchem wbiła nóż w oczodół stwora.
Nie zdążyła go nawet wyciągnąć: od razu rozpoczęłą się krwawa jatka. Węże morskie, oszalałe od zapachu krwi, kłębiły się od jednego dogorywającego trupa do drugiego, kąsając się między sobą o łup. Jackie biegała między nimi, raniąc lub zabijając każdego, którego udało jej się dopaść, z rękawami po łokcie pochlapanymi posoką. Parę razy któryś z potworków rzucał się na nią, ale wtedy odpowiadała atakiem, lub uchylała się, naprowadzając go na któregoś z towarzyszy. Węże wiły się dookoła, zupełnie nie zwracając na nią uwagi, parę razy przepełzły jej po nogach nie zaszczycając nawet spojrzeniem. Głupie stwory nie zorientowały się, że wybija je jednego po drugim, a nawet jeśli, to niewiele je to obchodziło. Mało tego, kiedy zostało już tylko pięć żywych węży, a ona walczyła z jednym z nich, całym utytłanym w krwi poległych, dwoje jego rodzeństwa, ogłupionych smakowitym zapachem, odciągnęło go od kotki i rozdarło między sobą na pół. Zabicie ostatnich czterech węży, mimo ich całkowicie stwardniałych pancerzy, było łatwiejsze niż ścięcie łba kurczakowi: potwory były tak zajęte pożywianiem się na poległych, że nawet nie odwracały łba, kiedy dobierała im się do łusek. Ostatni wąż morski ledwie warknął, gdy stępionym sztyletem podważała mu rogowe płytki na karku, żeby mieć gdzie wbić ostrze. Kiedy upadł martwy na podłogę, pokręciła głową z pełnym politowania zdumieniem. Wiedziała, że węże morskie to głupie stwory, ale podświadomie była przekonana, że zorientują się, iż są podstępnie zabijane i zjednoczą się przeciwko niej. A jednak stała żywa, a dookoła niej w kałużach czarnej krwi leżało czternaście poskręcanych, w różnym stopniu poobgryzanych gadzich ciał (bo pierwsze dwa zostały doszczętnie zjedzone). A ona, choć ręce miała otarte od kontaktu z ostrymi łuskami, a poszarpane rękawy zesztywniały od krzepnącej posoki, była z pewnością w o wiele lepszym stanie. Nawet wliczając krwawiące ugryzienie na łydce i ślady zębów na cholewie buta. Nic dziwnego, że po tym wszystkim czuła się potwornie zmęczona i słaba, miała ochotę paść na zimne podłoże tu, gdzie stoi, i zasnąć...

Miała przeczucie na długo zanim usłyszała plusk. Odwróciła się i spojrzała w podwodne wejście do jaskini. W ciemnoszarej toni rysowały się jakieś jeszcze odległe, poruszające się czarne kształty, a zazwyczaj spokojna i gładka powierzchnia wody drżała i falowała. Jackie nie została nawet, aby zabrać swoje sztylety, wciąż tkwiące w gadzich trupkach - od razu rzuciła się do ucieczki w głąb jaskini, dziwiąc się, że może tak szybko biegać, choć przed chwilą przysięgłaby, że nie uczyni ani kroku. Nie oglądała się za siebie, tylko pędziła naprzód, do jedynej kryjówki, która była dostatecznie blisko, aby zdążyła do niej dopaść. Kiedy o parę metrów przed sobą zobaczyła szczątki statku, pod którymi wcześniej spała, rzuciła się między nie głową naprzód. Wszystkie mięśnie eksplodowały jej bólem, gdy przetoczyła się, łagodząc upadek, ale nawet nie jęknęła. Od razu przywarowała w bezruchu, słysząc, że z podwodnego wejścia coś się wyłania.

Najpierw woda zachlupotała, przelewając się przez brzegi swojego skalnego basenu. Potem Jackie usłyszała plusk kropel, rozbijających się o powierzchnie wody i kamienie, a prawie równocześnie rozległ się cichy zgrzyt łusek o skałę. "Stało się! Zaraz zobaczy ten cały bałagan, wszystkie te trupy i krew, i będzie wiedziała, kto jest za to odpowiedzialny... Już jestem martwa."
Łuski dalej zgrzytały o kamienne podłoże, a potem dźwięk ucichł nagle, gdy ich właściciel zobaczył martwe młode.
- Popatrzcie, one nie żyją! - Jackie była pewna, że ma halucynacje. Wydawało jej się, że słyszała kobiecy głos!
- To mógł być ktoś z naszych, spójrzcie na rany, ale... Co to za broń? Nie znam klanu, który używałby czegoś takiego! - sądząc po dźwięku, ktoś wydobył z trupa jej sztylet. - Może to któryś z Głębinowych? Ale znając ich, natychmiast by się pochwalili...
- Ja już takie coś widziałam! - w jaskini rozległ się wysoki, piskliwy głos kobiecy. - Mieli to powierzchniowcy! Gdzieś tu musi być świeżutki, chrupiący powierzchniowiec... - głos stał się rozmarzony i mruczący, jego właścicielka wyraźnie rozkoszowała się taką perspektywą. - Poszukajmy go, mam wielką ochotę na coś innego niż te mdłe ryby!
W jaskini rozbrzmiały kolejne pluski i zgrzyty, wyraźnie przybyły następne istoty, ktoś grzebał w porozrzucanych po pieczarze śmieciach. Jakiś niski męski głos domagał się wyjaśnienia, co tu się dzieje, trzy czy cztery alty gorliwie mu odpowiadały, przerywając sobie wzajemnie. Ich mowa, choć całkowicie zrozumiała, była jednocześnie bardziej mrucząca i melodyjna niż to, do czego Jackie przywykła, przeplatały ją czasem jakieś zupełnie niezrozumiałe słowa, intonacja i akcent zmieniały się co chwilę. Przywodziło to na myśl rodzaj śpiewu lub melorecytacji, niezwykle interesującego, trzeba przyznać. Jacklynn miała wielką ochotę wyjrzeć i zobaczyć, jakie mówiące, inteligentne stworzenia potrafiły się tu dostać, ale powstrzymywał ją strach. Wyraźnie słyszała, że mają ochotę zjeść właściciela noża, a ona nie wyrwała się z paszczy węży morskich tylko po to, żeby znów wylądować na czyimś półmisku. Dlatego wciąż trwała nieporuszona w swojej kryjówce.

Jaskinię przeszukiwało wiele osób, jednak większość z nich najwyraźniej bardziej interesowało się porozrzucanymi wokoło przedmiotami, niż poszukiwaniami osoby, która zabiła wężyki. Co jakiś czas słychać było zadowolone pomruki, a nawet uradowane okrzyki, kiedy ktoś znalazł coś wyjątkowo ciekawego. Jackie przestała się dziwić, że widziała tak mało interesujących przedmiotów: te stworzenia najwyraźniej były tu dość częstymi gośćmi i wybierały sobie to, co im się podobało. Wszystko, co udało jej się dostać było przez nie odrzucone lub przeoczone. Miała nadzieję, że i ją przegapią, ale czuła, że musiałaby mieć niewiarygodne szczęście, żeby tak się stało. Ci, u których się zadłużyła, dbali, aby przedwcześnie nie zginęła, ale nie troszczyli się o jej wygodę: choć miała dotychczas niewiarygodny fart, wszystko, co ją spotkało, było dla niej wyjątkowo bolesne. Z pewnością nie umrze, ale co będzie, jeśli na przykład tajemnicze osoby zechcą ją trochę potorturować? W końcu umowa nie chroni jej przed bólem i złymi doświadczeniami...
Jeden z poszukiwaczy był już zupełnie blisko jej kryjówki i przerzucał zbutwiałe kawałki drewna. Słychać było jak powoli, niespiesznie posuwa się w jej stronę, grzebiąc od niechcenia w stertach śmieci, które niegdyś były statkiem. Jackie wiedziała, że ten ktoś zaraz tu zajrzy i ją zobaczy, o ile nie stanie się jakiś cud. Ona sama nie mogła nic zrobić - jej jedyną nadzieją było znieruchomieć i upodobnić się do otoczenia. Powoli, aby nie zdradzić się jakimś nieopatrznym ruchem, wsunęła się głębiej w ciemny kąt między żaglem a połamanym masztem. Koszula kotki była tak poszarpana i brudna, że nie różniła się od starego płótna żaglowego, nie trzeba było się martwić, że zdradzi ją jej kolor. Jej czarne futro na pewno będzie niewidoczne w tym półmroku; jedyne, co mogło ją tak naprawdę zdradzić, to ruch i oczy. Mocno zacisnęła powieki, aby mieć pewność, że nikt nie zobaczy zielonego blasku jej tęczówek, i przywarła do zimnego, twardego podłoża, aby opanować drżenie.
Zgrzytnęły łuski, słychać było miarowy, spokojny oddech. Obcy był tuż tuż. Jackie wstrzymała oddech. "Odejdź, idż sobie dalej, tu nie ma nic ciekawego, nie ma nikogo!" - zaklinała go w myślach. Nieznajomy powoli przesunął się i Jackie trochę się rozluźniła...
Nagle poczuła, że jej twarz owiewa gorący, pachnący rybą oddech i tuż przed sobą usłyszała kobiecy głos:
- Proszę, proszę... Kogo my tu mamy?




komentarze [17]

Opowieść Jackie cz. I >> środa, 6 lutego 2008 19:12:02
Witam was, kochani czytelnicy! Chciałabym wam podziękować za 38 głosów oddanych na mój blog w konkursie "Blog roku 2007". Zajęłam 38 miejsce, co jest sukcesem, bo startowałam po raz pierwszy :) Do następnego etapu przeszły 33 blogi, więc byłam blisko - ale mam nadzieję, że w przyszłym roku przejdę dalej! XD A póki co, aby podziękować za poparcie, daję długą, i mam nadzieję, ciekawą i wciągającą notkę. Zajmuje 8 stron w Wordzie i ma ponad 4000 słów! XD
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Minęło parę dni, nudnych i spokojnych. Normalnych. Bo wbrew powszechnemu mniemaniu, życie pirata nie składa się tylko ze spektakularnych morskich bitew, pogoni, ucieczek, dzieleniu się łupem i zakopywaniu skarbów na piaszczystych plażach wysp nieoznaczonych na żadnej mapie. Życie pirata w większości przypadków niczym się nie różni od codziennej nudy służenia na zwykłym okręcie - z wyjątkiem tych chwil, kiedy na horyzoncie pojawia się łup, lub prześladowca. Ale, jak to powiedział jakiś stary kot morski: "To właśnie są te momenty, dla których warto żyć!". Umierać też.
Jackie powoli zdrowiała - większość czasu gorączkowała, krzycząc i majacząc, a kiedy była przytomna, jadła i piła na zapas. Christopha bardzo to cieszyło, bowiem wilczy apetyt pacjentki oznaczał, że powracała do zdrowia. Mimo to on i Samantha wciąż każdą wolną chwilę spędzali przy pani kapitan. Nie było to zadanie miłe ani przyjemne, bowiem Jackie była marudna i kapryśna jak małe, chore dziecko unieruchomione w łóżku. I tak jak małe, chore dziecko była strasznie słaba i zależna od swoich opiekunów - co doprowadzało ją do szału. Gdy tylko odzyskiwała przytomność na tyle, żeby nie mylić przyjaciół z dawno zabitymi wrogami, stawała się bardzo trudną pacjentką, wyjątkowo kąśliwą i dokuczliwą. A po nocach wyła jak upiór, przewracając się w mokrej od potu pościeli, uwięziona w zdradliwym labiryncie gorączkowych majaczeń. Christoph autorytatywnie twierdził, że jej cierpienia są spowodowane nie tylko ranami fizycznymi, ale także - a może i przede wszystkim - psychicznymi. I przy każdej okazji dobitnie powtarzał, że kapitan Bloodbane zdrowiałaby o wiele szybciej, jeśliby tylko wyrzuciła z siebie wspomnienia dotyczące morskiego węża.
Ale Jacklynn była uparta i za każdym razem odwarkiwała, że nie zamierza się nikomu zwierzać. "Że niby wygadanie się ma mi pomóc? Sratatata, gówno prawda! Co było, minęło, a wy wszyscy, bez wyjątku, aż przytupujecie, żeby tylko dowiedzieć się, co mnie spotkało. Tylko o to wam chodzi!!!" - syczała, za każdym razem dodając do swojej wypowiedzi coraz więcej niecenzuralnych słów. Ale kiedy koszmary nie straciły na sile, a Samantha zaczęła nakłaniać ją do zwierzeń, pękła.

Pazur po raz ostatni przeszedł się po pokładzie "Conquerora", upewniając się, że wszystko jest w należytym porządku. Dziś rano z "Morskiej Wiedźmy" nadszedł sygnał, że Jackie zamierza mówić. I dlatego teraz, chociaż była zaledwie czwarta po południu, oba okręty już stały przycumowane w zatoczce małej, samotnej wysepki. Wysepka nie miała ani nazwy, ani większego znaczenia. Porastały ją karłowate drzewa, z których nawet porządnego ogniska nie dałoby się zrobić, słodkiej wody prawie nie było, a największymi przedstawicielami tutejszej fauny były szczury, najwyraźniej zawleczone tu z jakiegoś okrętu. Nadawała się tylko do tego, żeby zacumować w razie sztormu i w zasadzie tylko do tego celu była używana. Gwarantowało im to zupełny spokój, potrzebny, aby wysłuchać niezwykłej opowieści, bez niepokoju o losy swoich okrętów i załogi.
- Już jest pan gotowy, sir? - zapytał pierwszy oficer, zupełnie niepotrzebnie, bo przecież sam widział. Był tak nieziemsko podekscytowany, że paplał, co mu ślina na język przyniosła. Każdy wiedział, że dla Tabby'ego nie ma nic wspanialszego niż nowa historia, którą usłyszy jako jeden z pierwszych, dlatego też Pazur brał go ze sobą, nawet nie zapytawszy wcześniej o zdanie. Był pewien odpowiedzi przyjaciela - i nie mylił się. Za taką niespotykaną okazję Tabby rękę dałby sobie uciąć!
- Sir, chodźmy już na "Morską Wiedźmę", Jackie jeszcze śpi, ale lada chwila się obudzi... Dobrze, sir?
Nataniel kiwnął aprobująco głową i zszedł z wciąż gadającym Tabbym na ląd. Nie spiesząc się zanadto przeszli przez piaszczystą, biało - złotą plażę, miażdżąc pod podeszwami kawałki kolorowych muszelek. Wstąpili po trapie na pokład "Wiedźmy", udając, że nie zauważają swoich kamratów, którzy "przypadkiem" mieli tu coś do załatwienia... Najwięcej "przechodniów" kręciło się w pobliżu kajuty kapitańskiej, w której spała Jackie.
- Przyszliście za wcześnie, ona jeszcze się nie obudziła - oznajmiła Sammy, pojawiając się za ich plecami. Obok niej stali Pit i Ruda, oboje dość ożywieni.
- Słuchajcie, chciałabym was prosić, żebyście nie przerywali Jackie, kiedy będzie mówić, nie pytali jej o nic, i się nie dziwili. Christoph powiedział, że nie będzie jej łatwo opowiadać o swoich przeżyciach, więc nie utrudniajmy jej tego dodatkowo... A, właśnie. Dziś w nocy mówiła coś o jakiejś butelce, którą przyniosła ze sobą, z dziesięć razy pytała, czy ją mam, czy jej nie wyrzuciłam, i kazała nie otwierać... - mówiła Samantha, wyraźnie zamyślona - Nie była do końca przytomna, ale mam wrażenie, że bardzo jej na tym zależało. Kiedy ją znaleźliśmy, miała pod ubraniem schowaną brudną, porośniętą glonami i zatkaną korkiem butelkę, którą potem wrzuciłam do skrzyni Jackie... Nie wiem, co jest w środku, ale najwyraźniej coś ważnego. Dlatego postarajcie się wyłapać wszystko, co powie o tym naczyniu, dobra?
Zdążyli tylko pokiwać głowami, zanim drzwi do kapitańskiej otworzyły się i Christoph wystawił łeb na zewnątrz.
- Chodźcie - powiedział, kiwając na nich palcem.

Weszli do środka. W pomieszczeniu wciąż unosił się ciężki odór choroby z kwaskawym akcentem potu, ale o wiele mniej intensywny, niż ostatnim razem. Zasłony w oknach były odsunięte, więc słoneczne światło bez przeszkód padało na sprzęty w kajucie i na nos pani kapitan, leżącej w swoim łóżku. Jacklynn skrzywiła się zabawnie, głośno kichnęła - i otworzyła oczy. W samą porę, żeby zobaczyć wchodzącego Pazura.
Na jego widok najpierw zmrużyła oczy, potem je wytrzeszczyła, poderwała się do pozycji pionowej, żeby zaraz potem zjechać w dół i zakopać się w pościeli po sam czubek nosa.
- CO-ON-TU-ROBI?!?! - wycedziła, rzucając mu wściekłe spojrzenia i jeszcze szczelniej okrywając się kołdrą. "Zupełnie, jakby miała się czego wstydzić" pomyślał Nataniel z lekką irytacją. "Podobną koszulę nocną w kwiatki już widziałem, a ona sama wciąż ma żebra na wierzchu... Chociaż nie tak bardzo, jak ostatnio."
- NO?!?!?! PYTAŁAM, CO ON TU ROBI!!! - wrzasnęła Jackie w kierunku Samanthy - Zgodziłam się powiedzieć, co się ze mną działo przez cały ten czas, kiedy mnie nie było; ale myślałam, że słuchać będziecie tylko ty i Christoph!!! A tymczasem zwaliłaś mi na głowę jakiś wściekły motłoch, szpilki już tu nie wciśniesz!! Co oni tu robią?!
W pomieszczeniu zaległa cisza. Jacklynn rozejrzała się ukradkiem i poruszyła niespokojnie, czując na sobie spojrzenia wszystkich zgromadzonych.
- Nie mówię o tobie, Pit, ani o tobie, Ruda - jesteście moimi przyjaciółmi i wręcz powinniście tego słuchać - dodała pośpiesznie, lecz z całym przekonaniem - Ale..? - nie dokończyła, wymownym ruchem brody wskazując na Pazura.
Nataniel jakoś wcześniej nie zastanawiał się, jakim cudem Jacklynn pozwoliłaby mu tu być. Samantha go zaprosiła, tak, jakby było to coś najzwyczajniejszego w świecie. Dopiero teraz kapitan zdał sobie sprawę z tego, że Lorelei w życiu by go tu nie wpuściła, gdyby tylko miała jakiś wybór. Najwyraźniej Sammy miała jakiś plan. Postanowił milczeć i zobaczyć, co z tego wyniknie.
- Ale chyba nie masz nic przeciwko obecności Tabby'ego? - zapytała Samantha niewinnie.
Jacklynn spojrzała na pręgowanego kota. Bardzo go lubiła, zaliczała go do grona swoich przyjaciół, i doskonale znała jego upodobanie do niezwykłych opowieści.
- Nie, ależ skąd, on też może... - zaczęła.
- Bo wiesz - Samantha przysunęła się do niej, jakby chciała jej powierzyć jakąś tajemnicę - Bądź co bądź, on jest tylko pierwszym oficerem... - wymruczała półgłosem.
Jackie znalazła się w pułapce. Mogła wyprosić z kajuty kapitana, który był jej równy rangą, ale razem z nim musiałaby też wyrzucić pierwszego oficera. Za bardzo lubiła Tabby'ego, żeby mu to zrobić, ale niemal tak samo mocno nie znosiła Pazura. Tabby mógłby tu zostać tylko wtedy, gdyby kapitan rozkazał mu to wyraźnie, a sam wyszedł. A na to się nie zanosiło.
Lorelai potoczyła po pomieszczeniu nieszczęśliwym wzrokiem. Tabby patrzył na nią błagalnie, Pit pykał fajkę, obserwując sufit, Ruda czyściła sobie pazurki nożem. Christoph starał się wyglądać na zajętego przy lekarstwach, Nataniel udawał, że całe zajście go nie dotyczy, a Sammy miała nieprzeniknioną minę. Znikąd pomocy.
- Nnno... Dobra. Wygraliście. On może tu zostać - burknęła w końcu, wyraźnie obrażona. - Ale niech usłyszę, że coś gada..!
Nataniel, starannnie ukrywając uśmiech satysfakcji, usiadł na krześle w zacienionym kącie pomieszczenia, żeby nie rzucać się za bardzo w oczy. Jackie miała swoje granice wytrzymałości i tym razem za bardzo zależało mu na zostaniu w tej kajucie, żeby grać jej na nerwach. Tabby nie musiał mieć takich skrupułów; szeroko uśmiechnięty przysunął sobie stołek jak najbliżej łóżka chorej, żeby nie uronić ani słowa z jej opowieści. Inni posiadali, gdzie kto mógł, a Pit zajął strategiczne miejsce, opierając się plecami o drzwi. Był to niegłupi pomysł, bo chwilę później ktoś usiłował je otworzyć, zapewne "przypadkiem". Ciekawość piracka nie zna granic.
Jacklynn, nieco speszona, pokręciła się chwilę niespokojnie. Potem zaczęła mówić. Początkowo szło jej kiepsko: wyrzucała z siebie kulawe, szorstkie zdania, wręcz się do tego zmuszała. Ale po chwili opadły ją wspomnienia, żywe i barwne; zapomniała, że siedzi we własnym łóżku, w środku przytulnej, choć dawno nie wietrzonej kajuty, nie była świadoma wbitych w nią spojrzeń sześciu par oczu. Wszystko, co się wydarzyło, przeżywała teraz na nowo, od początku:

- Hurrra!!! Wygrałyśmy!!! Wiwat!!! - krzyczały piratki dookoła niej, podskakując, padając sobie w objęcia i klaszcząc z radości.
Wąż morski, mocno już poraniony przez wybuch dynamitu, teraz wył z bólu, wijąc się w męce. Utrata oka to było już dla niego za wiele - dał za wygraną, z przeraźliwym zawodzeniem zaczął pogrążać się w morzu. Jackie śmiała się i krzyczała wraz z innymi - wiatr dmuchał jej prosto w plecy, zwiewając burzę czarnych włosów na twarz. Uśmiechając się zwycięsko, niespiesznym ruchem zgarnęła niesforne kosmyki sprzed oczu... I nagle opadło ją przerażające, paraliżujące przeczucie, że coś jest nie tak. Strasznie, okropnie nie tak.
Tuż przed nią potwór powoli chował się w wodzie... Ale jego jedyne zdrowe oko było w niej utkwione. Złote ślepie nagle błysnęło nienawiścią i podstępną złośliwością... Lorelei zlała się zimnym potem, nie mogąc drgnąć ze strachu: z przerażającą pewnością wiedziała, co się za chwilę stanie...
W ułamek sekundy później wąż ryknął i rzucił się na nią, szeroko rozwierając uzębioną paszczę. Błysnęły żółtawe kły, czerwony, podkurczony jęzor wił się w pysku jak jakieś konające w agonii zwierzę... Jackie nie mogła nawet rozewrzeć zdrętwiałych, suchych warg, jak zahipnotyzowana wpatrywała się pokruszone wybuchem zęby i wyłamany tuż przy dziąsle kieł...
Najpierw uderzył w nią obrzydliwy odór, a tuż po tym poczuła gwałtowne szarpnięcie i rwący ból w boku, tak mocny, że niemal nie zwróciła uwagi na swoją krew, chlustającą na białą koszulę. Wąż złapał ją zębami w połowie długości, tak, że od pasa w dół była ukryta w ogromnej, cuchnącej paszczy, a reszta ciała wystawała jej na zewnątrz. Potwór potrząsnął łbem, miotając swoją ofiarą jak szmacianą lalką, zacisnął mocniej potężne szczęki, a potem wygiął się i rzucił w wodę głową naprzód. Jackie, otwierająca usta do przeraźliwego krzyku, natychmiast zmieniła zamiar i nabrała powietrza w płuca, zamykając z przerażenia oczy.
Poczuła tępe uderzenie, a rana zaczęła palić ją żywym ogniem - znaleźli się w wodzie. Ból w boku wzmógł się do tego stopnia, że kotka ledwie się powstrzymała od krzyku, który w tej sytuacji byłby samobójstwem. Niejaką satysfakcję sprawił jej fakt, że nie tylko ona cierpiała: wąż morski również był poraniony. Słona, morska woda z impetem wdarła się do niedomkniętej paszczy, zalewając pokaleczone dziąsła i znajdując każdą szczelinę w potrzaskanych zębach, która prowadziła do krwawiącej miazgi. Stwór, za głupi, żeby spodziewać się czegoś takiego, wydał z siebie coś w rodzaju bolesnego skowytu, rozchodzącego się pod wodą dziwnymi wibracjami; zaraz potem zawył, nieco poluzowując chwyt na ciele Jackie. Woda wdarła się pod jego poharataną powiekę, sól dostała się do oślepionego oka!!!
Potwór zaczął miotać się pod wodą, wić w drgających splotach, kręcąc gwałtownie łbem na boki. Jackie była miotana na wszystkie strony z siłą, która przyprawiała ją o mdłości. Ale prawie nie zwróciła na to uwagi: zaczynało brakować jej powietrza!!!
Wąż morski zamknął w końcu krwawiące oko, ale mimo wysiłków nie udało mu się zakryć dziąseł mało ruchliwymi wargami. Bucząc z głębi gardła jak syrena przeciwmgielna, zanurkował w coraz ciemniejsze głębiny. Wcale nie zwracał uwagi na swoją ofiarę, która wiła się w straszliwych mękach. Jacklynn zaczynała się dusić; zużyła cały zapas tlenu, jaki wciągnęła na powierzchni. Gardło przeraźliwie ją piekło, oczy wychodziły na wierzch, płuca paliły żywym ogniem, wydawało się, że zaraz pękną. Jackie nagle zobaczyła przed sobą perspektywę przerażająco długiej, powolnej śmierci, i spanikowała. "Nie tak miało być! Obiecali, że nie umrę! Że nie zginę, zanim..! Zanim..." W przerażeniu sięgnęła rękami do gardła, głupim odruchem chciała je sobie rozdrapać, jakby w nadziei, że zdobędzie w ten sposób choć trochę powietrza. Na całe szczęście była pod wodą, inaczej ten gest drogo by ją kosztował, gdyż w ręku nadal ściskała szablę. Najwidoczniej musiała kurczowo się w nią wczepić, gdy wąż morski rzucił się w jej stronę. Opór wody spowolnił jej ruch na tyle, że ostrze nie rozpłatało jej gardła, ale i tak boleśnie oparło się jej o grdykę.
Jackie czarne koła wirowały przed oczami, ciało drżało konwulsyjnie... Nagle otworzyła oczy. Nieświadoma tego, co robi, jakby pchana jakąś dziwną siłą, wraziła ostrze szabli pod jedną z ostrych łusek. Stwór nie zwrócił na to uwagi, uparcie ciągnąc ją w dół; jej działania nie uczyniły mu żadnej krzywdy... Ale nie o jego cierpienie tu chodziło. Jacklynn z całą siłą, jaka jej jeszcze została w omdlewających z bólu mięśniach naparła na broń, używając jej jako dźwigni.
Broń wygięła się niebezpiecznie, ale wytrzymała, podważając kolorowo lśniącą łuskę, spod której zaczęły uciekać zgromadzone tam banieczki powietrza. Jackie dzikim skrętem ciała przystawiła do łuski twarz, sięgnęła do bąbelków wargami, złapała cały łyk w szeroko otwarte usta. Razem z nimi wciągnęła nieco wody, ale powstrzymała kaszel, rozkoszując się drogocennym tlenem. W skroniach jej łupało, ale czarne plamy znikły, a serce zaczęło bić nieco szybciej. Starała się wytrzymać jak najdłużej, lecz już po chwili znowu potrzebowała odetchnąć. Wybrała następną łuskę, wsunęła pod nią szablę, naparła mocniej...
Klinga nie mogła mierzyć się z twardą łuską o piłujących brzegach. Wierna broń pękła niedaleko rękojeści, ostrze zostało pod rogową powierzchnią, zaklinowane. Jednak Jackie, która wraz z haustem powietrza nabrała otuchy, nie dała łatwo za wygraną. Czując, jak płuca ponownie odżywają tętniącym bólem, schwyciła oburącz brzeg łuski, nie zwracając uwagi na tnące krawędzie wrzynające się w skórę. Zagłuszając uczucie bólu, podważyła oporną gładź i chciwie wepchnęła pod nią usta, łapiąc uciekające ku powierzchni powietrze.
Przez chwilę było jej bardzo dobrze, wręcz błogo. Wąż morski, nieświadom toczącej się w jego zębach walki o życie, mocnymi uderzeniami cielska posuwał się naprzód. Jackie mimowolnie zauważyła, że nie płyną już tak ostro w dół, ale bardziej poziomo. Mimo to czuła na ciele nieznośny ucisk, a każdy ruch był walką z potężnym żywiołem. Jej umysł, chociaż otumaniony niedoborem tlenu, działał nad podziw sprawnie. "Dokąd mnie niesie? Dlaczego nie połknął mnie na powierzchni, tylko ciągnie na dół?" - zastanawiała się mimowolnie. Nie mogła wykręcić głowy, więc nie widziała, że przed nimi majaczy jakiś czarny, potężny masyw skalny. Ale za chwilę musiała zająć się ważniejszym zagadnieniem: potrzebowała odetchnąć, a broń nie nadawała się już do niczego!
Czując się, jakby w gardle utkwiła jej wielka, zimna kula, spróbowała raz jeszcze użyć swojej złamanej broni. Ale teraz, kiedy kawałek klingi wraz z rękojeścią był zaledwie piątą częścią szabli, jej siła była za mała, żeby podważyć łuskę. Poczuła ściskanie w dołku. Gdy znalazła sposób na zdobycie powietrza, wszelka obawa znikła, Jacklynn nie czuła nawet pieczenia otwartych ran. Lecz przerażające widmo śmierci znów zawisło nad jej głową, tym straszniejsze, że wcześniej zapomniane. To uczucie było niemal jak fizyczne uderzenie, wyjątkowo okrutny cios - przez chwilę mieć nadzieję, wierzyć w cudowne ocalenie, a potem uświadomić sobie, że to wszystko na nic.
Wydawało jej się, że ma deja vu - znowu te same straszne uczucie bezsilności, strach, ból w każdej części ciała, gdy powoli się dusiła. Zaczęła miotać się jak ryba wyjęta z wody, rozjątrzając ranę w miejscu, gdzie wąż morski przyciskał kieł. Kopała jak szalona nogami, zamkniętymi we wnętrzu wielkiej paszczy, przypadkowo wpychając obute kończyny pod język potwora.
Niezbyt spodobało się to wężowi morskiemu; w końcu, kto lubi, gdy coś mu utyka pod językiem? Usiłował w jakiś sposób usunąć ową niedogodność, ale nie zamierzał wypuścić z zębów swojej zdobyczy. W końcu nadeszła chwila, gdy dostał odruchu wymiotnego, wypluwając z siebie na początek nieco powietrza. Jackie, niemal już na tamtym świecie, nie straciła jeszcze sensownych odruchów i nawdychała się na zapas. Nie było to takie przyjemne, zważywszy na to, że gardziel potwora naprawdę cuchnęła, a w wytchniętych bąbelkach więcej było CO2 niż tlenu, ale raz jeden jeszcze Jacklynn odżyła. Zaraz potem kątem oka zobaczyła otaczające ją czarne skały - i wąż ze swoją ofiarą w pysku wpłynął do podwodnego tunelu w jaskini. Było tu tak strasznie ciemno, że koci wzrok Jackie nie zdał jej się na nic - a może po prostu skały były tak czarne, że nie było tu nic do zobaczenia. Tak czy inaczej, Lorelei nie mogła dostrzec, że korytarz gwałtownie się zwęża, i kiedy z impetem uderzyła głową o występ skalny, nie wiedziała, co się stało. "To chyba już koniec" - zdążyła pomyśleć, zanim przed oczami rozbłysło jej tak jasno, jak wybuchająca supernowa... a potem zapanowała głęboka, ostateczna ciemność. Jackie straciła przytomność.

"Nie żyję" - to była pierwsza jej myśl od dłuższego czasu. "Nie wywiązali się z umowy... Czy będą sobie rościć prawo do obiecanej zapłaty?" - taka była druga. A potem wróciło jej czucie. Leżała na czymś twardym, oślizgłym, lodowatym i niewygodnym, była mokra, trzęsła się z zimna, a całe ciało pulsowało jej przeraźliwym, tępym bólem - z wyjątkiem ran, w których paliło ją jak żywym ogniem. "Czy tak wygląda piekło?" - przemknęło jej przez myśl. W końcu, jeśli wierzyć temu, co rozpowiadają "praworządni obywatele" tam ostatecznie skończą wszyscy piraci... Przez chwilę wstrzymywała z lęku oddech, a potem cicho, jak najciszej, wypuściła powietrze z płuc, bojąc się, żeby ktoś jej nie usłyszał...
I nagle zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła. "Ja oddycham!" - zdumiała się. I zaraz potem: "Ja żyję!!"
Nie wahając się już ani chwili dłużej otworzyła sklejone solą powieki i w oszołomieniu rozejrzała się dookoła. Była w zimnej, wilgotnej jaskini, wyrzeźbionej przez wodę w czarnej skale. Nie było tu ani odrobiny normalnego światła - widziała tylko dzięki temu, że jaskinię porastały fluorescencyjne glony i wodorosty, wydzielające przygnębiającą, żółtozieloną poświatę. Węża morskiego nie było nigdzie widać - najwyraźniej wypluł ją tutaj, okrwawioną i nieprzytomną, i odpłynął, nie robiąc jej żadnej nowej krzywdy.
- Może to nie jest jeszcze pora lunchu - mruknęła do siebie Jackie, z prawdziwą rozkoszą wciągając do płuc wilgotne, lodowate powietrze. Wciąż nie mogła się nacieszyć tym, że nie musi sobie go skąpić; dopiero teraz, kiedy wiedziała, jak to jest, dusić się pod wodą, doceniła ten skarb, jakim jest możliwość swobodnego oddychania. A przecież nikt normalnie nie zwraca na ten fenomen uwagi, pociąga nosem od niechcenia... Nawet mówi się: traktować kogoś jak powietrze. Dla Jackie te słowa nabrały teraz wręcz odwrotnego znaczenia - gdyby ktoś ją o to odpowiedziałaby, że to tyle, co "traktować kogoś jak cud Boży".
Nagle zelektryzowała ją nowa myśl: potwór może w każdej chwili wrócić i dokończyć, co zaczął! Poderwała się gwałtownie, i ciszę rozdarł jej głuchy jęk. Zatoczyła się w bok, opierając o coś rękę, a drugą przytrzymując krwawiący bok. Rana, którą zostawił jej wąż morski, otworzyła się i tętniła bólem. Jackie drżącymi dłońmi podwinęła koszulę, a widok, który ujrzała, przyprawił ją o zwrót głowy. Jej prawy bok bardziej przypominał kawał krwawego mięsa na befsztyk, niż żywe ciało.
- Jakim cudem ja jeszcze żyję? - wymamrotała, czując, jak drżą jej kolana. Nagle zdała sobie sprawę, że na dobrą sprawę powinna zginąć w chwili, kiedy potwór złapał ją w pół - jego kły przecięłyby ją na dwie części... Gdyby nie to, że miała niezwykłe szczęście. Wybuch dynamitu zdruzgotał lewy kieł stwora - właśnie ten, którym ów tak paskudnie rozbabrał jej bok. Kiedy ją chapnął, ułamany kieł jedynie miażdżył i rozcierał jej ciało, zamiast wbić się głęboko. A co myśleć o sposobie, w jaki oddychała pod wodą? Słyszał kto, żeby ślepym trafem jedna spanikowana ofiara zdołała odkryć dwa różne sposoby na zdobycie powietrza? Na dodatek, wąż nie pożarł jej od razu, tylko przyniósł do domu, jak pies kość do budy, ona sama nie roztrzaskała sobie głowy o skałę... Nie mówiąc już o tym, że nie miała żadnych złamań, ani zmiażdżonych narządów wewnętrznych, przypadkiem udało jej się uchować nogi przed prawą stroną zębów potwora... Jaka była realna szansa na to, że ktokolwiek miałby tyle szczęścia, bez niczyjej potężnej pomocy?
- No fajnie... - mruknęła do siebie Jackie, sama nie wiedząc, czy powinna śmiać się, czy płakać. Ocaliła życie, ale jednocześnie przekonała się o straszliwej mocy tych, u których zaciągnęła dług. Obiecali jej, że nie umrze, dopóki nie dopełni swej zemsty, i przywrócili ją do życia. W zamian oczekiwali tylko jednego - i dostaliby to dawno temu, gdyby nie to, że osoby, którą najbardziej na świecie chciała zabić, nie było na pokładzie "Morskiej Wiedźmy", gdy odbijała ją z rąk Chytrego Jima. Zabiła tego śmierdzącego tchórza i jego załogę, pomściła swoją zniewagę sprzed lat - ale wciąż nie dostała w swoje ręce tego, dla kogo zgodziła się na ten straszliwy układ... A cena nie była niska. Gdyby teraz zginęła w męczarniach, jak powinna, zapłata by im się nie należała, Jackie wykpiłaby się - nie dopełniwszy swej zemsty. Ale żyje. A umowa nadal była aktualna.
Nogi tak jej drżały, że spróbowała usiąść na tym, o co się opierała, ale ześliznęła się, boleśnie tłukąc sobie podogonie.
- Jedyna śliska rzecz w całej tej przeklętej jaskini, a ja właśnie na niej musiałam usiąść! - syknęła ze złością, rozcierając sobie obolałą część ciała, i obracając się, żeby zobaczyć, z czego zjechała.
"To chyba musi być jakiś drogocenny kamień!" pomyślała, szeroko otwierając zielone oczy. Ta rzecz była podłużna i zaokrąglona, o kształcie przypominającym ogromnego melona, wysoka na metr, a tak szeroka, że gdyby Jackie objęła ją w najszerszym miejscu, jej palce ledwie by się stykały. Niezwykły kamień był błękitny w fioletowe i zielone cętki różnej wielkości. Jego powierzchnia, choć nieco nierówna, była wypolerowana, jakby woda wiele lat niezmordowanie przetaczała go po dnie. Nie było na nim żadnych porostów, więc lśnił pięknie, wyłapując i odbijając delikatną poświatę.
- Hoho, musisz być niezwykle rzadki i cenny - mruknęła Jackie, przesuwając po nim dłonią, nieco sztywną od krwawych nacięć, jakie zrobiła ostra wężowa łuska. Kamień był tak ciężki, że nie mogła sprawić, by chociaż drgnął, mimo, że się starała. Miło byłoby mieć chociaż jego kawałeczek, tak wspaniale opalizujący...
"Nie czas teraz na podziwianie, ten potwór może zaraz tutaj wrócić! Muszę poszukać jakiegoś wyjścia!" - upomniała się, odrywając wzrok od niezwykłego skarbu. Dopiero teraz zauważyła, że wokoło było jeszcze parę, wszystkie podobne, zarówno kolorem, jak i wielkością. W sumie było ich kilkanaście, zebranych w jednym miejscu, jeden niedaleko drugiego.
Jacklynn przepchała się między nimi, a potem przestąpiła murek z kawałków skały, które potwór tu ułożył - zapewne, aby okrągłe kamienie się nie staczały. "Może to prawda, co mówią, że wąż morski więcej ma w sobie ze smoka, niż z węża? W końcu, nie ma kłów jadowych, nie jest taki głupi, jak się uważa a, jak widzę, lubi też gromadzić skarby... Wrzucił mnie w sam środek tego kręgu ze szlachetnych kamieni, może też jestem dla niego cenna?" - ta myśl sprawiła jej przyjemność, choć dobrze wiedziała, że jest to głupiutki i naiwny pomysł. Ale któż nie lubi być doceniany i odziwiany - nawet przez kogoś, kto ma ochotę zeżreć cię na drugie śniadanie?
Jaskinia była naprawdę ogromna i trudno było dostrzec, czy jest z niej jakieś wyjście. Jackie pokuśtykała najpierw do jeziora, jakie tworzyła niedaleko woda morska. Wyglądało jak duży, głęboki staw, ale w rzeczywistości było wypełnionym wodą korytarzem, przez który wpływał do swojej siedziby wąż morski. Ciemna woda była idealnie gładka, choć tam, na powierzchni morza z pewnością były fale. Tutaj poziom wody zmieniał się zależnie od przypływów i odpływów, a nie od pogody. Jackie ledwie rzuciła okiem, sprawdzając, czy nic w nim nie widać, i szybko się odsunęła. Bądź co bądź, w każdej chwili mógł z tamtąd wychynąć paskudny łeb węża morskiego. Nie miała pojęcia, czy jest to jedyne wejście do jaskini, ale wiedziała, że gdzieś tu musi być chociaż maleński szyb prowadzący na powierzchnie morza, bo skąd brałoby się tu powietrze? Była też pewna, że nie zostanie zatopiona podczas przypływu, bo wąż morski, który oddychał płucami, a nie skrzelami, nie mógłby tu nocować. A było jasne, że tu odpoczywał - od jeziora do miejsca, w którym leżały kolorowe kamienie prowadziła szeroka, wyślizgana rynna, która nie była niczym innym, jak śladem wyrzeźbionym przez jego ciężkie cielsko. Sądząc po kształcie wyżłobienia, potwór podczas snu owijał się dookoła swoich skarbów... Co oznaczało, że Jackie nie będzie mogła tam odpoczywać i musi czym prędzej znaleźć sobie kryjówkę.
Oparła się prawą ręką o ścianę i zaczęła iść wzdłuż niej, powoli i mozolnie okrążając jaskinię. Tylko w ten sposób mogła być pewna, że nie przegapi żadnej szczeliny w nierównej skale. Szła coraz dalej i dalej, ale nie znalazła miejsca, w którym do jaskini dostawałoby się świeże powietrze. Bardziej na środku naturalnej komnaty leżało wiele różnych rzeczy, które z daleka przybierały fantastyczne kształty, ale Jacklynn nie zatrzymywała się, aby na nie popatrzeć. Obiecała sobie, że kiedy obejdzie całą jaskinię dookoła, pobuszuje trochę wśród tych morskich śmieci - a nuż będzie tam coś ciekawego?
Wlokła się dalej, coraz bardziej zmęczona. Znów krwawił jej bok i wszystko ją bolało, marzyła teraz tylko o tym, żeby skulić się w jakimś kącie i zasnąć, łudząc się, że to wszystko to tylko koszmarny sen. Jednak wytrwale szła dalej, wiedząc, że nie może położyć się gdzieś na widoku. Potrzebowała jakiegoś bezpiecznego schronienia: szczeliny, zagłębienia w skale, od biedy nawet występu, w którego cieniu mogłaby się ukryć... Ale nie znalazła nic podobnego. Czując, że lada chwila padnie tam, gdzie stoi, skierowała się do najbliższej sterty rozmaitych, przywleczonych przez potwora rzeczy. Miała szczęście: były to szczątki połamanego masztu z fragmentami żagla i olinowania, otoczone kawałkami desek i innymi, nierozpoznawalnymi dla niej w tej chwili przedmiotami. Wpełzła pod rodzaj namiotu, utworzonego przez maszt, złamaną reję i poszarpane płótno żaglowe, i zasnęła prawie natychmiast z irracjonalnym poczuciem bezpieczeństwa, niewidoczna dla każdego, który by nie wiedział, gdzie jest.


komentarze [14]

JUŻ MOŻESZ NA MNIE ZAGŁOSOWAĆ!! >> wtorek, 15 stycznia 2008 16:36:31
Jak Wam wiedomo, ten blog bierze udział w konkursie Blog Roku 2007.
Jeśli uważacie, że zasługuje on na wyróżnienie (ze względu na treść, formę, bohaterów albo z powodu sympatii do osoby autorki ;-D)
zagłosujcie wysyłając
SMS o treści J04833
na numer 71222
tak jak to opisano w linku poniżej ogłoszenia o konkursie ;-)

PS. Przez jakiś czas będę "odcięta" od netu- wszystkie zaległości odrobię po powrocie, obiecuję!
komentarze [3]

Choroba Jackie >> czwartek, 27 grudnia 2007 18:18:24
No, długo musieliście czekać na tą notkę, ale sami wiecie - koniec półrocza, święta, te rzeczy. Następna notka, mam nadzieję, będzie szybciej - i na pewno będzie ciekawsza. Obiecuję.
Nadal zapraszam do głosowania w sondzie, póki co głosów jest jeszcze trochę za mało.
No, i oczywiście, życzę Wam, drodzy Czytelnicy, wspaniałego, pełnego miłych chwil, radosnego, niezwykłego, spokojnego - i spędzonego z blogiem captainclaw ;) - NOWEGO ROKU!!!! Tudzież szampańskiej i bezpiecznej zabawy sylwestrowej XD
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Rzeczywiście, to była Jackie - choć można to było stwierdzić dopiero po bardzo dokładnym przyjrzeniu się. Ubranie miała poszarpane, brudne i przesiąknięte krwią, z czerwonej szarfy pozostały małe szmatki nieokreślonej barwy, na poranionych stopach nie było butów. Sama Lorelei była wychudzona, brudna, mokra i pokaleczona, ubabrana w jakiś dziwnych, niesympatycznie pachnących resztkach, futro miała zmierzwione, a włosy splątane. Na pierwszy rzut oka wcale nie przypominała dumnej, fascynującej kapitan Bloodbane i gdyby nie zachowanie Sammy, piraci mieliby duże wątpliwości co do tożsamości rozbitka. Ale pierwsza oficer nachylała się nad towarzyszką z taką czułością i rozradowaniem, że nie było mowy o pomyłce.
- Róbcie miejsce! Muszę ją szybko zanieść na statek; kiedy znajdzie się na pokładzie "Morskiej Wiedźmy", natychmiast poczuje się lepiej! - zawołała, usiłując wziąć przyjaciółkę na ręce.
- NIE!!! - ryknął Christoph, i wprawiając wszystkich w osłupienie, rzucił się naprzód. Samantha zjeżyła się i odruchowo sięgnęła po marynarski nóż noszony za pasem. Wiedziała, że medyk jest po ich stronie, ale kiedy chodziło o Jackie, żadne środki ostrożności nie były przesadzone. Na szczęście, felczer zatrzymał się w odpowiedniej odległości.
- Nie dotykaj jej! - jęknął błagalnie. - Najpierw muszę ją zbadać, bo jeśli ma połamane kości albo otwartą ranę, zrobisz jej krzywdę!
Sammy z miejsca się uspokoiła i niechętnie ustąpiła miejsca Christophowi. Ten przysiadł na gołej skale tuż obok Lorelei i w pełnym skupieniu delikatnie zaczął uciskać żebra pacjentki, sprawdzając, czy nie są złamane. Kiedy w pewnym momencie Jackie jęknęła głucho, pierwsza oficer zadrżała, jakby to jej sprawiono ból. Medyk nie zwrócił na to uwagi, kontynuując badanie. Stan kończyn i kręgosłupa wyraźnie go uspokoił, choć na jednej łydce Jackie miała głębokie, poziome nacięcia, które mogły przysporzyć nieco kłopotów. Ale jego zadowolenie trwało tylko do chwili, kiedy delikatnie odsunął dłoń, którą Lorelei osłaniała prawy bok.
Nataniel aż syknął - w tym miejscu na koszuli wykwitała duża, ciemnobordowa plama krwi, która bez wątpienia nie pochodziła od węża morskiego. Posoka była na wpół wyschnięta, gdyż fale zalewające skalistą wysepkę nie pozwalały jej zakrzepnąć do końca. Wyglądało to paskudnie i nie było wątpliwości, że Jackie jest ciężko ranna.
Po dłuższej chwili Christoph podniósł głowę i posłał w kierunku Sammy grymas, który miał być w zamierzeniu uspokajającym uśmiechem.
- Nie muszę wykonywać żadnych natychmiastowych operacji, można ją przetransportować na statek, ale bez żadnych gwałtownych ruchów. Połóżcie ją w jej kajucie i nie podejmujcie beze mnie żadnych działań - nakazał, zmuszając się do rozwarcia zaciśniętych szczęk.
Tego nie trzeba było Sammy powtarzać - bezzwłocznie wybrała cztery towarzyszki i osobiście dopilnowała klecenia prymitywnych noszy przy użyciu żagla i wioseł z szalupy "Morskiej Wiedźmy". Następnie z największą ostrożnością przeniosła przyjaciółkę na zaimprowizowany środek transportu.
Nataniel już miał w głowie gotowy plan działania.
- Wszyscy się nie zmieścimy w jednej szalupie, a jest za mało wioseł,

żeby mieć pełną sterowność w obydwu jolkach. Dam wam moich najsilniejszych ludzi i popłyniecie naszą szalupą na "Wiedźmę", holując za sobą drugą. Potem chłopcy tu po nas wrócą, a jeśli się pośpieszą, przypływ nawet nam nie zamoczy butów - oznajmił rozkazującym tonem. - W tym czasie przygotujecie dla Jackie kajutę i przybory dla Christopha, który przypłynie drugim kursem.
- Christoph powinien płynąć od razu i czuwać nad stanem Jackie! - zaprotestowała gwałtownie Samantha - Nie możemy jej niepotrzebnie narażać!
- W szalupie musisz być ty, Jackie i dwie osoby trzymające nosze - jeżeli będziesz jednocześnie pilnować skał przed dziobem, zostanie miejsce dla sześciu wioślarzy, czyli dokładnie tylu, ile potrzeba, aby szybko i bezpiecznie dopłynąć na miejsce. Zmniejszenie ich liczby, aby zmieścić dodatkowego pasażera będzie stanowiło dla Jackie większe niebezpieczeństwo, niż zostawienie jej bez opieki lekarskiej przez pół godziny. Poza tym, Christoph musi wziąć z "Conquerora" cały potrzebny ekwipunek, bo nie sądzę, aby starczyła mu ta torba do pierwszej pomocy... I musi mieć czas na wydanie niezbędnych zaleceń, jeśli, jak podejrzewam, będziesz go chciała zatrzymać na następne parę dni - wyrzucił z siebie szybko Pazur, dając jednocześnie gestem rozkaz sześciu najlepszym wioślarzom. Miał nadzieję, że taka ilość argumentów przekona Sammy, bo koniecznie chciał mieć czas na prywatną rozmowę z Christophem, do czego nie będzie okazji w najbliższym czasie.
Na szczęście Samantha, nieco ogłuszona szybkością z jaką wyrzucił z siebie przemówienie, bez słowa podreptała za noszami do szalupy. Dopiero, kiedy piraci odepchnęli łódkę od brzegu i po raz pierwszy pociągnęli wiosłami, oderwała wzrok od cudem odzyskanej przyjaciółki.
- Dziękuję! - krzyknęła w kierunku postaci na skalistej wysepce.
Nataniel z roztargnieniem skinął jej głową i szybko podszedł do Christopha. Ten nie musiał się nawet pytać, o co chodzi.
- Wygląda to źle - powiedział poufnym szeptem, mimo, że Sammy była już dawno daleko. - Cała reszta obrażeń nie stanowi powodu do zmartwienia - żebra ma jedynie potłuczone, jest cała poharatana i większość krwi na ubraniu pochodzi od tych zadrapań, rana na łydce może wymagać paru szwów... Jest wygłodzona i nieprzytomna, wychłodzenie i wilgoć spowodowały przeziębienie, zdaje się, że zaczyna mieć od tego gorączkę, martwi mnie odwodnienie jej organizmu... Ale to wszystko nic w porównaniu z tą dziurą w jej boku. Wygląda jak rana szarpana zadana czymś płaskim o ostrych, tnących krawędziach, odnoszę wrażenie, że to coś zgniatało i rozcierało tą część ciała, dopóki nie doprowadziło jej do tego stanu. Nie ma zakażenia ani żadnego ciała obcego, bo morska woda bez przerwy na to chlapała, możliwe, że Jackie straciła przytomność nie tyle z głodu, co z tego bólu...
- A ogólna diagnoza? - przerwał mu niecierpliwie kapitan.
Christoph westchnął ciężko, przygarbiając nieco plecy. Zdawało się, że wszystkie ciężkie przeżycia obecnego dnia poczuł właśnie na obolałych barkach.
- Nie daję jej wielkich szans - powiedział ze smutkiem. - Utrata krwi, odwodnienie, wygłodzenie i ogólne osłabienie na raz to ciężka próba nawet dla organizmu zdrowego, silnego mężczyzny, a co dopiero dla niej... O ile nie umrze w ciągu najbliższych trzech dni, to może przeżyć, ale rekonwalescencja będzie długa i ciężka, i byle przeziębienie może ją dobić... Ale zrobię, co będę mógł.
Nataniel pochylił głowę w zamyśleniu - teraz, kiedy uzyskał informacje, o które mu chodziło, musiał opracować plan działania. Dzięki temu, że odesłał piratki z "Wiedźmy", mógł dowiedzieć się prawdy - w ich obecności Christoph unikałby rozmowy, nie chcąc robić im zbyt wielkich nadziei, ani wprawiać w przygnębienie. A dla Pazura wiedza o stanie Jackie była bardzo cenna; dzięki temu mógł przewidzieć, co się będzie działo w następnych dniach.
Powrót Jacklynn był mu nie na rękę: kiedy została wciągnięta pod wodę, wraz z nią zniknęła większość jego kłopotów związanych z współpracą z piratkami. Choć po "śmierci" przyjaciółki Samantha była załamana, nie zaniedbywała swoich obowiązków i utrzymywała ze sprzymierzeńcami poprawne kontakty. Teraz, po odnalezieniu kapitan Bloodbane, sytuacja z pewnością się skomplikuje. W najbliższym czasie Jackie mogła zrobić tylko dwie rzeczy: umrzeć, albo przeżyć.
Jeśli Jackie przeżyje, obejmie dawne stanowisko i znowu będzie psuć krew Pazurowi, bez przerwy się stawiając i awanturując. Ale jeśli umrze, Samantha załamie się ostatecznie i może nawet ze sobą skończyć. Wtedy Nataniel nie będzie musiał użerać się z wkurzającą kapitan Bloodbane, ale straci też możliwość współpracy z Sammy, a jej następca, wybrany przez załogę "Wiedźmy", może zdecydować o zerwaniu współpracy z nimi. A to byłoby niemal katastrofą.
Pazur założył ręce na plecach i zaczął krążyć po wysepce, intensywnie myśląc. Mimo wszystko, wychodziło na to, że lepiej dla niego będzie, jeśli Jackie przeżyje - zwłaszcza, że powrót do zdrowia zajmie jej niezwykle długo i przez ten czas Sammy nadal będzie dowodzić. Na dodatek, Samantha na pewno będzie spędzać każdą wolną chwilę z chorą przyjaciółką, co wymęczy ją tak bardzo, że łatwiej będzie z nią wynegocjować korzystne dla niego rozwiązania.
- Sir, szalupa jest z powrotem - głos Christopha sprowadził go na ziemię, a zaraz potem dziób łódki stuknął delikatnie o skalisty brzeg. Nataniel zręcznie przeskoczył do szalupy, dopiero teraz zauważając, że z wysepki został tylko czarny, kompletnie mokry szczyt, który właśnie w tej chwili znikał w morzu.
Droga powrotna wcale mu się nie dłużyła, bo usilnie starał się zapamiętać wszystkie wskazówki Christopha co do dbania o stan zdrowia całej załogi. Nie mówiąc już o tym, że zanim zrzucono im z "Mongrels Conquerora" drabinkę, Nataniel z dziesięć razy musiał zapewniać medyka, że może przez parę dni zaopiekować się Jackie i po powrocie nie zastanie całej załogi chorej na szkorbut, malarię i czarną ospę.
- No, nie wiem... Nie powinienem... - pomrukiwał w rozterce Christoph, podczas gdy kapitan towarzyszył mu do kabiny medyka.

Kiedy tylko zamknęli za sobą drzwi, lekarz zamiast pakować się w pośpiechu, spojrzał Pazurowi poważnie w oczy.
- Sir... Popłynę pod jednym warunkiem. Musi pan obiecać, że będzie robił pewną rzecz przez wszystkie dni mojej nieobecności… Obiecuje pan?
Nataniel był mocno zdziwiony, ale skinął głową. Zastanawiało go, czemu przyjaciel najpierw chce uzyskać jego zgodę, a później dopiero wyjaśnić, w czym rzecz, ale ufał mu bezgranicznie. Medyk musiał mieć jakiś ważny powód, żeby się tak zachowywać.
- A więc dobrze - powiedział półgłosem Christoph - Proszę wlewać do każdej nowo otwartej beczki z rumem zawartość jednej takiej buteleczki.
Wyciągnął z kuferka jeden z wielu niedużych, przezroczystych pojemniczków. Ten był w kształcie gruszki ze spłaszczonym denkiem, zatkany dużym korkiem. Nataniel wziął go ostrożnie z rąk Christopha i obejrzał pod światło. Zawartość była żółtopomarańczowa, płynna i nieco mętna…
- Czy w środku jest to, co mi się wydaje, że tam jest? - zapytał podejrzliwie, delikatnie potrząsając naczyniem.
- Nie - zaprzeczył medyk z godnością. - To NIE są szczyny! Chociaż czasem nasz rum rzeczywiście smakuje nie najlepiej, nie jest to wina tego płynu, proszę się nie obawiać. To lekarstwo przeciw szkorbutowi.
- Aaaaa, jakaś magiczna mikstura, tak? - Pazur zaczął się przyglądać buteleczce z o wiele większym zainteresowaniem, i nawet obwąchał korek. - Pewnie jeden z tych specyfików, które sprzedaje zielarka?
- Niezupełnie, sir - wymruczał niewyraźnie Christoph, czując pewną obawę. - To sok z cytryny.
Kapitan zamarł na chwilę, a później odsunął buteleczkę z takim wstrętem i przerażeniem, jakby w środku był roztwór strychniny.
- Mam rozumieć, że dolewasz nam tego do każdej beczki rumu?! - zapytał ze zgrozą. - SOKU Z CYTRYNY?!?! Chcesz nas otruć?!!!!
Medyk westchnął z rezygnacją i pokręcił głową.
- Spotkałem jakiś czas temu pewnego starego kota, który po wielu morzach już pływał i niejedną soloną wieprzowinę jadł... Zgadało nam się jakoś i powiedziałem mu, że chyba najbardziej ze wszystkiego obawiam się na statku szkorbutu. Wtedy spojrzał na mnie bystro, i zapytał, czy naprawdę nie znam na to lekarstwa. Zaprzeczyłem i poprosiłem, aby zdradził mi ten sekret, którego dotąd nie poznał chyba nikt oprócz niego, gdyż nadal w czasie rejsu wielu mężczyzn pada od tej podstępnej choroby… A on powiedział, aby w takich przypadkach łykać codziennie nieco soku z cytryny... Więc pomyślałem, że warto spróbować i zacząłem dolewać go do beczek z rumem. I od tego czasu nie było ani jednego przypadku szkorbutu na statku, sir, przecież pan wie!
- Może i tak... - zgodził się Nataniel, nadal trzymając buteleczkę w dwóch palcach, jak zdechłego szczura. - Ale żeby dolewać soku owocowego do rumu... Zbrodnia i zamach stanu! Czy ty nie masz litości?! Nie można tego im podać jakoś inaczej?
- Już sobie wyobrażam, jak każę każdemu codziennie ustawić się w kolejce, żeby dostać swoje pół łyżeczki soku z cytryny! - prychnął Christoph - To gorzej, niż zmusić dziecko do wypicia tranu!
- Nnno, racja... - Pazur wyraźnie nie był przekonany - Ale i tak... A jak ty właściwie przekonałeś kuka, żeby pozwolił ci dolewać czegoś do rumu?
- Wcale go nie przekonałem, on o niczym nie wie. Wmówiłem w niego, że muszę asystować przy otwarciu każdej nowej beczki, żeby upewnić się, że w środku nie ma białych myszek....
- CZEGO?!
- Białych myszek... Wiem, że to kiepska wymówka, ale nic lepszego nie mogłem wymyśleć, a do niego to trafia... Dlatego powiedziałem, że białe myszki mieszkają w beczkach i żywią się tylko rumem. Kiedy otwiera się nową beczkę, szybko uciekają i łażą za tymi, których najmocniej czuć alkoholem... Każdy widział choć raz białe myszki i różowe słonie, prawda?
- Na różowe słonie sok z cytryny pomaga? - Zainteresował się gwałtownie Pazur. - Taki lek na kaca bardzo by się przydał...
- Na to pomaga tylko bycie trzeźwym! - oznajmił z naciskiem Christoph. - To jak, obiecuje pan doprawiać każdą beczkę rumu, czy mam tu zostać?
Nataniel popatrzył na medyka, na buteleczkę, znowu na medyka, i znowu na buteleczkę... i w końcu skinął z niechęcią głową. Christophowi wystarczyło to w zupełności - wrzucił do drugiego, mniejszego kuferka co najmniej pół zawartości pierwszego, zamknął go i zarzucił sobie na ramię.
- A kiedy pan zużyje pierwszą buteleczkę, proszę wziąć stąd następne - powiedział, wskazując na stojącą pod ścianą skrzynię. - Proszę pamiętać: CAŁA buteleczka na każdą otwartą beczkę!
I pośpieszył do szalupy.
Pazur popatrzył za nim chwilę, wsadził naczynie do kieszeni i wyszedł, zamykając za sobą drzwi. Przekręcając klucz w zamku, mruczał cicho do siebie:
- Na „Mongrels Conqueror” pływa wielu zabijaków, a wszyscy moi chłopcy potrafią być okrutni i bezlitośni… Jednak najbardziej okrutnym i bezlitosnym piratem na całym okręcie jest właśnie Christoph! – Pokręcił głową z pełnym niedowierzania podziwem. – Żeby własnym kamratom dolewać takiego świństwa do rumu!

Minął jeden dzień, potem drugi, trzeci... piąty... A medyk nie wracał. Nie wiadomo kiedy i jak udało im się wydostać ze Znikającego Archipelagu, czego Pazur prawie nie zauważył, pochłonięty własnymi myślami. Nie uszło to jednak uwagi Tabby’ego, który wziął roztargnienie kapitana za niewzruszoną obojętność wobec czegoś tak błahego i nieważnego. Wzbudziło to jego wielki podziw i natychmiast zapomniał o urazie, którą czuł do kapitana za wyśmianie jego mrożącej krew w żyłach opowieści. W myślach zaczął już układać kolejną niezwykłą opowieść o odwadze i męstwie Nataniela, który bez mrugnięcia powieką, myśląc zupełnie o czymś innym, wyprowadził ich z niebezpiecznego Znikającego Archipelagu, z którego prawie nikt nie wypłynął żywy. Obiecał sobie, że po przybiciu do najbliższego portu wpadnie do najludniejszej tawerny i opowie ją przynajmniej cztery razy pod rząd.
Statki płynęły wcześniej ustalonym kursem, na "Conquerorze" nikt nie zachorował, nie widziano żadnego wrogiego statku... W zasadzie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że Christoph wcale nie dawał znaku życia.
- Mogliby chociaż machnąć parę razy flagami, tyle, żeby było wiadomo, co się dzieje! - złościł się Nataniel, chodząc w kółko po pokładzie - Żyje, czy umarła, tyle chciałbym wiedzieć, ale wcale nie raczą się odezwać! Dojdzie do tego, że będę tam musiał się pofatygować osobiście!
Omar i Tabby, słuchając tego wywodu, kiwali głowami, rzucając sobie jednocześnie porozumiewawcze spojrzenia. Kapitan powtarzał ten sam monolog od trzech dni, ale jak na razie nie zanosiło się na to, żeby zdecydował się zażądać widzenia z Christophem - zwłaszcza, że miał własne problemy.
Paru przesądnych marynarzy, którzy poszli z Pazurem na wysepkę żeby zobaczyć rozbitka, po powrocie rozpowiadali, że jednak naprawdę zobaczyli ducha. W końcu, czym innym mogło być znalezienie Jackie, która kilka tygodni wcześniej z pewnością została pożarta przez morskiego węża? Na początku przebąkiwali o tym cicho, nie chcąc ryzykować zdenerwowania Nataniela, ale później mówili o tym coraz pewniej, ubarwiając swoją opowieść wieloma przerażającymi szczegółami. Po tych sześciu dniach oficjalna wersja głosiła, że odnaleziona przez nich Jackie na widok znajomych twarzy o własnych siłach stanęła na nogi i grzmiąc przerażającym, nieswoim głosem groziła im zemstą za niedostateczne opłakiwanie jej pożarcia. Wysepka trzęsła się i dygotała, zapadając w morzu, dookoła tworzyły się wiry, a szukający zemsty żywy trup Jackie zażądał w ramach zadośćuczynienia duszy Christopha, co jest jedynym RACJONALNYM wytłumaczeniem faktu, że dotąd nie wrócił.

Dlatego też, kiedy w dziesięć dni po odnalezieniu Jackie kapitan zażądał spotkania z Sammy na jej własnym statku, załoga wyjątkowo nie zamierzała skorzystać z okazji odwiedzenia piratek z "Wiedźmy". Wydelegowali za to jednego marynarza, który niosąc jakiś dość duży, oplątany w płótno żaglowe i liny pakunek, podreptał za kapitanem na "Morską Wiedźmę", rozglądając się trwożnie dookoła. Pazur wyjątkowo nie zwrócił uwagi na pirata i jego ciężar, całkowicie pochłonięty poszukiwaniem Pita. W końcu udało mu się go zobaczyć, jak dyrygował czyszczeniem dział okrętowych. Na widok kapitana stary kot morski skinął głową w powitaniu. Zapytany, gdzie można znaleźć Sammy i Christopha, pokazał kciukiem w stronę kajuty kapitańskiej.
- Oboje spędzają tam każdą wolną chwilę, zaglądają co najmniej co kwadrans o każdej porze dnia i nocy. - stwierdził zwięźle, po czym dodał ciszej, tylko na użytek kapitana: - Nie jest dobrze.
Nataniel podziękował i szybkim krokiem udał się do kajuty Jackie.

Nie chcąc nikogo przestraszyć, powoli otworzył drewniane drzwi - i aż się zachwiał, gdy w twarz buchnął mu mdlący fetor. W jego nozdrza uderzył kwaśny zapach potu i choroby, powietrze w pomieszczeniu było gorące i duszne, przesycone metaliczną wonią krwi. Od razu wiedział, że z uwagi na zdrowie Jackie nie wietrzono tu ani razu.
Na dźwięk kroków przykucnięta przy łóżku Sammy podniosła głowę, a Christoph, rozcierający jakąś maść w małym moździerzu, przerwał swoją pracę, wstając. Pazur dał mu gestem do zrozumienia, żeby sobie nie przeszkadzał - pierwsza oficer i medyk mieli podkrążone i przekrwione z niewyspania oczy, ledwie trzymali się na nogach, nie chciał ich męczyć dodatkowo.
- Jak ona się czuje? - zapytał przyciszonym głosem, starając się nie oddychać przez nos.
Christoph spojrzał na Samanthę, która ledwie dostrzegalnie skinęła głową.
- Może lepiej niech sam pan zobaczy, sir - zaproponował.
Nataniel podszedł do łóżka. Na pogniecionej pościeli, pod białą kołdrą w skomplikowane, delikatne wzorki, leżała Jackie. Była zupełnie nieruchoma, oczy miała zamknięte, twarz nie wyrażała żadnych emocji - wyglądała jak wychudzony trup w ślicznej, kwiecistej koszuli nocnej. Gdyby nie delikatnie unosząca się co jakiś czas klatka piersiowa, Lorelei nie dawałaby żadnych znaków życia.
- Nie jest najlepiej, sir - szepnął mu Christoph do ucha, starając się, aby Sammy go nie usłyszała. - Jest nieprzytomna, od kiedy ją tu przynieśliśmy, ale nie powinna umrzeć z głodu, bo udało mi się sprawić, żeby przełknęła trochę wody i kaszy... Niewiele, ale jednak. Najbardziej mnie martwi ta rana na boku - kiedy ją opatrywałem, musiałem bardzo uważać, bo koszula przez długi czas tamowała krew i w efekcie znalazła się w środku przyschniętego strupa... Odmoczyłem to, ale i tak przy usuwaniu tkaniny Jackie zaczęła krwawić. Teraz jest lepiej, ale goi się bardzo wolno, bo pani kapitan jest bardzo słaba... Nie daję jej większych szans, sir. Przykro mi.
- Zrobiłeś, co mogłeś - stwierdził krótko Nataniel, odwracając się do Samanthy. - Należałoby ustalić jakiś plan działania na najbliższe dni.
Sammy uśmiechnęła się słabo i zaczęła szukać map w szufladach. Pazur rozsiadł się wygodnie na krześle, marząc o wyjściu na świeże powietrze. Tu naprawdę śmierdziało.
Samantha rozłożyła przed nim mapy, elegancko poprzewiązywane wstążeczkami w różnych kolorach.
- To sposób Jackie na zachowanie porządku - odpowiedziała na niewypowiedziane pytanie. - Dzięki temu zawsze wiadomo, jaki obszar ukazuje dana mapa. Ten najrzadsze i najcenniejsze trzyma w tubusach i bardzo o nie dba. Kiedyś przyjęła do załogi dziewczynę, która okazała się być bardzo niedbała i zalała herbatą szczegółowy plan portu Southampton... Jackie przegoniła ją po całej "Morskiej Wiedźmie", nie wyłączając masztów! Nigdy, co prawda, nie miałyśmy okazji cumować w Southampton... W końcu to najbogatszy i największy angielski port handlowy, gdyby "Wiedźma" tam się pojawiła, zdmuchnęliby nas z powierzchni morza w mgnieniu oka! Ale zawsze była to cenna mapa i Lorelei wywaliła tę dziewczynę, kiedy tylko ją złapała.
Nataniel z tej opowiastki wyłowił dwie rzeczy: Jackie posiadała plan portu Southampton - i piła herbatę!
- Powiedziałaś, że mapa została zalana herbatą? - upewnił się, strzygąc uszami.
- O tak, Jackie lubi herbatę nawet bardziej iż rum i pije przynajmniej filiżankę dziennie, jeśli czas na to pozwala. Nie jest to najtańszy napój, ale możemy sobie na to pozwolić - w końcu od czegoś ma się te łupy!
Pazur nieco się zdziwił - herbata, sprowadzana z Chin i Cejlonu, była dość droga i pozwalała sobie na nią tylko arystokracja, przeważnie angielska. Kolejna tajemnica z życia kapitan Bloodbane!
Za ich plecami Christoph zabrał się za zmienianie opatrunków nieprzytomnej Jackie. Podczas tej niezbyt przyjemnej roboty, swoim zwyczajem mówił do chorej.
- Coś długo nie masz ochoty się zbudzić, pani kapitan, a wszyscy chcielibyśmy, żeby już pani wyzdrowiała - pan kapitan również. Paskudnie panią ten wąż morski załatwił - mruczał, badając ranę w boku - pewnie tu ugryzł tym obłamanym kłem, zgadza się? Mocno poszarpał mięśnie, to musiało boleć, wciąż pani krwawi...
Dotknął rany delikatnie, ale Jacklynn i tak się skrzywiła i jęknęła cicho, po czym nagle - otworzyła oczy.
Sammy i Nataniel odwrócili się natychmiast, słysząc zduszony okrzyk Christopha. Zamiast spodziewanego widoku leżącej w swej pościeli Jackie, ujrzeli, jak kapitan Bloodbane powoli, niepewnie podnosi się do pozycji siedzącej, mrugając powiekami i rozgląda się dookoła ze zdziwieniem.
- Jackie!!! - krzyknęła radośnie Sammy i rzuciła się w stronę oprzytomniałej przyjaciółki z otwartymi ramionami.
Rozległo się krótkie syknięcie, warkot - i tuż przed jej nosem świsnęła uzbrojona w ostre pazurki dłoń Jackie. Gdyby nie wspaniały refleks, pierwsza oficer miałaby na twarzy cztery krwawe szramy.
- Jackie? Co ty robisz? Mogłaś mi wydrapać oczy! - zapytała z urażonym zdumieniem Sammy, szybko cofając się poza zasięg rąk Lorelei.
- Nie podchodź do niej, ona cię nie poznaje... Nie wie, kim jesteś - powiedział cicho Christoph, odsuwając się nieco od łóżka.
- Jak to, Jackie? Nie poznajesz mnie? To ja, Samantha, przecież wiesz!!!
Ale kapitan Bloodbane sprawiała wrażenie, że nie rozumie niczyich słów. Siedziała spięta, gotowa do skoku, z uszami przypłaszczonymi do czaszki, wyszczerzonymi zębami i toczyła dookoła dzikim spojrzeniem wytrzeszczonych, zielonych oczu. Wydawała się nie poznawać nikogo i niczego, nerwowo chowała i wyciągała pazury i syczała na każdy, choćby najmniejszy ruch obecnych osób. Kiedy leżała nieprzytomna, wyglądała na wychudzoną; ale teraz, gdy usiadła, można było policzyć jej wszystkie kości. Koszula nocna zwisała na niej zupełnie luźno, jak na wieszaku, kręgosłup wydawał się być jakimś kostnym grzebieniem na plecach, wychudłe palce przypominały szpony. Przez chwilę jeszcze trzymała się prosto, potem zamamrotała coś niezrozumiałego i opadła bezsilnie na poduszki, z półprzymkniętymi oczami.
Christoph podszedł do niej i położył jej rękę na czole.
- Ma gorączkę, dlatego majaczyła. Ale skoro wyszła z tej śpiączki, jej szanse bardzo wzrosły - będzie można normalnie podawać jej leki i jedzenie. Teraz musi się trochę przespać - proszę, żebyście wyszli.
Nataniel skinął ze zrozumieniem głową i prawie natychmiast znalazł się za drzwiami, z prawdziwą rozkoszą wciągając do płuc świeże powietrze. Sammy, nieco skołowana, ale bardzo szczęśliwa, szykowała się do oznajmienia załodze radosnej nowiny, ale zdążyła jeszcze rzucić:
- Kiedy tylko dojdzie do siebie, opowie nam wszystko. Bądź gotów za parę dni - chyba nie chcesz tego przegapić, prawda?


komentarze [12]

Trzymaj się..! >> wtorek, 9 października 2007 18:59:59
Ta notka miała być krótka, ale tak się rozpisałam, że nie dość, że jest pełna akcji, to jeszcze jest najdłuższa ze wszystkich, dłuższa od poprzedniej!!! Proszę o uważne czytanie wstępu :0
1. Techland wydaje KAPITANA PAZURA 2!!!!!!!!! Poczytajcie sobie o tym np. tutaj: KLIK
2. Zrobiłam sobie nową reklamę i niedługo umieszczę jej kod w dziale "O bohaterach, żebyście mogli użyć jej jako buttona. Póki co, możecie ją obejrzeć pod notką XD
3. Dzięki za ponad 6000 odwiedzin!
4. Oto wyniki sondy:Mam mieć muzę na blogu?
Tak, jakakolwiek, byle klimatyczna głosów: 10
Tak, z "Kapitana Pazura" głosów: 9
Jakakolwiek, o ile bedzie ją można wyłączyć... głosów: 5
Nie!!! głosów: 2
Aby zadośćuczynić życzeniom czytelników, pod notką daje linka do folderu z wszystkimi muzyczkami z Clawa. W nowej sondzie zagłosujcie na tą, którą chcielibyście słyszeć na tym blogu. Oczywiście, będzie ją można wyłączyć :)
Niestety, z nieznanych mi przyczyn odpowiedź "Z 2" pojawia się dwa razy, chociaż w panelu jest wpisana tylko raz. Więc nie mylcie się, proszę!
Zapraszam do czytania!
<><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><><>

Mrok nocy powoli ustępował szarości poranka... Tak naprawdę słońce nie zaczęło jeszcze wychodzić zza horyzontu, a na okrętach pirackich już wrzała praca. Co dziwniejsze, zamiast zwyczajowych śpiewów i głośnych rozmów panowało milczenie, przerywane z rzadka cichymi posykiwaniami i rozmowami prowadzonymi półgłosem. Piraci na obu statkach bezgłośnie wykonywali rozkazy, wypowiadane nadzwyczaj cicho przez kapitanów. Panowała atmosfera podniecenia, ale w powietrzu wyraźnie czuło się też zdenerwowanie. Oczywiście, nie wszyscy potrafili pohamować wrodzone gadulstwo...
- Po cholerę łazimy na palcach? - mruknęła Ruda do jednej z piratek. - I po co szepczemy? Tamci na stateczku handlowym nas przecież nie słyszą...
- Tsss... - uciszyła ją towarzyszka, rozglądając się, czy przypadkiem Sammy nie ma w pobliżu. - Tuż przed świtem jest najciszej, a dobrze wiesz, że dźwięk po wodzie niesie się wręcz niezwykle... Nawet, jeśli trzęsiportki na handlowcu nie śpią, to pewnie drzemią, co jest normalne o tej godzinie... Jeśli nie będziemy zwracać na siebie uwagi, to przy odrobinie szczęścia dopadniemy ich, zanim się zorientują!
- Ledwie zawinięliśmy do portu, padając ze zmęczenia, Sammy kazała nam robić porządek i wypływać... Teraz goniliśmy ich do ciemnej nocy, a i tak musimy wstawać o jakiejś pogańskiej godzinie... I jeszcze nie możemy rozmawiać! Co to za tyrania!? - dokończyła Ruda głośno, zapominając o nakazie zachowania ciszy. Nie zwracała też uwagi na dziwne zachowanie kamratki, która wytrzeszczała oczy, potrząsała głową i pokazywała dość dyskretnie coś za jej plecami. Dlatego nic dziwnego, że futro stanęło jej dęba, kiedy przy swoim uchu usłyszała zjadliwy szept:
- Zawsze wiedziałam, że alkohol rozwiązuje nawet najoporniejsze języki... Sądząc po twoim rozgadaniu, pijesz stanowczo za dużo. Wstrzymuję ci racje rumu na tydzień... Dla twojego dobra, oczywiście! - syknęła Sammy z jadowitym uśmiechem i powróciła do bezgłośnego spaceru po pokładzie. W jej kierunku poleciały równie bezgłośne przekleństwa ukaranej piratki, ciskane tak cicho, jak i z pasją.
Samantha nie zwróciła na to uwagi, bo pochłaniało ją zupełnie co innego - mianowicie, załoga handlowca, która rzekomo spała na oba boki, właśnie wyjątkowo sprawnie rozwinęła żagle! Ich stateczek złapał pierwszy powiew porannej bryzy i wykręcił się do piratów rufą - po czym zaczął odpływać!
- WSZYSCY NA STANOWISKA!!! NA REJE, JUŻ!!! RUSZAĆ TYŁKI!!!!!! - Ryknęła, sprawiając, że wszystkie piratki podskoczyły ze strachu. Nawet nie obejrzała się, aby sprawdzić, czy na "Mongrels Conqueror" zauważono ucieczkę handlowca; była więcej niż pewna, że jeśli o to chodzi, na Natanielu może polegać bardziej, niż na sobie.

- Co za pieprzony łup nam się trafił! Jak rano zaczął uciekać, tak ucieka do teraz i nawet zwiększył odległość!!! - Pazur chodził wielkimi krokami po pokładzie, bijąc ze złości ogonem. Miał się o co wściekać - od paru godzin ścigali feralny handlowiec, a mimo to nie zbliżyli się nawet o jedną długość statku!
- Jak tylko ich dopadniemy, to powywieszam wszystkich na rejach! Co za uparci marynarze, nie zamierzają się w ogóle poddać! - warknął, wygrażając pięścią w kierunku bielejących na horyzoncie żagli. W duchu jednak musiał przyznać, że każdego z tych żeglarzy przyjąłby do swojej załogi z otwartymi ramionami, gdyby tylko znaleźli się chętni. Ten, kto potrafi tak sprawnie żeglować, jest tego wart!
Podejrzewał, że większość marynarzy, mając jako alternatywę śmierć, przyłączy się do jego załogi. Uśmiechnął się pod wąsem, zadowolony. Wątpił, aby którykolwiek z mężczyzn zechciał przyłączyć się do piratek na "Morskiej Wiedźmie", nawet, gdyby miała większą sławę od "Mongrels Conquerora". Pod tym względem, jego zyski z tego ataku będą stuprocentowo większe od udziałów Sammy!
W nieco lepszym nastroju powrócił do swojego spaceru po pokładzie. Przeszedł jednak zaledwie parę kroków, zatrzymując się prawie natychmiast, ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie. Miał na co patrzeć - niebo za rufą okrywały złowrogie, czarne chmury, pełznące w ich stronę! Nataniel obrócił się wokół własnej osi tak szybko, że aż poły jego płaszcza zawirowały z furkotem i zadarł głowę, patrząc na majtka w bocianim gnieździe.
- CO TY TAM DO DIASKA ROBISZ!!! - Ryknął z wściekłością. - ŚPISZ, CZY JAK?!? POGODA SIĘ ZMIENIA, GONI NAS NAWAŁNICA, A TY NIC NIE MÓWISZ?! ZŁAŹ NATYCHMIAST NA DÓŁ, BO CI PORACHUJĘ KOŚCI!!!
Doszło go słabe "Aye, aye, sir!" i od platformy na topie masztu oderwała się drobna postać, po czym nieco niezdarnie zaczęła schodzić na dół, czepiając się drabinek. Kiedy w końcu kot z bocianiego gniazda stanął na pokładzie, zastał swojego kapitana w jeszcze gorszym nastroju niż przedtem.
- Czemu o niczym nie mówisz? Słabo widzisz, czy jak? Chmury zakrywają pół nieba, wiatr nagle cichnie, fale znikają, a ty nie meldujesz?! A może to nie jest warte, aby o tym mówić, co? Odpowiadaj! - warknął, niezadowolony.
Nastoletni kot, jeszcze nie dorosły, ale o wiele starszy od Benny'ego, skulił się pod jego płonącym spojrzeniem. Nerwowo wykręcając sobie palce i przestępując z nogi na nogę, wyjąkał:
- N-nie sir... Tego po prostu jeszcze przed momentem nie było! Najwyżej z dwie minuty temu patrzyłem w tamtą stronę i niebo było czyste, sir! Później odwróciłem się, aby sprawdzić, czy w końcu doganiamy okręt handlowy... I zaraz potem usłyszałem, jak pan mnie woła! Naprawdę, przed chwilą nie było tych chmur, przysięgam, sir!
Pazur już miał go ostro zwymyślać za kłamstwa (i to w dodatku kiepskie), ale spojrzał na horyzont... I zapomniał języka w gębie.
Ogromne, ciężkie chmurzyska zakrywały prawie całe niebo, z niezwykłą szybkością pędząc w ich stronę. Gdzieś w środku tych czarnych, kłębiących się potworów słychać było grzmoty, a na ich powierzchni co jakiś czas raziła oczy błyskawica. Dookoła panowała cisza, wiatr umilkł, morze było nienaturalnie gładkie, znikły gdzieś wszystkie ptaki... A pod pociemniałym niebem fale z białymi, pienistymi grzywaczami pędziły w stronę bezbronnych okrętów. Porywisty wicher, który nadchodząc z taką szybkością pchał naprzód chmury, lada chwila miał z całą siłą uderzyć w "Mongrels Conquerora"!
Piraci zamarli na chwilę z przerażenia, ale na szczęście, Nataniel i jego oficerowie nie stracili głowy.
- Zrefować żagle! Umocować działa! A potem przywiążcie się do masztów i niech każdy się czegoś złapie! Tabby, Omar, zajmijcie się tym! Christoph, ty i paru majtków sprawdźcie, czy ładownie są szczelnie zamknięte i zapasy dobrze przywiązane! Ja ustawię "Conquerora" dziobem do wiatru! - Pazur wydawał rozkazy przez ramię, biegnąc co sił w nogach do koła sterowego. Jedyne, o co musiał się w tej chwili martwić, to przygotowanie okrętu do sztormowania - całą resztą zajmą się jego zaufani przyjaciele. Słyszał, jak pewnym, nie zdradzającym strachu głosem wydają rozkazy, docierały też do niego energiczne "Aye!" marynarzy. Piraci, widząc opanowanie swoich przywódców, pozbyli się lęku i wykonywali polecenia szybko i sprawnie. Przez chwilę kapitan zastanawiał się, czy wiedzą, że spokój oficerów to tylko pozory; czy zdają sobię sprawę, że jedną z wielu cech dobrego dowódcy jest umiejętność ukrywania lęku i podtrzymywania ducha w swoich podwładnych... A potem w dłoniach poczuł dodającą otuchy gładkość drewna i nie myślał już o niczym oprócz tego, jak uratować statek i załogę.

Szkwał uderzył nagle i gwałtownie. Cały kadłub zatrząsł się jak od potężnego ciosu, deski poszycia jęknęły w męce. Pazur zaklął szpetnie, przytrzymując kapelusz, który wiatr usiłował mu zerwać z głowy. Nie zdążył przeprowadzić manewru do końca! Kiedy pierwsze fale dopadły okrętu, dziób był ustawiony do nich pod kątem trzydziestu stopni i uderzenie nawałnicy zaczęło obracać okręt wokół własnej osi!
Napiął mięśnie, walcząc z obracającym się kołem sterowym. Jeśli pozwoli, aby "Mongrels Conqueror" stanął bokiem do wiatru, fale wedrą się na pokład, a wicher wywróci okręt do góry dnem!
Zaparł się mocno nogami, stawiając opór ruchowi obrotowemu, ale niesiony wiatrem deszcz oraz rozbryzgi fal sprawiły, że pokład stał się mokry i nie dawał prawie żadnego oparcia. Kapitan czuł, jak podeszwy jego butów ślizgają się po deskach, a okręt, mimo rozpaczliwych wysiłków, coraz bardziej chwieje się pod wściekłymi uderzeniami fal.
"Nie dam rady!" - przemknęło mu przez spanikowany umysł. "Poślę nas wszystkich na dno!"
Nagle obok niego pojawiła się masywna postać, a potężne, szorstkie dłonie zatrzymały obracające się koło. Razem, ramię w ramię, powoli napierali, aż w końcu statek wyprostował się, godząc dziobem w złowrogie fale.
Nataniel spojrzał na osobę, która pomógła mu w krytycznym momencie, i ucieszył się, widząc Omara.
- Dziękuję ci! Gdyby nie ty... - zaczął, ale tygrys powstrzymał go ruchem dłoni.
- Później będzie na to pora; niebezpieczeństwo jeszcze nie minęło. Muszę wrócić do załogi, potrzebują mnie.
I znikł w zacinającym deszczu tak szybko, jak się pojawił.
Kapitan stwierdził, że na pokładzie przyda się bardziej, niż tutaj i krzyknął na najbliższego pirata, żeby sprowadził tu Tabby'ego. Pierwszy oficer znalazł się przy nim w mgnieniu oka, mokry, ale wesolutki.
- Niewiele brakowało, sir! To było naprawdę trudne, wymanewrował pan w ostatniej chwili - piękny zwrot! Nieco nastraszył pan chłopców, nie ma co!... - pręgowany kot gadał bez chwili przerwy, przejmując jednocześnie od zwierzchnika ster. Nataniel, nie słuchając go, zbiegł po schodkach na dół. Wpadł w mały poślizg, ale zatrzymał się akurat tam, gdzie chciał się znaleźć.
- Christoph! Ładownia w porządku? Czy poszycie nie przecieka? - Krzyknął, stając okrakiem nad włazem, aby utrzymać równowagę na kołyszącym się niebezpiecznie pokładzie.
- Mamy trochę problemów, sir! Jedna beczka ze słodką wodą się zerwała i nie możemy jej zatrzymać, a skądś leci woda! Potrzebujemy więcej ludzi, żeby uruchomić pompy! - odpowiedź okrętowego felczera ledwo było słychać, taki huk rozlegał się w ładowni.
- Dziesięciu najsilniejszych na dół, trzeba pompować wodę! - krzyknął Nataniel w stronę załogi, poprzywiązywanej do masztu zgodnie z jego rozkazami - Tabby, zostań przy sterze! Schodzę pod pokład, żeby zlokalizować przeciek, na czas mojej nieobecności ty wydajesz rozkazy! Nie czekając na odpowiedź, zapuścił się w mrok ładowni. Było tu strasznie ciemno i nawet jego koci wzrok niewiele pomógł. Pod pokładem nie można używać otwartego ognia z uwagi na ryzyko zapalenia się drewnianych desek poszycia, a teraz, kiedy "Mongrels Conqueror" podskakiwał na grzbietach fal, tylko szaleniec używałby lamp oliwnych. Mrok rozjaśniały jedynie krótkie, nieregularne rozbłyski błyskawic. Właśnie jedna z nich przecięła niebo, kiedy Pazur próbował rozejrzeć się dookoła. W jej jaskrawym świetle ujrzał nagle ogromną, drewnianą beczkę, która z łomotem i chlupotaniem toczyła się wprost na niego! Nie było czasu na wymyślanie jakiegoś sprytnego planu na zatrzymanie jej - musiał ratować własne życie! W mgnieniu oka przykucnął i skoczył do góry, łapiąc się brzegów włazu, którym tu zszedł, a potem szybko podciągnął się na rękach. Beczka przewaliła się pod nim z turkotem, który przyprawił go o ból głowy. Zaraz za nią, z krzykiem i tupotem gnali piraci, starając się ją zatrzymać, zanim się rozbije lub zrobi komuś krzywdę. Christoph, który pędził na czele, znalazł tylko tyle czasu, żeby zadrzeć do góry głowę i wrzasnąć: "Wszystko w porządku, sir?" - po czym natychmiast rzucił się z powrotem w pogoń.
Beczka z rozpędu wturlała się na wklęsłą ścianę ładowni - ten moment wykorzystali piraci, aby oprzeć się o nią plecami, zatrzymując ją.
Niestety, w tej chwili "Conqueror" zaczął przechylać się na drugą burtę i ciężar począł zgniatać podtrzymujących go marynarzy!
Nie namyślając się ani chwili, Nataniel puścił właz i skoczył im na pomoc. Wsunął się pod beczkę, podpierając ją własnymi barkami; ulżył tym nieco znękanym kotom, ale nie na długo - okręt ciągle się przechylał i wielka baryła coraz mocniej na nich naciskała. Unieruchomionym piratom zaczęły się wyrywać nieartykułowane jęki bólu, bo ciężar naciskał coraz mocniej, powoli i bezlitośnie przyginając ich do pokładu.
Ramiona paliły Nataniela jak żywym ogniem, nacisk na kark i barki stawał się coraz trudniejszy do wytrzymania. Czuł, jak napięte do granic możliwości mięśnie powoli, po kolei odmawiają posłuszeństwa, pozwalając beczce wgniatać go w ziemię. Jego kamraci czuli się nie lepiej niż on i mimo, że wszyscy starali się jak mogli, jasne było, że lada chwila zostaną zmiażdżeni przez wiele litrów wody pitnej.
I kiedy już wydawało się, że zostanie z nich tylko mokra plama na deskach ładowni, pojawili się ci, którzy mieli za zadanie wypompowywać wodę. Natychmiast zorientowali się w sytuacji i bez jednego słowa podzielili się na dwie grupy: pięciu rzuciło się pomóc uwięzionym towarzyszom, a pozostali pobiegli na drugi koniec ładowni, aby przygotować się do przymocowania beczki.
Po chwili, wspólnymi siłami dotoczyli ją na miejsce i sprawnie przywiązali, aby nie mogła narobić więcej szkód.

- Nikomu nic się nie stało? - stęknął Christoph. Mimo rwącego bólu pleców wciąż myślał więcej o innych niż o sobie.
Jego towarzysze pokręcili przecząco głowami, pojękując i przeklinając przy tym. Wszyscy czuli się mniej więcej tak samo: obolali, ale cali.
- Dobra, chłopcy, teraz do pomp, bo inaczej będziemy mieli tutaj prywatny basen! - zarządził Nataniel, prostując się ostrożnie - Christoph, jeśli stanie się coś ważnego, szukaj mnie na pokładzie!
W odpowiedzi usłyszał bolesne "Ajjjjjjj!!!!... Sir!", gdy medyk rozcierał sobie zdrętwiałe ramię.
Kapitan wydostał się na górę i natychmiast zauważył zmianę; pogoda się poprawiała! Wiatr nie dął już tak przeraźliwie, burza przycichała, a chmury powoli się rozpraszały. Nawet fale jakby złagodniały; teraz uderzały o burty bardziej miarowo i jednostajnie. Marynarze, już odwiązani od ubezpieczających lin, pracowali przy usuwaniu szkód. Pokrzykiwali przy tym wesoło, docinając sobie i sypiąc rubasznymi żartami, zupełnie jakby zapomnieli, że jeszcze przed chwilą byli trzy ćwierci od śmierci. Nie było w tym nic dziwnego: dla tych, którzy mogą w każdej chwili zginąć, liczy się tylko teraźniejszość, a przeszłość służy jedynie do tworzenia niewiarygodnych opowieści o własnych wyczynach. Zresztą, nie tylko oni byli pełni optymizmu: na horyzoncie widać było "Morską Wiedźmę" stawiającą nieco poszarpane żagle - najwyraźniej piratki miały nieco mniej szczęścia i nie zdążyły zabezpieczyć się na czas przed uderzeniem sztormu. Ale na maszt sygnałowy wciągano właśnie flagę informującą, że wszystko jest w porządku, a więc nie było tak źle.
Pazur wyciągnął zza pazuchy swoją najlepszą mapę, którą starał się zawsze mieć przy sobie - w końcu nie zawsze jest czas, aby pobiec do kajuty, a są sytuację, w których tylko mapa i natychmiastowa interwencja mogą uratować życie. Rozwinął ją teraz, z zadowoleniem zauważając, że nie jest nawet wilgotna; nie ma to jak gruby, wodoodporny płaszcz!
- Chwila... - Mruczał pod nosem, wodząc palcem po pergaminie - Byliśmy tu, kiedy dopadła nas nawałnica... Gnało nas na północ... Zważywszy siłę wiatru, kierunek, wyporność obu okrętów, czas... Jesteśmy gdzieś tu! - stwierdził tryumfalnie.
Tabby, który wychylał mu się zza pleców, aż się zachłysnął.
- Przecież to Znikający Archipelag! - wyszeptał z czymś w rodzaju nabożnej zgrozy.
Nataniel miał ochotę zdrowo kopnąć go w kostkę, ale nie zdążył. Piraci, którzy byli w pobliżu, usłyszeli pierwszego oficera i podeszli bliżej, wlepiając oczy w mapę. Pomrukiwali cicho między sobą, przepychając się do przodu, aby widzieć lepiej.
- Znikający Archipelag - zaczął Tabby świszczącym, złowrogim szeptem - To miejsce bardzo niebezpieczne, być może nawet bardziej niebezpieczne od Palisady! Są tu skalne wysepki, na których nie rosną nawet glony, tak nieprzyjazne są dla wszelkiego życia. Parę tych skał wyłazi ponad powierzchnię wody, ale większość z nich jest na stałe ukryta pod falami. Są też takie, które podczas przypływu znikają prawie całkowicie, a przy odpływie wyłaniają się na powierzchnię i sterczą wysoko, celując w niebo . O ile o Palisadzie wiadomo, gdzie dokładnie się znajduje i można ją ominąć, to Znikający Archpelag jest zaznaczony na mapach tylko w ogólnych zarysach, ponieważ tylko dwa czy trzy okręty zdołały tu wpłynąć i wrócić, aby ich kapitanowie mogli zapisać, co widzieli. Ci marynarze, którzy przepływali w pobliżu, mówią, że czasem z pomiędzy tych skał słychać straszliwy, zwielokrotniony echem ryk, jakby demony z samego środka ziemi okazywały swój gniew tym, którzy ośmielili się zakłócić ich spokój. Jeszcze inni twierdzą, że na tych czarnych skałach siadają syreny o przecudnych kształtach i niezwykłej urodzie, które wabią nieostrożnych swym hipnotyzującym śpiewem. Widywano tu też pływające kości rozbitków, ogryzione zupełnie z mięsa, a przy odpływie powietrze tu jest zepsute i cuchnie rozkładającymi się trupami i śmiercią... Podobno nikt jeszcze nie znalazł wyjścia z tego labiryntu skalnych wysp... - zakończył pierwszy oficer, zniżając głos do złowrogiego szeptu, od którego futro zjeżyło się na karkach słuchaczy.
Nataniel w tej chwili najchętniej by go udusił. Piraci byli wyraźnie przerażeni, a Pazur miał wręcz wrażenie, że słyszy jak ich morale z głuchym łupnięciem spada na deski pokładu. Obiecał sobie, że jak uda im się z tego wyjść cało, to pogada z Tabbym na osobności i powie mu, co myśli o TAKICH historiach w TAKIEJ chwili. Póki co, nie miał na to czasu - trzeba było podnieść na duchu załogę.
Ujął się pod boki i roześmiał głośno i nieco pogardliwie, aż najbliżej stojący podskoczyli z wrażenia.
- Skończyłbyś z tymi bajeczkami dla małych kociątek, Tabby! - zawołał, szczerząc zęby z rozbawieniem. - Twoja opowieść nie trzyma się kupy! Gdyby nikt nie wypłynął ze Znikającego Archipelagu, nie wydostaliby się i ci, którzy narysowali te mapy! Sam mówiłeś, że było paru takich, którzy wrócili szczęśliwie - a przecież wiesz, jak miło jest wyolbrzymiać swoje przeżycia przy kuflu rumu w tawernie! Co do ryków spod ziemi - pewnie któraś ze skał jest pusta w środku i woda wpada do niej z hukiem. A syreny? Przypominam, że zmierzyłem się z nimi i kotorybami sam jeden, w podwodnych jaskiniach pełnych krwiożerczych ryb i spadających stalaktytów wielkości dorosłego mężczyzny! Chyba najlepiej wiem, czego się po nich spodziewać, co?
Piraci, początkowo słuchający logicznych wyjaśnień nieco nieufnie, teraz już otwarcie potakiwali kapitanowi i mówili między sobą o Znikającym Archipelagu z lekceważeniem i pewnością siebie. "I o to chodziło!" - pomyślał Pazur, bardzo zadowolony z efektów swojego przemówienia. Jedynym minusem tej sytuacji był fakt, że Tabby był nieco urażony lekceważącym potraktowaniem jego osoby i wyraźnie miał żal do kapitana za zniszczenie efektu jego mrożącej krew w żyłach opowieści. Nataniel westchnął z rezygnacją. Jego pierwszy oficer potrafił świetnie opowiadać, był dowcipny, odważny, śmiały, towarzyski i wierny aż po grób. Miał duże doświadczenie i rozległą wiedzę, statkiem kierował, jakby się urodził z kołem sterowym w łapach... Ale brak mu było wyczucia taktu, nie pojmował znaczenia strategii, taktyki i morale, nie potrafił być zuchwały, prawie nie wpadał w gniew, bywał wręcz zbyt łagodny i pobłażliwy - no i, trzeba przyznać, jeśli nie chodziło o dziedziny w których był dobry, naprawdę wolno myślał.
Gdyby nie te parę wad, Pazur z prawdziwą przyjemnością mianowałby go kapitanem drugiego okrętu i razem utworzyliby małą flotę, bez potrzeby zawarcia sojuszu z osobami pokroju Jackie, którym nigdy nie można było ufać do końca. Ale cechy, które (dla pirata) były przywarami, przekreślały jego kandydaturę. Cóż to za kapitan, który jest zbyt łagodny, aby negocjować, tak pobłażliwy, że jego podwładni go nie słuchają, za mało awanturniczy, aby porwać się na jakieś karkołomne przedsięwzięcie? Nie wspominając już o tym, że nie potrafi zaplanować ataku i przewidzieć postępowania przeciwnika... Choć nie zamieniłby Tabby'ego na kogokolwiek innego, czasem marzył, aby dało się go nauczyć paru rzeczy.
Niestety, było to niemożliwe i dlatego teraz musiał patrzeć, jak jego pierwszy oficer oddala się urażonym, kaczkowatym chodem. Później z nim porozmawia, bo jeśli nie wydostaną się z Archipelagu teraz, póki chłopcy są pełni nadziei, nie uda im się to w ogóle. A wtedy Tabby będzie do woli i z lubością prorokować, jaka to okrutna i nieuchronna śmierć ich czeka, pogrążając wszystkich (oprócz siebie) w rozpaczy. Warto stąd wypłynąć choćby po to, aby tego uniknąć.
- Steve! Bierz flagi i wciągnij na maszt sygnałowy te, które oznaczają "Niebezpieczeństwo" i "Płyńcie za nami". Sammy pewnie już się zorientowała, gdzie jesteśmy, ale nie zamierzam sprawdzić, czy poradzą sobie same - szkoda okrętu! - krzyknął do najbliższego marynarza. Piraci, zadowoleni z aluzji, jaką poczynił ich kapitan, poszturchiwali się łokciami, rechocząc z rozbawieniem. "Mam nadzieję, że Samantha się nie dowie, jak o jej załodze mówię chłopcom, bo mi się zdrowo oberwie. Ale póki co, jest ważniejszy ich dobry humor - o resztę będę się martwił potem!" - pomyślał kapitan, z uwagą wpatrując się w mapę, żeby jak najwięcej wyczytać z niedokładnie naniesionych konturów Archipelagu.
- Omarze, poślij kogoś o bystrym wzroku na oko i daj na dziób ze dwóch z busolą. To nie puszczanie okręcików w balii, nie możemy zaniedbać niczego! - rozkazał drugiemu oficerowi, który bez słowa skinął głową i natychmiast oddalił się, aby wykonać jego polecenie.
"Teraz, jeśli źle wybiorę, właduję na skały obydwa okręty. Jeśli nie, i wyjdziemy z tego wszyscy cało, umocnię swoją pozycję i w końcu będzie jak należy; ja mówię, Sammy słucha. Te negocjacje są bardzo krótkie w porównaniu z tym, do czego dochodziło z Jackie, ale i tak nie powinno ich w ogóle być. Mam wszystko do stracenia... ale i wiele do zyskania" - pomyślał kapitan, rzucając okiem na okręt za rufą. "Morska Wiedźma" wywiesiła flagę oznaczającą potwierdzenie i szła tuż za nimi, rozcinając dziobem ich kilwater.
- Sir! Po sterburcie mamy skałę! - usłyszał wołanie z bocianiego gnizada.
- Ster lewo na burt! - krzyknął Pazur do Omara, który zastępował Tabby'ego na mostku.
- Nie trzeba, sir, ominiemy ją z łatwością! - usłyszał odzew z góry.
- To po co mi to mówisz? - zdenerwował się Nataniel - Trzymać kurs!
- Sir... Tam na skale ktoś jest!
Wszyscy wolni od obowiązków piraci rzucili się, aby popatrzeć. Pazur wyjął lunetę i skierował ją na czarną wyspkę, która, powoli ale systematycznie, była coraz bardziej zalewana przez fale przypływu. Na jej szczycie, uczepiona kurczowo skał, leżała jakaś istota, nie mając nawet tyle siły, aby zamachać do nadpływających okrętów.
- To syrena! - wydyszał ktoś prosto w ucho kapitana.
- Jaka syrena! Tam tak naprawdę nic nie ma!- zaprotestował inny marynarz z pewnością siebie. - To zjawa, duch kogoś, kto tu zginął! - i na odczynienie uroku splunął trzy razy za lewe ramię.
- Głupstwa gadasz! To trup! - obruszył się ktoś inny.
- Zamknijcie się wszyscy! - zdenerwował się kapitan, mając już dość tego gadania od rzeczy. - Nie trup, bo widziałem, że się poruszył, a syreny nie noszą ubrań!
- A więc duch! - powiedział z triumfem w głosie jeden z piratów.
- Nie żaden duch, a rozbitek - uciął Pazur, z trzaskiem składając lunetę. - Ktoś, kogo morze postanowiło wyratować, rzucając na Znikający Archipelag, zasługuje chociażby na próbę pomocy. Wywieście flagę "Opuszczam szalupę", zabierzemy go stamtąd. Potrzebuję dziesięciu ochotników!
Za jego plecami zaległa podejrzana cisza. Odwrócił się, unosząc wysoko brwi.
- Powiedziałem; potrzebuję dziesięciu ochotników! - powtórzył, rozzłoszczony.
- Sir... A jeśli to naprawdę duch? - zapytał niepewnie ten sam marynarz co wcześniej.
- Udowodnisz, że tak nie jest! Ty i wasza siódemka! - warknął, wskazując na najbliższych mężczyzn. - Poprowadzę was osobiście, bando śmierdzących, niemytych tchórzy, i osobiście dopilnuję, żeby każdy z was go dotknął! Może w końcu przestaniecie bać się własnego cienia! No, już! Jazda! Do wioseł! Christoph, ciebie też będę potrzebował! Rzucić kotwicę!
- Sir! "Morska Wiedźma" wywiesza flagę potwierdzenia razem z flagą "Opuszczam szalupę"!! Prosi też o chwilę zwłoki! - dało się słyszeć z bocianiego gniazda.
- Dobrze! W takim razie nie odczepiajcie jeszcze lin, poczekamy - zgodził się Pazur, wsiadając do środka. Marynarze włożyli wiosła w dulki i usiedlina ławkach, ale nie odczepili haków trzymających łódeczkę, aby nie odpłynęła, zanim nie przypłyną piratki. Christoph spędził tę chwilę czasu przeglądając zawartość swojej torby z medykamentami, na wypadek, gdyby rozbitkowi była potrzebna doraźna pomoc lekarska.
Po paru minutach usłyszeli skrzypienie wioseł w dulkach i głos Sammy, energicznie podającej tempo wioślarkom.
- Płyńcie za nami! - zarządziła Samantha, kiedy ich szalupy się zrównały.
Marynarze odczepili haki i odepchnęli się piórami wioseł od burty "Conquerora", po czym zaczęli miarowo wiosłować. Kapitan stał na dziobie, podając tempo i wypatrując przeszkód. Na prośbę Christopha pilnował też torby z lekarstwami, która nie miała prawa się zamoczyć.
Szybko zauważył, że w miarę zbliżania się do wysepki Sammy stawała się coraz bardziej nerwowa: nie odrywała wzroku od sylwetki rozbitka, zaciskała szczęki i tylko podawała takie tempo, że piratki ledwo nadążały z wymachami wioseł. Sprawiała wrażenie, że gdyby tylko mogło to coś dać, wskoczyłaby do wody i popychała szalupę, byle szybciej dostać się na skałę. Zanim jeszcze dziób łodki stuknął o brzeg wysepki, wyskoczyła na czarną skałę i szybko przywiązała cumę do wystającej kamienniej formacji. Po czym, zupełnie, jakby odebrało jej to całą energię, zamarła bez ruchu, czekając, aż jej kamratki i piraci z "Conquerora" wysiądą i staną obok niej. Wszyscy w jednej grupie, brodząc po łydki w wodzie, która zdążyła już zalać prawie całą wysepkę, powoli zbliżali się do leżącej postaci.

Rozbitek nie ruszał się w ogóle, jeśli nie liczyć płytkich, nieregularnych oddechów. Leżał na brzuchu, całym ciałem przytulony do skalnego występu, a zimne, morskie fale zalewały go raz za razem. Białą niegdyś koszulę miał w strzępach, brudną i zakrwawioną, nogawki spodni były wystrzępione aż do łydek, a czarne futro, posklejane posoką i mokre od wody, przylegało ciasno do ciała, podkreślając tylko jego wychudzenie. Wokół niego porozrzucane były jakieś śmierdzące resztki - tak na oko, pierze mew i twarde płetwy ryb. Najwyraźniej zdesperowany osobnik pożerał je na surowo, ich mięsem starając się zaspokoić straszliwe ssanie w żołądku, a krwią zwilżyć spragnione gardło. Ogólnie rzecz biorąc, jego powierzchowność nie zachęcała do podejścia bliżej. Dlatego wszystkich zamurowało, kiedy Sammy z nieartykuowanym jękiem przypominającym szloch rzuciła się ku leżącej postaci i nie bacząc na ostre kamienie, padła obok niej na kolana.
- Jackie! Jackie! - powiedziała cicho i wręcz czule prosto do ucha osoby, która poruszyła się nieznacznie. - Wiedziałam, że żyjesz! Zaraz zabierzemy cię na "Morską Wiedźmę"! Trzymaj się, Jackie!



Kliknij tu, aby odsłuchać muzyki z CLAWA!!!
komentarze [24]








Darmowe liczniki!
Moja bandera


Podlinkuj
Dodaj do ulubionych

O bohaterach


Mój drugi statek



Przepłynięte mile

I: Nuda
II: Omar
III: Bajka?
IV: Pasażer na gapę
V: Kobieta na pokładzie..?
VI: Spotkanie z Rudowłosym
VII: Tobołek
VIII: Jackie
IX: Ponowne spotkanie
X:"Jak to pan kapitan dostał po nosie...
XI:"Morska Wiedźma" cz. I
XII:"Morska Wiedźma" cz. II
XIII:Wspomnienia
XIV:Dobre serce kapitana
XV:Spłacony dług
XVI:Problem XVII:Przymierze... i Nemezis
XVIII:Miesiąc później...
XIX:Skały Żółwie
XX:Zemsta morskiego węża
XXI:"Oddali życie w zamian za nasze..."
XXII:P.o. kapitana
XXIII:Twoja Lorelei
XXIV:Trzymaj się..!
XXV:Choroba Jackie
XXVI:Opowieść Jackie cz. I
XXVII:Opowieść Jackie cz. II
XXVIII:Opowieść Jackie cz. III
XXIX:Opowieść Jackie cz. IV i ostatnia
XXX:Co jest w butelce?
XXXI:List
XXXII:Zakład
XXXIII:A figę!
XXXIV:¡Bienvenida, senorita!
XXXV:Spotkanie z Raulem
XXXVI: Gdzie jest Jackie?
XXXVII: Przeszłość i przyszłość