

Nataniel sadził przed siebie wielkimi krokami, niemal nie patrząc, dokąd zmierza. Zwolnił dopiero, kiedy dotarł na skraj lasu i półprzytomnie rozejrzał się wokół siebie.
Na niebie w kolorze aksamitnej czerni migotały tysiące gwiazd; Wydawały się być jednocześnie na wyciągnięce ręki i nieskończenie daleko. Idealnie okrągły księżyc wzeszedł już w pełnej krasie, a jego srebrny blask dodawał urody każdemu przedmiotowi, na który padł. Dzięki tej poświacie widoczność była tak dobra, jak w dzień, ale zarazem każdy, nawet najzwyczajniejszy szczegół krajobrazu wydawał się nowy i tajemniczo piękny. Przed kapitanem rozpościerał się kawałek pustej, porośniętej suchą trawką przestrzeni, oddzielającej zagajnik od miasta. Króciutkie źdźbła szeleściły tajemniczo, kołysząc się delikatnie na wietrze i wydawało się, że cała łąka faluje miarowo... Zupełnie jakby była bokiem wielkiego, pogrążonego we śnie kota, podnoszącym się i opadającym w rytm spokojnego oddechu... Zaś ta chłodna, przyjemnie odświeżająca bryza, która szeleściła wśród drzew za plecami Nataniela i delikatnie przeczesywała mu futro, mogła być tchnieniem tego łąkowego kota.
Nataniel odetchnął, głęboko wciągając powietrze. Miało ten wyjątkowy, niemożliwy do nazwania zapach ciepłej nocy.
"Cudowna pogoda. Pewnie gdzieś w pobliżu snują się przytulone pary i wyznają sobie uczucie aż po grób... Jaka szkoda, że Jackie musiała się tak wcześnie rozstać ze swoim kochasiem. Och, to takie romantyczne... Powiedziałby, że ją kocha, wylał morze łez, pożegnaliby się pod księżycem... A potem on poszedłby do najbliższego burdelu, pogwizdując radośnie." - Nataniel uśmiechnął się drwiąco, ale był to bardzo gorzki grymas. Takie to wszystko słodkie, takie romantyczne... Takie fałszywe.
Wiele lat temu, w zupełnie innym miejscu, ale pod takim samym księżycem w pełni, zniszczono jego marzenia. On też kiedyś był zakochany i nocami snuł się uliczkami rodzinnego miasteczka, z gorącym, czułym sercem i głową po młodzieńczu pustą, lecz lekką od cudownych, nierealnych marzeń. I podczas takiej pięknej, romantycznej nocy, idealnej do przechadzek z uwielbianą osobą... Kotka, której nierozsądnie ofiarował swoje uczucie, przedeptała po jego sercu, nawet nie oglądając się za siebie.
Była od niego starsza o jakieś trzy lata. Od urodzenia mieszkali w jednym miasteczku, ale jakoś nigdy szczególnie nie zwracał na nią uwagi. To znaczy, wiedział o jej istnieniu, a jakże - w końcu razem z kolegami rzucał za nią patyczkami i małymi kamykami, starał się ochlapać ją błotem albo nastraszyć żabą. Bardzo ich śmieszyło, gdy denerwowała się na nich i wymyślała swoim wysokim głosem. A jeżeli dobrze się postarali, to czasem nawet próbowała ich gonić! Lubili jej robić różne małe złośliwości, bo uważała się za taką dorosłą! Całe godziny spędzała nad studnią, mizdrząc się do swojego odbicia i bez przerwy się stroiła, tocząc z matką wielkie batalie o dłuższą sukienkę albo buty na obcasikach, przysługujące dorosłym kobietom. Trzeba jednak przyznać, że fizycznie była nad wiek rozwinięta i jej figura przyciągała natarczywe spojrzenia starszych chłopaków i przyjezdnych marynarzy. Ich zainteresowanie bardzo jej pochlebiało - kokietowała każdego napotkanego kota, niejednokrotnie narażając się na niebezpieczne dla jej "dobrego imienia" sytuacje. W końcu doprowadziła do tego, że bez towarzystwa rozsądniejszej przyjaciółki nie pozwalano jej oddalić się poza własne podwórze! Z tych właśnie powodów była ulubionym obiektem drwin i złośliwych żarcików wszystkich podrostków z całej okolicy, a Nataniel (zwany wtedy jeszcze po prostu Natem) chętnie się do nich przyłączał.
Spojrzał na nią inaczej dopiero po powrocie ze swojej pierwszej pełnomorskiej wyprawy. Dwa tygodnie wśród marynarzy uświadomiły mu pewne sprawy i diametralnie zmieniły jego poglądy dotyczące płci przeciwnej, na którą wcześniej patrzył z politowaniem i pogardą. Krótko mówiąc, Rose (bo tak chyba miała na imię) wydała mu się nagle najcudowniejszą istotą na świecie.
Oczywiście, starał się okazać jej swoje przywiązanie. Chodził za nią jak cień, towarzyszył jej na każdym kroku i próbował się popisać - na przykład tym, jak wspaniale umie chodzić na rękach albo gwizdać na palcach. Podrzucił jej nawet na próg swoje największe skarby: własnoręcznie wykonaną procę i małą fujarkę, wyciętą z trzcinki. Ku jego rozczarowaniu, Rose nie wzruszyły te przejawy oddania. Co więcej, nawet nie zauważyła zmiany w jego zachowaniu! W jej mniemaniu nadal nadal należał do kategorii "te nieznośne robale", do których standardowo zaliczała małych chłopców, owady i szczury. Nie był to bynajmniej ten efekt, na który liczył Nat, lecz jej obojętność utwierdziła go tylko w przekonaniu, że powinien podjąć zdecydowane kroki.
Ciekawe, jak żywe jest to wspomnienie. Upływ lat nawet w najmniejszym stopniu nie potrafił zatrzeć owego wydarzenia w jego pamięci. Wydaje się, jakby to było wczoraj...
Pewnego dnia wyczekał, aż będzie sama rozwieszać pranie na podwórzu. Była to jedyna okazja, aby porozmawiać z nią bez świadków, bowiem gdy zdarzało jej się robić coś w obejściu, nigdy nie towarzyszyły jej przyjaciółki. Nie było takiej potrzeby - Rose nie pozwoliłaby żadnemu adoratorowi zobaczyć się z motyką albo koszem mokrej bielizny, nie trzeba więc jej było przyzwoitki. Mimo to Nat rozejrzał się parę razy, chcąc się upewnić, że są tu tylko we dwoje. Czuł straszliwą tremę: zlewał się potem, kolana drżały mu w niekontrolowany sposób i chyba musiał połknąć kulę do sześciofuntówki, bo jakaś ogromna, zbita masa w gardle uniemożliwiała mu przełknięcie śliny. Był bliski tego, żeby zawrócić i uciec, ale powstrzymywała go duma i szaleńcza nadzieja. "Bądź mężczyzną!" - zbeształ sam siebie w myślach. "Po prostu wyjdź i się odezwij. To przecież nic takiego!" Odetchnął głęboko, wyprostował się i podszedł do kotki, chowając coś za plecami.
- To dla ciebie, Rose! - powiedział cieniutkim dyszkantem, który ze zdenerwowania brzmiał wyjątkowo piskliwie. Kiedy powoli odwróciła się w jego stronę, unosząc wysoko brwi, wyciągnął ku niej rękę z bukietem polnych kwiatów, pieczołowicie zebranych na łące.
Kotka musiała być w wyjątkowo dobrym nastroju, bo zamiast wytargać go za uszy i wyrzucić z ogródka wraz z podarkiem, przyjęła od niego kwiatki. Nic nie powiedziała, tylko się dziwnie uśmiechnęła... Otumaniony idiota, czuł się zbyt szczęśliwy, żeby zauważyć, że był to drwiący grymas. Teraz, z perspektywy czasu widział to wyraźnie, o wiele wyraźniej, niż by sobie życzył.
- Jesteś... Jesteś bardzo ładna! - wykrztusił w końcu, ośmielony jej przychylnym (jak mu się wtedy wydawało) spojrzeniem.
- Miło, że tak uważasz - odparła łaskawie, zadowolona z pochwały. Lubiła komplementy, nawet jeżeli pochodziły od chudych, smarkatych niedorostków o brudnych nogach.
Nat chciałby jeszcze coś powiedzieć, a najlepiej wygłosić płomienny poemat o jej urodzie, ale oczywiście język mu skołowaciał, zaś w głowie miał pusto. Po dłuższej chwili niezręcznego milczenia udało mu się wykrztusić słowa pożegnania i zaraz potem wybiegł z jej ogrodu w radosnych podskokach. Tego dnia przez parę godzin był najszczęśliwszym kotem na świecie! Poszedł do ukochanej, wyznał jej swoje uczucia i spotkał się ze zrozumieniem! A to przecież prawie tyle, co akceptacja, co z kolei znaczy... wzajemność! Idąc uliczkami miasta niemal nie dotykał bosymi stopami ziemi. Ona go kocha, kocha, z pewnością go kocha! Niezdolny usiedzieć w jednym miejscu, ganiał po dworze aż do wieczora, kiedy to wzeszedł piękny, jasny księżyc w pełni, napełniając niesprecyzowanymi marzeniami umysł radosnego młodzika.
I wtedy... zobaczył ją, jak w towarzystwie przyjaciółek i jednego z nieodłącznych adoratorów przechadzała się, głośno rozmawiając. Z początku wydało mu się to kolejnym radosnym darem od losu: oto ma możliwość podziwiać swoją boginię, cieszyć oczy jej widokiem i nasycić się słodkim brzmieniem jej głosu! Przystanął więc pod ścianą i z utęsknieniem nastawił uszu...
Nataniel skrzywił wargi, z politowaniem kiwając głową nad tym młodszym sobą ze wspomnień. Biedny głupiec! Biedny, zakochany po uszy głupiec! Podkradł się na tyle blisko, by słyszeć jej słowa. Ten głos, który brzmiał mu wtedy tak cudnie w uszach, był niczym trucizna...
Stał w miejscu, niezdolny do uczynienia najmniejszego ruchu. Najpierw nie chiał uronić ani słowa, a potem, gdy dotarł do niego sens jej wypowiedzi, po prostu go sparaliżowało. Opowiadała towarzyszom o tym, jak przyszedł ją odwiedzić i wręczył kwiaty...
- Przywlókł się do mnie ten smarkacz, syn rybaka... Pat, czy jak mu tam było... Włazi mi do ogrodu, potykając się o własne nogi i chowa coś za sobą. Stoi jak idiota przez parę chwil, łyka ślinę, to podejdzie krok, to się cofnie o dwa, nos mu płonie jak latarnia. W końcu wyciąga zza pleców jakieś podwiędnięte chwasty, ani chybi zerwane na kompostowniku, i podtyka mi je pod nos. Według niego to chyba miały być kwiaty! Dziwię się, że udało mu się podać je właściwą stroną do góry, wyglądał na tak ogłupiałego, że chyba tylko cudem się nie pomylił! - Kotka przerwała, by przeczesać palcami kasztanowe pukle, obiekt zazdrości wielu koleżanek. Następnie jeszcze obciągnęła na sobie bluzkę, wygładziła spódnicę i dopiero potem kontynuowała:
- O czym to ja mówiłam? Ach, tak. Podaje mi więc ten wiecheć i piszczy: "To dla ciebie! Bo wiesz, jesteś taka ładna!" - przedrzeźniała irytująco wysokim głosem.
- Proszę, proszę... Widzę, że mam konkurenta! - parsknął z rozbawieniem towarzyszący jej kot. Założył ręce za głowę, aby zwrócić uwagę towarzyszki na swoją muskulaturę, ale ona była zbyt zajęta oglądaniem pazurków, żeby poświęcić mu chociaż jedno spojrzenie. - Moja droga, czy mogę zlać smarkacza na kwaśne jabłko już teraz, czy może powinienem poczekać?
- Wstrzymaj się na razie - odpowiedziała leniwie, przystając, by mimo ciemności spróbować przejrzeć się w kałuży. - Szczeniak mnie bawi. Pozwolę mu pętać się koło mnie jeszcze ze dwa dni, a potem możesz go pogonić.
- Oj, nie powinnaś się go pozbywać tak szybko! - zawołała gorliwie jedna z jej towarzyszek, okrąglutka kotka, która zawsze starała się mówić to, co ma ochotę usłyszeć jej wspaniała przyjaciółka. - Taki mały brudas może się przydać - na przykład, gdyby trzeba było przerzucić gnojówkę... Myślę, że gdybyś mu powiedziała, że gdzieś w tę stertę wpadł ci ulubiony pierścionek, przekopałby ją gołymi rękami!
Kotki wybuchnęły głośnym, urągliwym śmiechem, ich towarzysz zawtórował im wesoło. Nat, wcześniej niezdolny się poruszyć, w końcu odzyskał władzę w nogach i czmychnął co sił, byle dalej od tych bezmyślnie okrutnych kpin. Pognał prosto przed siebie jak wariat, nawet nie patrząc, dokąd zmierza i przez resztę nocy kręcił się po okolicy, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Całe szczęście, że kotłujące się pod czaszką myśli nie pozwalały mu podjąć żadnej decyzji, bo mógłby nawet w desperacji popełnić samobójstwo! W końcu, wiele długich godzin później, znalazł go ojciec. Surowy kocur porządnie zlał syna za wałęsanie się samopas po nocy, powlókł za ucho do domu i zamknął w ramach kary w komórce, być może ratując mu tym samym życie.
Nat spędził w ciemnościach następne parę godzin, sam na sam ze swoim obolałym sercem. Nie potrafił dojść ze sobą do ładu: to obiecywał sobie, że nigdy więcej na Rose nie spojrzy, to znowu miał ochotę pobiec do niej i żarliwymi słowami sprawić, by odwzajemniła jego uczucie. Raz chciał uciec na morze, rojąc sobie, że kotka będzie go wtedy żałować, a za chwilę znów najbardziej na świecie pragnął dumnym krokiem podejść do niej, wyrzucić jej okrucieństwo i oznajmić, że nią gardzi. Zraniona miłość własna nie pozwalała udawać, że nic się nie stało, jednak wciąż silne zadurzenie powstrzymywało go przed uczynieniem czegokolwiek, co mogłoby odizolować go od uwielbianej osoby lub sprawić jej (choćby wyimaginowaną) przykrość. Kiedy jego areszt domowy nareszcie dobiegł końca, młody kot nadal nie miał pojęcia, jak zamierza postąpić, lecz ciągnące go ku domkowi Rose uczucie było potężniejsze od zdrowego rozsądku.
Gdy tylko pojawił się w miasteczku, zaraz obskoczyli go koledzy.
- Nat, Nat, słyszeliśmy, żeś dał Rose kwiatki!
- Toś ty taki? Najpierw mówisz, że jak przegląda się w polerowanej tacy to nadyma się jak ropucha, a teraz co? Kłamczuch i zdrajca!
- Zabujałeś się? No, powiedz? Nie chcesz? E, chłopaki, na pewno tak! Słuchajta, nic nie mówi! No, zabujałeś się czy nie?
Nat próbował ich ominąć, ale rozradowani koledzy otoczyli go kołem i nie dawali mu się wymknąć. Wyśmiewali się z niego, poszturchiwali i wciąż zastępowali mu drogę, domagając się odpowiedzi. W końcu, zdesperowany i zawstydzony, wdał się z nimi w szarpaninę, a kiedy tylko udało mu się wydostać, pomknął z powrotem w stronę domu, goniony przez podekscytowanych młodzików prawie pod sam próg.
Jeśli roił sobie, że dadzą mu spokój, to się grubo mylił. Przez następne parę dni nie wychylał nawet czubka nosa na dwór, pogrążony w prywatnej żałobie. Świat na zewnątrz był dla niego pozbawiony sensu, nieczuły i wrogi. Jego kumple z dziecięcym okrucieństwem nie dawali mu spokoju: wystawali pod domem, śpiewając na cały głos: "A Nat się zakoooOOOOchaaał! ZakOOOchał się w RoooOOOse!!!" i rzucając w ściany patyczkami i kamykami. Ojciec, na szczęście, wypłynął na połów i nie miał okazji dowiedzieć się o całej sprawie. Co innego matka: czuła, że coś się święci, zanim jeszcze pod jej oknami pojawili się samozwańczy chórzyści. Z prawdziwym współczuciem starała się ulżyć nieszczęśliwemu synowi, ale nawet rozmowy z nią nie mogły pomóc Natowi: mimo jej pocieszających słów, czuł się samotny, skrzywdzony i niezrozumiany. Gdyby nie to, że wstydził się pokazać światu, chyba utopiłby się w stawiku dla kaczek.
Minął tydzień, potem jeszcze parę dni. Matka miłosiernie nie próbowała go wyciągać na dwór: napomknęła tu i ówdzie, że jej synek jest chory, tłumacząc tym samym jego nieobecność. Po pierwszych pięciu dniach chłopcom znudziło się czekanie, aż Nat wystawi nos z domu i rozbiegli się do ciekawszych zajęć. Mimo to mały Nataniel był nadal pogrążony w głębokiej melancholii, tak niezwykłej dla chłopca w tym wieku. W końcu jego matka straciła cierpliwość i kategorycznie nakazała mu przestać się izolować od świata, popierając polecenie miotłą z brzozowych witek, gdy użalający się nad samym sobą synek nie zechciał jej posłuchać od razu.
Początkowo Nat zaszywał się w lesie albo błądził po polach, starając się nie wchodzić nikomu w oczy, ale w końcu nie wytrzymał i pojawił się w miasteczku. Koledzy trochę z niego podrwili, ale bez szczególnego przekonania, po czym zaraz zaproponowali, żeby połapał z nimi kijanki. Po dwóch dniach wszystko było jak dawniej, z jednym małym wyjątkiem: Nataniel, choć otrząsnął się z zauroczenia, nie zapomniał, co go spotkało... Ani nie przebaczył. Od tego czasu unikał Rose, a i ona, jak łatwo się było domyśleć, absolutnie nie szukała jego towarzystwa. Spotkał ją co prawda parę razy na ulicy, ale chyba nawet go nie rozpoznała: szybko zapomniała o smarkatym kociaku, który podarował jej polne kwiatki i po prostu znów była nieświadoma jego istnienia.
Minęło parę lat, przez które znacznie się zmienił: jak wszyscy w jego wieku poznał wątpliwe uroki dorastania, po których nagle się okazało, że głos mu się nie łamie, a on sam jest o wiele wyższy i jakoś przestał być tak żenująco niezdarny. Odbył też kolejne morskie podróże, tym razem dłuższe, które znacząco na niego wpłynęły: nabrał pewności siebie, zmężniał, poznał trochę świata (a przynajmniej dużo więcej niż przeciętny rybak), zaś ciężka praca na statku sprawiła, że bynajmniej nie wyglądał na słabeusza. Po jednej z takich wypraw powrócił do rodzinnego miasteczka, do rodziców i domu... I natknął się na Rose.
Niewiele się zmieniła: nadal miała wspaniałe kasztanowe włosy, interesującą powierzchowność, wciąż była świadoma własnej urody, pyszna i egocentryczna... Ale mimo odpowiedniego wieku nie została mężatką, a adoratorzy, choć nadal liczni, ulatniali się najdalej po paru dniach. W miasteczku wszyscy wiedzieli, że jest z niej nieużyteczna, zapatrzona w siebie wietrznica, a przyjezdni z reguły nie szukali żony. Tak więc Rose była nadal w stanie wolnym, coraz szybciej opuszczana przez wielbicieli i koleżanki, które miały teraz własne rodziny i mało czasu, żeby szwendać się po mieście. Z każdym dniem bardziej zdesperowana, wcześniej przebierająca w adoratorach jak w ulęgałkach, szukała kogoś do usidlenia...
...I spotkała Nataniela. Zupełnie go nie poznała - w końcu wcale nie przypominał trzynastoletniego, nieśmiałego podrostka, który kręcił jej się kiedyś pod nogami. Widać było, że to młody marynarz, jeszcze nie dorosły mężczyzna, ale przecież wąsy ma już całkiem porządne, a do tego jaki przystojny..! Krótko mówiąc, zachwyciła się nim i zakochała na zabój.
Nataniel ze swej strony nie miał kłopotów z rozpoznaniem Rose. Zbyt dobrze zapamiętał jej twarz - tą prawdziwą, drwiącą i wyniosłą. Najpierw był przekonany, że kotka sobie z niego kpi, potem, gdy przekonał się, że go nie poznała, chciał odrzucić jej towarzystwo ze wstrętem... Po czym wpadł na lepszy pomysł. Minęło sporo czasu, ale choć wyleczył się z zadurzenia, wciąż doskwierała mu urażona miłość własna. Dlaczego więc nie miałby zadośćuczynić zranionej dumie? Pomścić po latach doznane upokorzenie?
Odniósł się więc do wniebowziętej kotki całkiem przychylnie, dał jej znać, że mu się podoba. Towarzyszył jej przez pewen czas w przechadzkach, oczarował i owinął sobie wokół palca... Po czym, gdy dostał, czego chciał, zaśmiał jej się w twarz, oznajmił, że tylko ostatni idiota i desperat ożeniłby się z kimś tak bezużytecznym, nieciekawym i zadurzonym w sobie - i odszedł. Oczywiście, potem szybko musiał poszukać następnej pracy na statku, żeby uniknąć spotkania z rozwścieczonymi braćmi Rose, ale wywarł swoją zemstę, a przecież tylko to się liczyło.
Nataniel wzruszył ramionami i zaśmiał się drwiąco. Tyle lat, a on wciąż nie potrafi wspominać tego bez emocji! Nadal czuł litość i wstręt do tego młodego, sponiewieranego idioty, jakim był kiedyś. Nawet zemsta, która przecież powinna była ukoić jego zranioną dumę i pomóc mu ostatecznie rozprawić się ze wspomnieniami o nieprzyjemnych doświadczeniach, była niska i zaprawiona goryczą. Owszem, dała satysfakcję, ale żadnej radości. A może to i dobrze? W końcu, czy ktoś normalny mógłby cieszyć się z czegoś takiego?
Warknął ze złością i ruszył ścieżką przed siebie, gwałtownie oganiając się od świetlików. Świecące seledynowym blaskiem owady całymi chmarami podlatywały mu do twarzy, zakochane w morskozielonym blasku jego oczu. Otoczony świecącą chmurą wkroczył do miasteczka, zmierzając tam, gdzie będzie mógł zapomnieć o tych paskudnych widokach na zewnątrz, przynoszących jeszcze gorsze wspomnienia.
Nikt z mieszkańców Llanes nie zauważył dwóch okrętów, które około pierwszej w nocy wypłynęły cicho spośród klifów i zniknęły za horyzontem... A nawet jeśli, to przynajmniej nikt nie zaalarmował stacjonującej w mieście straży wybrzeża. Gdy tylko stało się jasne, że nie są ścigani, piraci odetchnęli z ulgą - szybka i zwrotna pinasa pościgowa, mimo swoich żałosnych rozmiarów, mogłaby unikać ich salw armatnich i ostrzeliwać o wiele większe i wolniejsze okręty, dopóki nie poszłyby na dno. Na szczęście, wyglądało na to, że strażnicy nadal smacznie śpią w (niekoniecznie) swoich łóżkach, nieświadomi szerzącego się na ich wodach piractwa.
Ten fakt nieco rozweselił Nataniela, który po dzisiejszym dniu spodziewał się wszystkiego najgorszego. Nocna wyprawa do miasta wcale mu nie posłużyła - wrócił na pokład ponury jak chmura gradowa, do tego spóźniając się o pół godziny. Miał cichą nadzieję, że może spotka w jakiejś ciemnej portowej uliczce senora Jose Marię i okaże mu swoją antypatię, ale wredny Hiszpan nie dał mu nawet takiej satysfakcji. Jakby tego było mało, po powrocie Jackie zdenerwowała go jeszcze bardziej, wpychając się "Wiedźmą" przed "Mongrels Conquerora" i wypływając pierwsza z zatoki.
No, właśnie. Jackie. Spojrzał złym zezem w kierunku drugiego okrętu. Piratki właśnie rozwieszały na rejach lampy, poprzednio zdjęte i zgaszone, żeby ich blask nie był widoczny w Llanes. W złotym świetle nietrudno było rozpoznać panią kapitan, która w otoczeniu swoich załogantek energicznie chodziła po pokładzie. Noc była tak cicha, że ich wesołe śmiechy docierały aż tutaj, drażniąc uszy Pazura. Nataniel parsknął ze złością. Już on wiedział, co je tak bawi! Lorelei na pewno przytacza rozmowę, którą z nim odbyła w lesie. Dobrze, proszę bardzo, niech się śmieją - póki jeszcze mogą. Nie będą takie radosne, gdy on i jego chłopcy zdobędą pierwszy kawałek mapy!
W rzeczywistości Jackie ani wspomniała o swojej pogawędce z Natanielem. Najzwyczajniej w świecie o niej zapomniała, zajęta opowiadaniem o dniu spędzonym w towarzystwie Jose Marii. Historia tak się podobała piratkom, że kazały sobie powtarzać najciekawsze fragmenty i dawały wyraz swojej uciesze, chichocząc i piszcząc rozgłośnie. Co chwila też przerywały swojej pani kapitan, zadając pytania o takie szczegóły, jak kolor oczu jej amanta albo cena chusty, którą od niego dostała. Nic więc dziwnego, że Jackie zachrypła jeszcze na długo przed końcem opowieści.
- A, właśnie - przypomniała sobie jedna z piratek, kiedy w końcu ona i jej przyjaciółki dokładnie przedyskutowały najważniejsze wydarzenie minionego dnia i nie potrafiły już wpaść na żadne nowe pytanie. - A co z tym, jak mu tam... Raulem? Udało ci się czegoś dowiedzieć?
- Pewnie! - wychrypiała Jackie. - Stary moczymorda stracił wszystkie fragmenty mapy, ale potrafi nam mniej-więcej powiedzieć, gdzie się powinny znajdować. Na razie wiadomo o jednym kawałku - jest u kuzyna tego Hiszpana, w Aldea del Vidrio. I tam właśnie teraz płyniemy.
- Aldea del Vidrio? - zaniepokoił się Tabby. - Jest pan zupełnie pewien, kapitanie?
Nataniel spojrzał na niego dziwnie.
- Oczywiście. Coś nie tak? - zapytał, unosząc wysoko brwi.
- Nic oprócz tego, że to miejsce godne przechowywania mapy wyspy skarbów... - wymruczał jego pierwszy oficer.
- Co masz na myśli? - Pazur z irytacją wystukał palcami podwójną "falę" na biodrze. Nie spodziewał się, że następny cel ich podróży wzbudzi jakiekolwiek wątpliwości. Powiedział swojej załodze, dokąd płyną, bo mają prawo to wiedzieć, jednak przez myśl mu nie przeszło, że ktoś będzie miał jakieś obiekcje!
Tabby'emu zaświeciły się oczy i Nataniel nagle zrozumiał, że właśnie zachęcił pierwszego oficera do snucia jeszcze jednej niesamowitej historii, która po raz kolejny może zasiać wśród piratów niepokój... Tak jak chociażby parę miesięcy temu, gdy Tabby lekkomyślnie opowiedział o Znikającym Archipelagu. Nie wiadomo, do czego by wtedy doszło, gdyby kapitan w samą porę nie zdyskredytował tej historyjki. A teraz ten niepoprawny bajarz znowu zamierza snuć jakieś niepokojące morskie opowieści! Może udałoby się go jakoś uciszyć bez wzbudzania podejrzeń?
Ale było już za późno: pręgowany kocur odchrząknął, zaplótł dłonie na dość wydatnym brzuchu i zaczął mówić.
- Słyszałem wiele historii o Aldea del Vidrio. Jak wszyscy wiemy, owa wioska znajduje się w Galicji, w prowincji Pontevedra...
Zebrani wokół piraci zaszemrali potakująco, choć tak naprawdę większość z nich nie miała najmniejszego pojęcia o geografii Hiszpanii.
Tabby zamachał rękami z oburzeniem.
- Proszę o ciszę! - zawołał, niby gniewnie, i piraci natychmiast umilkli. Kiedy pierwszy oficer opowiadał, miał wśród załogi posłuch absolutny. Zwykle kompani traktowali go nieco pobłażliwie ze względu na jego charakter, godny raczej dobrotliwego wujaszka, niż krwiożerczego korsarza... Jednak gdy snuł swoje historie, słuchali go potulnie i wykonywali jego polecenia bez szemrania. Zaś Tabby bardzo lubił wykorzystywać te krótkotrwałe chwile władzy absolutnej.
Napuszył się teraz dumnie, potoczył wzrokiem po zebranych, grzecznie czekających, aż raczy kontynuować. Na szczęście dla nich, nie potrafił zbyt długo milczeć.
- Wracając do tematu: Aldea del Vidrio jest położona na Pustynnym Wybrzeżu, w Srebrnej Zatoce. Pewnie zastanawiacie się, skąd takie nazwy? No, cóż... ci, którzy tam byli twierdzą, że miejscowe plaże ciągną się nawet na kilometr w głąb lądu: z morza wygląda to tak, jakby pustynia rozpościerała się aż do gór na horyzoncie.To naprawdę mało budujący widok, mówię wam! Jak okiem sięgnąć ani plamki zielen, żadnych zwierząt, nic! Nie widać nawet zabudowań, bo wioska jest położona w głębi lądu i schowana za jakąś piaszczystą wydmą. Nawiasem mówiąc, jest to jedyny zamieszkały obszar w promieniu wielu kilometrów! Nie mają tam portu, ba - nawet marnej przystani rybackiej, wyobrażacie sobie?!
Przerwał, potoczył spojrzeniem po skupionych piratach, po czym kontynuował:
- Nie są to zbyt sprzyjające warunki, ale nie do takich miejsc się przybijało, gdy zachodziła potrzeba, prawda? To przecież tylko małe niedogodności, myślicie sobie; jak to możliwe, że wszyscy trzymają się z daleka? Otóż dowiedzcie się, że jest to strefa potężnych wichrów, w której często powstają sztormy. Ale nie to jest jeszcze najgorsze..! - oznajmił, dramatycznie zniżając głos. Zafascynowani piraci cisnęli się bliżej, żeby nie uronić ani jednego słowa.
- ... Kiedy wieje z głębi lądu, żaden okręt ani jakakolwiek żywa istota nie wyjdzie z tego bez szwanku... Ci, którzy mieli dość szczęścia, aby wrócić stamtąd żywi, twierdzą, że przeszli przez... Szklany Sztorm!
Piraci jeszcze przez chwilę wstrzymywali w napięciu oddech, dopóki sens ostatnich słów w pełni do nich nie dotarł. Wtedy rozległy się ciche chichoty, a niektórzy nawet zaczęli kręcić głowami, rzucając sobie drwiące uśmieszki. Spodziewali się co najmniej potwora, a tu co? Czemu niby ten jeden szczególny sztorm ma być bardziej niebezpieczny od całej bezimiennej reszty?
- Uważacie, że to takie zabawne? - zapytał Tabby surowo. - Czy wy w ogóle zdajecie sobie sprawę, o czym mowa? Pewnie wyobrażacie go sobie jako wiaterek o zapachu dymu ze szklanych hut, co? Niech was nie zmyli jego niewinna nazwa! Otóż dowiedzcie się, że jest to potężny, huraganowy wicher, przynoszący ze sobą ostre jak brzytwy kawałki szkła. Czasem są one nawet tak duże, jak mój kciuk! Wyobrażacie to sobie? Wiatr wiejący z prędkością sześćdziesięciu mil na godzinę, ciskający we wszystko szklanymi ostrzami! Te wielkie przeszywają ciało jak sztylety, mogą naszpikować wciąż żywego marynarza jak jeża, albo w całości wbić się w gardło... Te mniejsze, parocalowe tną skórę z niewyobrażalną łatwością - nawet przez futro! Zaś szklany pył - o, tego jest najwięcej! Nie da się przed nim schować: dostaje się wszędzie... - odwrócił się do pirata, który przed chwilą najgłośniej chichotał. - Jeśli go połkniesz lub spróbujesz nim oddychać, potnie cię od środka i przez następnych parę godzin będziesz powoli zdychał, plując krwią... A wystarczy, że parę drobinek wpadnie do oka, abyś nigdy w życiu nie zobaczył już nic więcej! Oto jest Szklany Sztorm! A gdybyście mieli jeszcze jakieś wątpliwości, to dodam, że pół godziny w takich warunkach i z żagli nie zostanie dość materiału nawet na chusteczkę dla damy!
Piraci umilkli - wiadomość wywarła na nich odpowiednie wrażenie. Nikt już się nie śmiał.
- Zaraz... Sir, jeżeli jest tam tak niebezpiecznie, to jak zamierza się pan dostać do wioski? - zapytał w końcu jeden z piratów.
Wszyscy członkowie załogi zwrócili się twarzami w stronę swojego kapitana, patrząc na niego z nadzieją i obawą jednocześnie. Po raz kolejny potrzebowali zapewnienia, że nie muszą się martwić, bo on się o wszystko zatroszczy.
"Dobre pytanie! Skąd ja niby mam to wiedzieć?" - pomyślał Nataniel, ale czując na sobie spojrzenie ponad setki par oczu, głośno powiedział tylko:
- Wszystko w swoim czasie, panowie. Najpierw musimy złapać wiatr w żagle i się stąd oddalić - resztą zajmiemy się później. A teraz do roboty, już!!
Kocury posłusznie rozeszły się do swoich obowiązków, półgłosem komentując zasłyszaną opowieść. Nikt nie wątpił, że ich kapitan poradzi sobie nawet z taką przeszkodą, ale Pazur nie był taki pewny siebie. "Musi być jakiś sposób, żeby się tam dostać - w końcu od czasu do czasu kupcy sprzedają sprowadzone stamtąd wyroby. Tylko jak to bezpiecznie zrobić, nie wzbudzając jednocześnie podejrzeń?" - rozmyślał. Skrzywił się z niechęcią, zdając sobie sprawę, że będzie musiał o to zapytać Jackie. Ale nie ma pośpiechu - najpierw zrobi wszystko, co tylko może, żeby obeszło się bez jej pomocy!
- Jackie! - Sammy wsadziła głowę do kajuty, przerywając swojej pani kapitan przeszukiwanie kufra. - Na "Mongrels Conqueror" wywieszono flagi sygnałowe. Kapitan prosi cię o spotkanie!
- Nareszcie! - Jackie prychnęła zwycięsko, wyciągając głowę i ramiona z wielkiej skrzyni z ubraniami. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale przerwał jej atak kichania, spowodowany unoszącym się znad kufra słodko-zatęchłym zapachem leżących w zamknięciu ubrań i suszonej lawendy.
- Wypłynęliśmy z Llanes prawie trzy dni temu, a on wciąż nie zapytał mnie, jak mamy się dostać do Aldea del Vidrio. Już myślałam, że nie ma pojęcia, co się wyprawia w tych okolicach! - wykrztusiła po chwili, pociągając głośno nosem.
Wstała, przyciskając do siebie dwie suknie.
- Ale dość już o tym! - oznajmiła stanowczo - Mamy zdecydowanie ważniejszą sprawę na głowie. Musisz mi koniecznie pomóc!
- W czym? Coś się stało? - zaniepokoiła się Samantha, podchodząc bliżej.
Jackie pokiwała poważnie głową.
- Owszem - oznajmiła ponuro.- Zupełnie nie wiem, w co się mam ubrać! Spójrz - powiedziała, przykładając do siebie jedną suknię. - Co o tym myślisz? Zamierzam udawać, że jestem córką jakiegoś nowobogackiego, na przykład bardzo zamożnego kupca. Muszę wyglądać jak ktoś, kto ma dość pieniędzy na podróż do Aldea del Vidrio i dokonywanie tam sensownych zakupów, ale jednocześnie nie mogę przezentować zbyt wysokiej pozycji społecznej... Zamierzam sprawiać wrażenie, jakbym jeszcze niedawno pomagała ojcu w sklepie i wciąż nie mogła się przyzwyczaić, że jako wielka dama powinnam bezczynnie siedzieć w hacjendzie i dostojnie zanudzać się na śmierć. No, bo sama pomyśl: wielka pani fatygująca się osobiście do takiej zapadłej mieściny? Nikt by w to nie uwierzył! Dlatego będę taką bogatą parweniuszką. A więc, która sukienka - ozdobiona haftem, czy też koronką?
Pierwsza oficer przyjrzała się krytycznie obu kreacjom.
- Ta pierwsza - zadecydowała. - Koronka jest zbyt droga, zwłaszcza jak na kogoś, kto podróżuje w interesach.
- Tak? Może i masz rację, ale czy tamta nie jest zbyt plebejska? - Jackie nadal się wahała. - Poczekaj, zaraz je przymierzę i zdecydujemy ostatecznie...
- Raczej nie teraz. Przecież Pazur miał przyjść, pamiętasz? - przypomniała jej Samantha. - A w zasadzie to już tu idzie - oznajmiła, wyglądając przez niedomknięte drzwi.
- Och! - Jackie skrzywła się z rozczarowaniem. - Wiesz, co ci powiem? Nie mam najmniejszej ochoty na odwiedziny tego gbura.
- Obawiam się, że nie masz wyboru. Jako kapitan masz obowiązek z nim rozmawiać i ustalać wspólne plany - stwierdziła Sammy, filozoficznie wzruszając ramionami.
- Nie chcę go widzieć! - grymasiła Jackie, wydymając usta. - Cham z niego i impertynent! Naprawdę mnie ostatnio zdenerwował: śmiał wtykać nos w moje życie osobiste! Jaka szkoda, że...
Zamarła przez chwilę w bezruchu, a na jej twarz z wolna wypłynął szczęśliwy uśmiech.
- Ha! A właśnie, że wcale nie muszę się z nim widzieć! I to dzięki tobie! - zawołała, triumfalnie celując wyciągniętym palcem w Samanthę.
- Co? Mnie? Niby jak? - zaniepokoiła się pierwsza oficer, czując się nieswojo w obliczu kolejnego genialnego pomysłu Jackie.
- Najzwyczajniej w świecie: wyjdziesz zaraz do niego i przekażesz mu wszystkie niezbędne informacje. Szybko, łatwo i przyjemnie. Skoro on mógł ostatnim razem przysłać Omara na rozmowę ze mną, to ja tym bardziej mogę wydelegować moją pierwszą oficer! - oznajmiła pani kapitan stanowczym tonem. Założyła przy tym ręce na piersiach, dając przyjaciółce do zrozumienia, że już zadecydowała i zdania nie zmieni.
- Ale to nie wypada! - broniła się słabo Samantha, z góry jednak wiedząc, że jest na przegranej pozycji.
- Bzdury! - ucięła jej protesty Jackie. - Zresztą możesz powiedzieć, że jestem niedomagająca - to zresztą nie będzie dalekie od prawdy. Już na sam jego widok robię się chora...
Nataniel był w dość ponurym nastroju. Myślał intensywnie przez dwa dni, ale miał za mało informacji, żeby stworzyć jakiś genialny plan. Nie znał tutejszych zwyczajów i topografii, a gdyby nie Tabby, nie wiedziałby też zupełnie nic o Aldea del Vidrio. Ba! Nie tylko nie potrafił wykombinować nic sensownego, nie mógł nawet wiarygodnie blefować! I dlatego z prawdziwym bólem serca szedł teraz przez pokład "Morskiej Wiedźmy", aby przyznać się przed Jackie do swojej niewiedzy.
Z daleka zobaczył, że w kajucie pani kapitan coś się dzieje: przez półotwarte drzwi dobiegały go odgłosy podekscytowanej rozmowy, migała mu też raz po raz postać Jackie i chyba Samanthy. Kiedy podszedł bliżej, głosy zamilkły, a za to na zewnątrz wyszła Sammy - w taki dziwny, niezgrabny sposób, jakby ktoś popychał ją ręką w plecy. Drzwi zostały za nią zatrzaśnięte w takim pośpiechu, że niemal przycięły jej ogon. Pierwsza oficer obejrzała się przez ramię z nieco żałosną miną, po czym ruszyła na jego spotkanie.
- Obawiam się, że Jackie nie może się z tobą dzisiaj zobaczyć... - zaczęła, nerwowo przeczesując palcami krótką fryzurkę.
Nataniel zmarszczył gniewnie brwi i spróbował ją wyminąć.
- Jak to, nie może? - warknął rozeźlony. Przyjście tutaj i tak kosztowało go sporo dumy, a ona teraz jeszcze będzie go odsyłać sprzed zatrzaśniętych mu przed nosem drzwi?! Niedoczekanie!
- Mam tu sprawę do załatwienia, i prędzej mnie szlag trafi, niż pozwolę się tak zbyć! - oznajmił gniewnie, sięgając do klamki.
- Nie! - Samantha stanowczo zastąpiła mu drogę. - To nie tak! - dopowiedziała szybko. - Jackie... Jackie nienajlepiej się czuje... I poprosiła mnie żebym przekazała potrzebne ci informacje w jej imieniu...
Nataniel spojrzał na nią sceptycznie. Pierwsza oficer unikała jego wzroku, nerwowo skubiąc brzeg swojej koszuli.
- Możesz mu powiedzieć, że jestem obrażona i nie mam ochoty go widzieć, dopóki mnie nie przeprosi! - rozległ się świszczący szept z okolic dziurki od klucza.
Samanthcie nos spurpurowiał z zażenowania.
- Jackie bardzo przeprasza, że nie może porozmawiać z tobą osobiście, ale jest przekonana, że będzie można nadrobić to zaniedbanie, kiedy tylko poczuje się lepiej..! - zapewniła szybko i nieco zbyt głośno, starając się zagłuszyć "dyskretne" komentarze swojej pani kapitan. Jednocześnie zatkała palcem gadatliwą dziurkę od klucza.
- A jakże! Obawiam się, że nigdy nie będę czuła się wystarczająco dobrze na takie przyjemności..! - wysyczała szyderczoszpara między drzwiami a futryną.
Pierwsza oficer zaparła się plecami o drzwi w żałosnej próbie uciszenia swojej przyjaciółki, wykrzywiając się błagalnie do kapitana, żeby tylko nie dał się wciągnąć w wymianę zdań. Niestety, jej wysiłki nie przyniosły efektów. Pazur tylko uśmiechnął się zjadliwie, nie mogąc sobie odpuścić przyjemności drażnienia Jacklynn.
- To w zasadzie nawet świetnie się składa! - oznajmił radośnie. - Nareszcie jest z kim sensownie pogadać. Bardzo się cieszę, że nie muszę widzieć tej rozwydrzonej złośnicy! Jest niewychowana, kłótliwa, uparta i bezpodstawnie pewna siebie. I ma krzywe kolana! - dodał złośliwie, specjalnie podnosząc głos.
Za drzwiami rozległ się przytłumiony okrzyk oburzenia i klamka poruszyła się, jakby ktoś usiłował je otworzyć od środka. Jednak Sammy z determinacją zaparła się plecami i drewno tylko zadygotało bezsilnie.
- Krzywe kolana... - z lubością wycedził przez zęby Nataniel, specjalnie zbliżając twarz do wypolerowanej powierzchni drzwi. Pierwsza oficer usiłowała go odgonić, ale nie zwracał na nią uwagi.
- Takiś hardy, bo chowasz się za solidnymi deskami z dębiny! Chodź no tu do środka i spróbuj mi to powtórzyć w cztery oczy, cwaniaczku! - rozbrzmiało gniewnie z drugiej strony.
- To raczej ty spróbuj wyjść, o ile dasz radę... - zaproponował kapitan.
- Jackie prosiła uprzejmie, abym ci przekazała, że będziecie udawać, iż pochodzicie z rodziny jakiegoś bardzo bogatego kupca, który ma wielkopańskie zadęcia!!! - ryknęła Samantha, żeby przerwać tą zjadliwą wymianę zdań. - Będziecie chcieli kupić w Aldea del Vidrio jakieś drogie szklane bibeloty, z których słynie ta miejscowość, a przy okazji zamierzacie też się rozejrzeć za możliwością korzystnego handlu w tych stronach. Jackie będzie córką tego zamożnego kupca, a ty jej bliskim krewnym, najlepiej stryjecznym bratem. Chodzi o to, że samotna dama nie może podróżować z niespokrewnionym z nią mężczyzną, a jednocześnie nikt nie uwierzy, że jesteście rodzeństwem, bo nie wygladacie dość podobnie. Przybijemy do brzegu gdzieś w pobliżu A Guarda i tam wysiądziecie na ląd. Pójdziecie pieszo do miasta, a tam zamówicie podróż dyliżansem pocztowym do Aldea del Vidrio - jest tylko jeden taki, jeździ średnio raz na tydzień, więc najwyżej poczekacie w gospodzie. W taki właśnie sposób podróżują do Wioski Szklarzy nieliczni interesanci, dlatego nie wzbudzicie niczyich podejrzeń... - kotka przerwała, żeby złapać oddech.
Nataniel zamyślił się. To był dobry i bardzo prosty plan. Najprawdopodobniej nie napotkają poważnych problemów w jego realizacji, a zagrożenie wyglądało na zredukowane do minimum...
- Jeszcze nazwisko i miejsce pochodzenia! I imię! - dobiegło zza drzwi. Najwyraźniej Jackie, skupiona na powodzeniu misji, zapomniała już o kłotni.
- Tak, racja. Jackie to teraz Juana Ferrer Catala-Roca, ale najlepiej zwracaj się do niej "kuzynko". Ty jesteś Nahuel Ferrer Mayne. Te imiona zaczynają się podobnie do waszych prawdziwych, więc łatwiej będzie wytłumaczyć ewentualne pomyłki. Twój stryj, a ojciec Jackie - przepraszam, Juany - jest handlarzem bławatnym w mieście Gijon. Postaraj się zachowywać jak na spadkobiercę bogatego kupca przystało - bądź chciwy i raczej skąpy, szukaj wszędzie okazji do interesów, trochę zadzieraj nosa. Jednocześnie przy każdej okazji opowiadaj, że twoja rodzina ma szlacheckie korzenie, które tylko trzeba zatwierdzić w urzędzie - wszyscy Hiszpanie, któży zebrali znaczniejszy majątek, starają się dowieść, że płynie w nich błękitna krew. To nikogo nie dziwi. I możesz od czasu do czasu wspomnieć, że jesteś gotów udowodnić swoje pochodzenie podczas pojedynku. Musisz też dbać o cześć swojej kuzynki i naskakiwać na każdego, kto będzie próbował się do niej zalecać - Hiszpanie są przewrażliwieni na punkcie rodzinnego honoru. Dobre imię twojej kuzynki jest dobrym imieniem całej rodziny i rękojmią powodzenia w interesach - tak to musisz widzieć. I to by było chyba na tyle - zakończyła Samantha.
Nataniel zdał sobie sprawę, że wybałusza na nią oczy. Nie spodziewał się aż tak szczegółowych wskazówek! Plan jest niby taki prosty, a tu proszę: tyle drobiazgów do zapamiętania!
- Bardzo... dokładne dane. Czy to aby na pewno niezbędne? - zapytał, pocierając w zakłopotaniu szczękę. Nigdy nie był dobry w uczeniu się takich rzeczy, musiałby chyba powtarzać sobie te informacje bez przerwy, od rana do wieczora...
- A nie wystarczyłoby, gdybym miał to zapisane na karteczce i nosił ją w kieszeni..? - zapytał z nadzieją.
- Wykluczone! Od teraz wyrwany ze snu w środku nocy powinieneś twierdzić, że nazywasz się Nahuel Ferrer Mayne! Razem z Jackie parokrotnie musiałyśmy podszywać się pod różne osoby i wierz mi, że bez wykucia tego wszystkiego na pamięć się nie obejdzie - oznajmiła Samantha tonem eksperta, mentorsko podnosząc palec do góry. - Plan może istnieć tylko w ogólnych zarysach, bo i tak nie da się przewidzieć wszystkiego i lepiej przerabiać go na bieżąco. Jednak postacie, w które się wcielasz, muszą być jak najbardziej realistyczne, a tego efektu nie da się osiągnąć bez uprzednich przygotowań. Czy nie uważasz, że to byłoby podejrzane, gdybyś nie reagował na własne imię, mylił się przy nazwie rodzinnego miasta, czy też za każdym razem podawał inny zawód, którym się trudnisz? No właśnie! Aby oszustwo się udało, musisz naprawdę stać się osobą, za którą się podajesz! Wymyśleć sobie prawdopodobny życiorys, umieć opowiedzieć parę związanych z nim anegdotek, bez zająknięcia podawać swoje koligacje i znajomości... Jackie jest prawdziwą artystką, jeśli o to chodzi. Osobiście uważam, że gdyby tylko dać jej parę dni czasu, potrafiłaby wcielić się nawet w króla Francji!
Z kajuty dobiegło ciche mruczenie ukontentowania, którym Jacklynn zareagowała na pochwałę.
- Masz trzy dni, żeby przyzwyczaić się do nowego imienia, kuzynie - przemówiła po hiszpańsku zza drzwi niskim, nieco chrapliwym głosem, właściwym rodowitym Hiszpankom. - I dobrze się postaraj, bo jeżeli ktoś podejmie podejrzenia co do naszych prawdziwych tożsamości, możemy oboje zawisnąć!

Nataniel wracał przez miasto bardzo zadowolony, pogwizdując pod nosem. Cały dzień spędził w tawernie, pijąc dobre wino i przysłuchując się rozmowom klientów. Wieści były dla niego pomyślne - okręty Hiszpańskiej Floty zajmowały się obecnie patrolowaniem wodnej granicy z Francją i w najbliższym czasie nie zamierzały wracać do kraju. Co więcej, póki co nikt jeszcze się nie zorientował, że groźny pirat Nataniel Joseph Pazur kręci się po okolicznych wodach, więc handel nadal kwitł i małe jednostki bez żadnych obaw przewoziły swoje ładunki. Kapitan nie usłyszał, co prawda, o żadnych szczególnie wartościowych celach, ale też nie spodziewał się niczego nadzwyczajnego. Żywił za to nadzieję, że będą mogli sobie pozwolić na złupienie jakiegoś statku gdzieś bardziej na zachodzie: wioska Aldea del Vidrio, ich następny cel podróży, leżała bowiem w prowincji Pontevedra, wystarczająco daleko od Llanes, żeby pogłoski o ataku piratów nie wzbudziły zbyt dużego niepokoju. Z pewnością ucieszy to jego kompanów - bardzo dawno nie mieli już okazji do porządnego abordażu.
Usłyszał też ciekawe historie - na przykład tę rozmowę hiszpańskich kupców. Jeden z nich jakiś czas temu wrócił z Anglii (bo mimo nieprzyjaznych stosunków dyplomatycznych i częstych wojen, handel między wrogimi sobie państwami zawsze się opłacał) i głośno dawał wyraz swojemu zdumieniu obcym krajem.
"Wyobraź sobie" - mówił do towarzysza - "że całe Wyspy zamieszkane są tylko przez koty! I to tak wrogo nastawione do psów, że nawet gość chroniony immunitetem dyplomatycznym zostałby zabity z cichym przyzwoleniem miejscowych władz. Uwierzyłbyś? Ale to nie jest jeszcze najdziwniejsze! Słyszałem, jak zachęcają do zaciągania się na okręty, które sprawiają kłopoty naszej Flocie. Wiesz, co mówili? Że należy walczyć z Hiszpanami, aby wyzwolić tutejsze koty od, za przeproszeniem, "kundlej plagi", która nas zniewoliła i zmusza do służenia królowi. To po prostu niesłychane!"
Wtedy to Nataniel poczuł się nieco zakłopotany i przestał słuchać. Sprawa tutejszej mieszanej społeczności była dla niego, delikatnie mówiąc, wstydliwa.
Angielska propaganda głosiła, że Hiszpania była niegdyś państwem jedynie kocim, ale wiele wieków temu (nikt jakoś nie precyzował, kiedy) została zaatakowana i podbita przez psy, które założyły tam swoje osady i zadomowiły się na dobre. Według oficjalnej, angielskiej wersji, mieszkające tu koty oczekują wybawienia od okrutnych rządów, pragnąc zguby swoich kundlich prześladowców. Ewentualnych kocich żołnierzy na okrętach Hiszpańskiej Floty, przeczących tej teorii, okrzykiwano wobec tego podłymi zdrajcami i kolaborantami, którzy zawsze się przecież zdarzają. Było to tym łatwiejsze, że Hiszpańska Piechota Morska rzeczywiście składała się prawie wyłącznie z psów. Takie przedstawienie sprawy dawało wygodny pretekst do częstych, zaciekłych ataków na hiszpańskie okręty, a dodatkowo czyniło z tego coś w rodzaju świętej wojny, toczonej w słusznej sprawie. Jednak dla marynarzy szybko przestało mieć znaczenie, czy walczą z kotem czy psem - Hiszpan to Hiszpan, wróg i tyle.
Kiedy Nataniel pierwszy raz odwiedził Hiszpanię przeżył prawdziwy szok - koty i psy żyją wspólnie i w przyjaźni! W żadnym wypadku nie spodziewał się czegoś takiego - w końcu, czy to mało się nasłuchał o okrutnych rzeziach, jakie podobno miały tu miejsce na każdym kroku? Rozpowszechniane przez oficerów i starych marynarzy krwawe opowieści o okrutnych aspektach codziennego życia psów z hiszpańskimi kotami stawiały futro dęba. Tymczasem wszystkie te historie okazały się... jedynie fikcją! Poważnie zachwiało to wtedy jego światopoglądem i podkopało patriotyzm - kto wie, czy nie był to jeden z powodów, dla których potem został piratem?
Minął go jeden z jego załogantów, kiwając mu dyskretnie głową. Nataniel nawet nie spojrzał w jego stronę, ale skwitował pozdrowienie nieznacznym drgnięciem końca ogona. Jeszcze wczoraj zakazał piratom nazywania go kapitanem i chodzenia dużymi grupami, żeby nikt nie nabrał podejrzeń. Przykazał im też, żeby stawili się na pokładzie przed północą. Oczywiście, jak zwykle wylosowano paru pechowców, którzy musieli zostać i pełnić wartę, dopóki któryś z ich kolegów nie przyjdzie z miasta... Choć raczej nieczęsto zdarzało się, żeby piraci z własnej woli wrócili wcześniej.
Pazur wysiedział się już dość w tawernie i postanowił wrócić na statek, żeby zmienić kogoś, kto jeszcze nie miał okazji wykorzystać swego czasu wolnego. Słońce dopiero zbliżało się ku zachodowi - jakiś szczęściarz będzie miał dość czasu, żeby wyhulać się na zapas...
Tak samo jak rankiem, wybrał drogę przez mniej uczęszczane rejony Llanes - co w tym wypadku znaczyło jedynie, że nie musiał rozpychać się łokciami. O tej porze bowiem mieszkańcy tłumnie wylegali na ulice miasteczka, aby rozkoszować się przyjemną wieczorną bryzą, przynoszącą w rozgrzane popołudniowym słońcem alejki świeży i rześki zapach morza. Nataniela kusiło, żeby skorzystać z okazji i ukraść jakiś mieszek czy też torebkę, jednak rozsądnie się powstrzymał. Nie był szczególnie zdolnym kieszonkowcem, zaś taktyka "łap łup i w nogi" wiązała się ze zbyt dużym ryzykiem. Nie może sobie na coś takiego pozwolić; w końcu jeszcze parę razy tu wróci, a prawdopodobieństwo, że ktoś go rozpozna i tak jest duże, więc nie powinien dodatkowo zachęcać mieszkańców do zapamiętywania jego twarzy. Dlatego też poprzestał na przyglądaniu się barwnym strojom mijających go przechodniów.
Kiedy tylko minął ostatnie domy, przyspieszył kroku, aby jak najszybciej opuścić rozgrzaną ścieżkę i ukryć się w cieniu lasu. Między drzewami było o wiele chłodniej i bardziej wilgotno. Zielone liście, mimo iż nieco wypłowiałe od słońca i przykurzone pyłem z piaszczystych dróżek, szeleściły tak samo jak w Anglii. Spacer przez zagajnik był wyjątkowo miłym przeżyciem dla kogoś, kto od paru miesięcy widział tylko falujące morze, toteż Pazur się nie spieszył. Kiedy w końcu dotarł do klifu, pod którym cumowały "Morska Wiedźma" i "Mongrels Conqueror", zapadał już zmrok. Rozluźniony i zadowolony zbliżył się do krawędzi urwiska, żeby popatrzeć na oba okręty...
Za plecami usłyszał jakiś szelest i odgłosy stawiania ostrożnych kroków. Ktoś tam był i go zauważył! Nataniel spiął mięśnie i odwrócił się, gotów do odparcia ataku...
- Och, nareszcie jesteście! Tak się martwiłam!
Zza drzew wyskoczyła na dróżkę Samantha, uśmiechając się do niego z ulgą. Kapitan popatrzył na nią z niejakim zakłopotaniem i schował pazury, z powrotem się rozluźniając. Ostrożności nigdy za wiele, ale głupio mu było, że tak gwałtownie reaguje na byle hałas.
- Naprawdę długo się nie pojawialiście! Nie mogłam wytrzymać i przyszłam tu, żeby obserwować, czy nie idziecie... - Sammy przerwała i rozejrzała się z niepokojem, nagle zdając sobie sprawę, że kapitan jest sam. - A gdzie Jackie?
- Rozstaliśmy się rano, zaraz po wizycie u Raula. A co, jeszcze jej nie ma? - Nataniel postawił z ciekawością uszy. O ile dobrze pamiętał, Lorelei chciała od razu wracać na statek...
Samantha zamarła w doskonałym bezruchu. Gdyby właśnie przechodził obok jakiś znawca sztuki, pewnie zachwyciłby się doskonałym posągiem i postawiłby przed nią tabliczkę: "Rzeźba pt. "Zgroza", autor: Nataniel J. Pazur".
- Puściłeś ją samą? - wykrzyknęła, odzyskawszy w końcu mowę. - Poszedłeś do miasta i pozwoliłeś jej wracać samotnie?
- Miałem sprawę do załatwienia - bąknął kapitan, z niepokojem stwierdzając, że z jakiegoś powodu nie jest w stanie spojrzeć przestraszonej kotce w oczy. - Przecież jest dorosła i umie sobie radzić...
- O której wyszliście od Raula? - wpadła mu w słowo Sammy. - Nie wiesz? Zaraz... Jackie wylądowała na brzegu koło piątej... Pół godziny, no, czterdzieści pięć minut na dojście do miasta, kwadrans na znalezienie jego domu, godzinka na rozmowę... Czyli widziałeś ją ostatnio koło siódmej rano? A jest prawie dwudziesta..! - Samantha miała w oczach czystą panikę, głos jej drżał. - Nie planowała żadnego długiego pobytu w mieście, a nawet gdyby zamierzała zrobić wielkie zakupy, to już dawno powinna wrócić! O nie, nie, nie...
- Zawsze mówiła, że doskonale sobie radzi sama i nie potrzebuje niczyjej pomocy - wytknął Pazur, "zapominając" dodać, że to drugie dotyczyło tylko jego skromnej osoby.
- A co, jeśli ktoś ją okradł? Pobił? A może zabłądziła? Leży gdzieś nieprzytomna w jakiejś uliczce... - Sammy trzęsła się ze zdenerwowania, obejmując się rękami. Zupełnie go nie słuchała! - Albo ją rozpoznano i siedzi w ciemnej, zimnej celi!
- Na pewno nic z tych rzeczy! - usiłował uspokoić ją Natniel, ale sam czuł narastającą obawę.
- I co ja mam zrobić?! Nie mogę iść do miasta! Nie mam odpowiedniego ubrania ani czernidła do futra i praktycznie nie potrafię mówić po hiszpańsku! Jak ja ją znajdę?! - Samantha nie potrafiła dłużej stać w bezruchu i zaczęła nerwowo krążyć po ścieżce. - I co teraz, co teraz?!?!?!
- Uspokój się! Ja pójdę jej poszukać! - Nataniel nie mógł już dłużej wysłuchiwać jej pełnych przerażenia jęków... A poza tym, chciał w ten sposób uspokoić odzywające się w nim wyrzuty sumienia.
- Naprawdę? - Sammy zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na niego z nadzieją. - Zrobisz to?
- Przyprowadzę ją z powrotem, nie martw się - obiecał, starając się wyglądać na pewnego siebie. - Wracaj na statek i czekaj cierpliwie - to może trochę potrwać.
- Och dziękuję, dziękuję! - kotka z radości usiłowała rzucić mu się na szyję, ale Pazur zdążył się odsunąć. Samantha opamiętała się i schowała ręce za plecami, usiłując ukryć zakłopotanie. - To... powodzenia - wymamrotała ze skrępowaniem.
- Jasne, dzięki - mruknął Pazur, idąc jeszcze przez chwilę tyłem, żeby upewnić się, że żaden nowy, dziwaczny pomysł nie strzeli jej do głowy. Potem odwrócił się i potruchtał z powrotem dróżką, którą przed chwilą przyszedł. Miał tylko nadzieję, że kiedy znajdzie Jackie, ta będzie jeszcze żywa...
Starał się biec przez cały czas, dlatego zanim dotarł na przedmieścia dostał kolki i z trudem łapał oddech. Po krótkich zmaganiach z własnym ciałem dał za wygraną: zwolnił i wlókł się przed siebie noga za nogą. Nie miał bladego pojęcia, gdzie może być Jackie - możliwości było mnóstwo, a większość z nich oznaczała dla niej marny koniec. W więzieniu? Gdzieś w jakiejś kupie śmieci pod płotem? A może raczej u Raula? To byłoby nawet prawdopodobne, w końcu mogła do niego wrócić, żeby dowiedzieć się czegoś jeszcze... Ale nie, przecież bała się znaleźć z nim sam na sam w jednym pomieszczeniu... W takim razie gdzie może się podziewać?!
Na dworze było już dość ciemno i przechodnie rozeszli się do domów. Odgłos kroków kapitana niósł się opustoszałymi uliczkami, odbijając się echem między ścianami stojących blisko siebie budynków. Nataniel nie miał pojęcia, gdzie zacząć poszukiwania, więc po prostu szedł przed siebie, bacznie przypatrując się wszystkim pogrążonym w mroku zaułkom, w których możnaby porzucić zmasakrowane ciało. Nie chciał zapeszać, ale czuł, że tylko tyle mogło zostać z Jackie. Bo z jakiego innego powodu nie wracała przez tyle godzin..?
Dochodząc do skrzyżowania z małym, brukowanym placykiem usłyszał czyjąś rozmowę, więc mimowolnie zwolnił kroku i zaczął się przysłuchiwać. Głosy wydawały mu się jakby znajome... Obudziło to jego czujność - jakoś tak się dziwnie składało, że większość spotkanych kiedyś osób, których głosu nie rozpoznawał od razu, nie było jego przyjaciółmi... Raczej wątpliwe, żeby któryś z jego osobistych wrogów pojawił się cichaczem w środku Llanes, ale ostrożności nigdy za wiele. Nataniel dotąd chodził żywy po tym świecie właśnie dlatego, że potrafił przyczaić się i nastawić uszu, kiedy coś wzbudziło jego podejrzenia.
Stąpając cichutko podszedł do narożnika domu i wyjrzał, kryjąc się w cieniu. I cóż się ukazało jego oczom? Niedaleko niego stała Jackie z tym swoim zalotnikiem, który trzymał ją za ręce! Coś takiego! To Samantha odchodzi od zmysłów ze strachu, a on sam lata po mieście, wsadzając nos w każdy kąt i szukając trupa, a tymczasem co?! Szanowna pani kapitan doskonale się bawi, flirtując z jakimś pacanem! Nataniel już chciał wypaść zza rogu i powiedzieć Lorelei, co o niej myśli, ale w tej chwili Jose Maria się odezwał i kapitan odruchowo zamarł w bezruchu, żeby posłuchać.
- Okrutny los nas rozłącza, ale możesz być pewna, że nigdy o tobie nie zapomnę! - zawołał żarliwie czarny kocur, ściskając oburącz drobne dłonie Jackie.
- Ja również zawsze będę o tobie pamiętać - zapewniła Jacklynn, robiąc melancholijną minę nieszczęśliwej heroiny romansów.
- Czy jesteś pewna, że musisz wracać sama? Nie mogę być z tobą ani chwili dłużej? - dopytywał się jękliwie senor Jose Maria.
- Niestety, tu nasze drogi się rozchodzą. Być może jeszcze kiedyś się zobaczymy, ale do tego czasu - żegnaj! - oznajmiła Jackie, dramatycznym gestem przykładając rękę do czoła (przedtem musiała uwolnić ją z uścisku swojego amanta, który nieszczególnie chciał na to pozwolić).
- A więc, nie - żegnaj, lecz - do zobaczenia! Zawsze będziesz w moim sercu! - zawołał Hiszpan, obsypując jej dłoń pocałunkami.
Nataniel uniósł ze zdumieniem brwi. Proszę, proszę, już jej nie "senorituje", tylko mówi per "ty"? I do tego nie dość, że ją trzyma za rączki, to jeszcze ośmiela się całować? W świetle pruderyjnych hiszpańskich zwyczajów, jakie rano przedstawiła mu Lorelei, wyglądało to niemal na molestowanie seksualne...
Jacklynn w końcu udało się uwolnić od nachalnego adoratora i ruszyła w stronę majaczącego zza domów zagajnika, raz po raz odwracając się i rzucając Jose Marii pożegnalne spojrzenia, na które on każdorazowo odpowiadał głębokim ukłonem. Pazurowi coraz bardziej zbierało się na wymioty. Miał dość tej całej szopki, ale skoro już nie wparował na scenę na samym początku, to nie mógł się poruszyć, zanim oboje sobie nie pójdą. Po nieskończenie długim czasie Lorelei w końcu znikła z pola widzenia, a wtedy jej adorator wsadził ręce w kieszenie, odwrócił się na pięcie i odszedł w swoją stronę. "Jakoś nie wygląda na szczególnie zasmuconego" - pomyślał z ironicznym uśmieszkiem Nataniel. Odczekał jeszcze chwilę, żeby mieć pewność, że żadne z nich nie wróci, po czym szybkim krokiem podążył za Jacklynn.
Dogonił ją zanim jeszcze weszła do lasku. Jackie szła przed siebie raźnym krokiem, rozluźniona, w dobrym humorze, z delikatnym uśmiechem na ustach. Odwróciła się, żeby zobaczyć, czyje kroki słyszy na ścieżce i wyglądała na zdziwioną jego widokiem.
- O to, ty - powiedziała całkiem przyjaźnie. - Nie spodziewałam się, że cię jeszcze dziś spotkam.
- Pewnie myślałaś, że to twój przylizany wielbiciel, co? - warknął Pazur. Nawet w jego uszach zabrzmiało to bardzo zgryźliwie.
Jackie spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
- Podglądałeś! - zawołała, oskarżycielsko marszcząc nosek.
- Niechcący byłem świadkiem waszej romantycznej schadzki. Och, byliście taaaacy słodcy. Aż się mdło robiło - Nataniel wsadził ręce w kieszenie, z rozdrażnieniem zauważając, że od Jackie czuć delikatny zapach piżma, charakterystyczny dla męskich perfum. Sugerowało to WYJĄTKOWO bliskie kontakty towarzyskie.
- Nie trzeba było patrzeć - Jackie okazywała wyjątkową cierpliwość i ani na chwilę nie traciła humoru.
- "Zawsze będziesz w moim sercu!" - przedrzeźniał Nataniel przesadnie wysokim głosem. - "Nigdy o tobie nie zapomnę!" Naprawdę mu wierzysz? - przyspieszył kroku, żeby jej spojrzeć w twarz.
- Oczywiście, że nie! - Jacklynn zaczęła w końcu zdradzać oznaki irytacji. - Dobrze wiem, że nie mówił na poważnie - ja zresztą też nie. Po prostu podobało nam się zachowywanie w taki sposób.
- Hipokryzja i dwulicowość! Też mi rozrywka!
- A z ciebie taki wzór cnót wszelakich, żeby mnie pouczać? Moralizator się znalazł! Zresztą, nie masz racji - oboje znaliśmy reguły gry, byliśmy wobec siebie uczciwi. Nie oczekiwałam od niego prawdziwego uczucia, a on nie spodziewał się, że uwierzę w jego zapewnienia. Za to oboje mieliśmy ochotę przez chwilę udawać, że on jest moim galantem. Taki flirt; jeśli rozumiesz, co mam na myśli! - Jacklynn nieco skrzywiła pełne wargi, podając w wątpliwość jego osiągnięcia na tym polu.
- Lepiej, niż sobie wyobrażasz! - odparł wyniośle Nataniel. Rzeczywiście, jeśli tylko miał czas, lubił zadawać się z bardziej cnotliwymi kotkami - kontakty z paniami lekkich obyczajów nawiązywał tylko wtedy, gdy miał mało czasu, albo miasto było tak skrupulatnie patrolowane, że dla bezpieczeństwa nie mógł wychodzić poza dzielnicę portową. Oczywiście, uwodzenie wymagało dużej ilości wolnego czasu i nie było tak proste, jak pójście do najbliższego zamtuzu, ale to mu odpowiadało. Lubił wyzwania na każdym polu - również, jeśli chodzi o podboje miłosne.
- Doprawdy? Czemu więc z takim świętym oburzeniem się mnie czepiasz? - prychnęła gniewnie Jackie i zamilkła wyczekująco, ale jako że Nataniel nie uznał za stosowne jej odpowiedzieć, kontynuowała:
- Wiesz, co myślę? Że ty jesteś najzwyczajniej w świecie zazdrosny.
Kapitan drgnął, zaskoczony, ale mimo tego udało mu się nadać swojemu głosowi odpowiedni ton.
- Doprawdy? - zapytał jadowicie. - Bardzo jestem ciekawy, o co. Może o jękliwy głosik wielce szanownego senora Jose Marii?
Jacklynn zatrzymała się nagle, zmuszając do tego i jego. Odwróciła się nieco w jego stronę i oparła dłonie na biodrach. Lekko przechyliła głowę na bok, uśmiechając się delikatnie, znacząco. Posłała mu ciepłe, wiele obiecujące spojrzenie spod gęstych rzęs. Jej duże, zielone oczy błyszczały w mroku.
- A może raczej o mnie? - wymruczała głosem, który Natanielowi natychmiast skojarzył się z gorącą czekoladą. Był słodki, kuszący... i gęsty.
Pazur bezwiednie cofnął się o krok, mocno zszokowany. Co to ma być?! Czy ona całkiem zgłupiała! Przecież nie znosi go wprost bezgranicznie - i to z pełną wzajemnością! Ale... Z zażenowaniem poczuł, że krew zaczyna w nim krążyć żywiej. Zdumienie, zakłopotanie i konsternacja szybko jednak ustąpiły miejsca złości, kiedy uświadomił sobie, że Jackie, wciąż w nastroju do flirtu, po prostu próbuje na nim swoich sił.
- Jesteś pewna, że nie uderzyłaś o coś głową? - zapytał odrobinę zachrypniętym z nadmiaru różnych emocji głosem. - Też coś! - zaśmiał się urągliwie, wracając do równowagi psychicznej. Czuł coraz większy gniew na Jackie, która próbowała się zabawić jego kosztem. - I możesz schować te swoje śliczne minki dla kogoś naprawdę zdesperowanego - mnie nie nabierzesz. A nawiasem mówiąc... Cudowny senor Jose Maria coś chyba słabo się spisał, skoro patrzysz na mnie takim wzrokiem... Jesteś pewna, że nie wolałabyś spędzić jeszcze godzinki albo dwóch w mieście?
Jackie w ułamku sekundy zmieniła postawę z uwodzicielskiej na wojowniczą.
- Jak śmiesz! - zawołała, prostując się jak struna i zaciskając dłonie w pięści. - Kto dał ci prawo komentować moje życie osobiste? Ja cię nie pytam, z kim się spotykasz i co wtedy robisz, więc bądź łaskaw to uszanować! I wiesz co? To raczej ty powinieneś wrócić do Llanes i poszukać sobie odpowiedniego towarzystwa, bo inaczej kosmate myśli nie dadzą ci spać. Myślę, że wiesz, gdzie szukać odpowiedniego przybytku, prawda? A jakbyś zabłądził... Zamknij oczy i kieruj się słuchem. O tej porze miasto jest ciche, więc miejsce, którego szukasz, będzie słychać z odległości paru przecznic...
To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i pomaszerowała dalej. Ze zdenerwowania stawiała tak duże kroki, jakby nosiła spodnie, przez co spódnica usiłowała owinąć się wokół jej nóg i ogólnie utrudniała chodzenie. Gdyby pani kapitan nie otaczała tak potężna i budząca respekt aura urażonej godności, z pewnością byłby to zabawny widok.
Nataniel został sam na środku drogi. Wsadziwszy ręce w kieszenie, przyglądał się oddalającym plecom Jackie i doznawał mieszanych uczuć. Spodziewał się satysfakcji ze zwycięstwa w potyczce słownej, ale triumf odczuł jako mały i dziwnie gorzki. No i nadal był zły. Niech sobie idzie sama, jak chce...
Nagle przypomniało mu się, że kiedy rano się z nią rozdzielił, znikła aż do wieczora i że w zasadzie obiecał Sammy przyprowadzić jej panią kapitan osobiście, całą i zdrową... A jeśli Jackie znowu gdzieś po drodze zniknie?
- Czekaj, odprowadzę cię! - zawołał w jej kierunku, ale ona nawet się nie zatrzymała.
- Uprzejmie dziękuję, ale nie skorzystam! - doszedł go z oddali jej przytłumiony głos.
"Nie, to nie!" - pomyślał z urazą Nataniel. "Ale jeśli teraz się zgubi, to nie będę jej znowu szukać!". Postał jeszcze chwilę, zastanawiając się, co teraz zrobić. Zostało mu parę godzin do (zarządzonej zresztą przez niego samego) zbiórki na pokładzie, a nie chciał iść z Jackie. Z drugiej strony, nie podobało mu się też słuchanie jej rad - w końcu to właśnie ona ironicznie zaproponowała mu powrót do miasta.
Przez łagodnie szeleszczące liście zaczął przesączać się miękki, biały blask. Wschodzący księżyc posrebrzał każdy, nawet najdrobniejszy szczegół krajobrazu, wydobywał z mroku lasu fakturę szorstkiej kory, gładź lśniących listków i nieliczne źdźbła trawy wychylające się spomiędzy potężnych korzeni drzew. Nataniel podjął decyzję. "Nie byłem na lądzie od paru miesięcy. Mam chyba prawo do odrobiny rozrywki!"
Odwrócił się i raz jeszcze zaczął iść do miasta, starając się wyrzucić z pamięci złośliwe słowa Jacklynn, które mogłyby popsuć mu humor.
Jackie tymczasem przebyła drogę dzielącą ją od skarpy wznoszącej się nad okrętami. Spojrzała z góry na nieruchome, wydawałoby się, statki, stojące na wyjątkowo spokojnej wodzie, w której wyraźnie odbijał się wschodzący księżyc. Morze szumiało cicho i łagodnie, ciemnogranatowe, prawie czarne fale raz po raz lizały wąski skrawek plaży u podnóża klifu, żeby potem się cofnąć. Lorelei stała bez ruchu, z zapartym tchem podziwiając ten piękny widok, dopóki nie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy.
"Na pełnym morzu woda byłaby teraz tak gładka i nieruchoma, że wiernie odbijałaby całe niebo... Wydawałoby się, że statek żegluje w kosmosie, mając gwiazdy nad sobą i pod sobą..." - pomyślała. To przypomniało jej, że powinna już być na pokładzie - pewnie dziewczyny się o nią strasznie martwią. Poczuła lekkie wyrzuty sumienia; kiedy przyjmowała zaproszenie Jose Marii na śniadanie, nie spodziewała się, że rozwinie się to w coś więcej - była pewna, że najgorętsze godziny dnia spędzi już na "Morskiej Wiedźmie". I zdążyłaby wrócić na czas nawet po spacerze, gdyby nie ten kubeł z brudną wodą. Przecież nie mogła przewidzieć, że ktoś ją znienacka obleje pomyjami, zmuszając do spędzenia następnych paru godzin na przywrócenie ubioru do stanu używalności..!
"Później będzie czas na usprawiedliwianie się - teraz powinnam jak najszybciej dostać się na statek!" - upomniała samą siebie. Tylko... Jak ma tego dokonać? Gdyby było widno, obserwatorka na pewno zauważyłaby swoją panią kapitan na szczycie klifu i piratki wysłałyby po nią szalupę. Jednak teraz, kiedy jest ciemno, nie da się dostrzec kociej sylwetki na tle lasu, a nawet jeśli, to trudno ją rozpoznać...
Wychyliła się ostrożnie poza krawędź urwiska, sprawdzając, czy na dole ktoś jest. Może na nią czekają? Przyjemnie zaskoczona odkryła, że u stóp klifu majaczy kształt łódki i od czasu do czasu ktoś się tam porusza. A więc nie będzie problemów! Ucieszona, podkasała spódnicę i zaczęła schodzić ścieżynką w dół. Odczuwała jednocześnie zadowolenie, dezaprobatę i wyrzuty sumienia. "To cudownie, że mogę od razu popłynąć na "Wiedźmę", ale dziewczyny nie powinny były siedzieć tu przez cały czas... Przeze mnie czekały parę godzin!" - myślała, coraz bardziej zawstydzona. "Koniecznie muszę je przeprosić!"
Kwadrans potem z prawdziwą ulgą opuściła niebezpieczną, kamienistą ścieżkę i postawiła nogę na wilgotnym piasku. Chodzenie w pantofelkach po mokrej plaży nie należy do najprzyjemniejszych czynności, ale przynajmniej nie musiała już się obawiać, że lada chwila runie w przepaść.
- Hej, hej! Już jestem! Przepraszam, że tak długo to trwało! - zawołała i zamachała na powitanie ręką.
W łódce zapanowało poruszenie: parę postaci zaczęło podnosić się z ławek wioślarskich, na których wcześniej leżały, a głowy osób siedzących odwróciły się w jej stronę. W głębokim cieniu rzucanym przez kamienną skarpę nie mogła rozpoznać kim są, ale ich sylwetki wyglądały zupełnie nie tak, jak powinny...
Kiedy podeszła bliżej, ze zdumieniem stwierdziła, że to rzeczywiście nie są jej przyjaciółki. Z szalupy spoglądali na nią bardzo zdziwieni piraci z "Mongrels Conqueror". Sądząc po ich wyrazach twarzy, oni również nie spodziewali się jej tutaj zobaczyć. Poza tym patrzyli jakoś tak dziwnie... z konsternacją i zafascynowaniem jednocześnie.
- Hej, laleczko, co tutaj robisz? - zapytał jeden z nich, stając przed nią i błyskając zębami.
Jackie wytrzeszczyła oczy. Załoganci Pazura byli bezczelni i mieli wyjątkowo kiepską opinię o jej piratkach, ale jeszcze nigdy żaden z nich nie ośmielił się odezwać w taki sposób DO NIEJ! Czy ten impertynent naprawdę myśli, że miałaby opory przed poczęstowaniem go piorunem?
W tym samym momencie, w którym na twarzach pozostałych kotów zaczął pojawiać się wyraz gwałtownego zainteresowania, Jacklynn zdała sobie sprawę, że po prostu jej nie poznali. Nie widzieli jej przebranej i pewnie sądzą, że to jakaś tutejsza kicia przyszła w odwiedziny... Skoro tak, są usprawiedliwieni.
- Szukam transportu na statek, przystojniaku - odparła z humorem, zdejmując z głowy chustę, żeby bardziej przypominać "zwykłą" siebie.
Kot-podrywacz wyraźnie się zmieszał, jego towarzysze pospiesznie zaczęli oglądać własne stopy.
- Oooo... Dobry wieczór, pani kapitan... Ja, ja przepraszam, nie poznałem pani, nie odważyłbym się... - wyjąkał, przygarbiając ramiona i nerwowo wyłamując sobie palce.
- Nie gniewam się - zapewniła go z łaskawym uśmiechem, starając się nie okazać rozbawienia jego nagłą pokorą. Piraci dyskretnie odetchnęli i wyraźnie się rozluźnili.
- Co tu robicie, panowie? - zapytała przyjaźnie, składając chustę w schludną kostkę. - Dlaczego o tej porze nie jesteście w mieście albo na statku?
Jej rozmówca wzruszył z rezygnacją ramionami.
- Czekamy na kapitana - mruknął bez szczególnego entuzjazmu. - Kiedy zaczęło się robić ciemno, przysłano nas tutaj, żebyśmy go nie przegapili jak przyjdzie... No więc jesteśmy.
"Ktoś na pokładzie "Conquerora" był bardziej przewidujący od moich załogantek" - pomyślala Jacklynn jednocześnie z uznaniem i niezadowoleniem. Ciekawe, czy to był Tabby? A może raczej Omar? Tak czy inaczej, musi znaleźć inny sposób, żeby dostać się na statek...
- A na mnie nikt tu nie czeka - westchnęła melancholijnie, starając się nakierować swojego rozmówcę na pożądany przez nią temat.
- Jak zaczęło się robić ciemno, pani przyjaciółki też przypłynęły, ale nie na długo. Pierwsza oficer została trochę tam, na górze, ale potem zamachała na nie lusterkiem i wszystkie razem odpłynęły - poinformował ją kot, wsadzając ręce w kieszenie. Wyraźnie zapomniał już o swojej gafie i czuł przemożną potrzebę pogadania.
- I jak ja teraz wrócę? - zmartwiła się Jackie, okręcając czarny lok wokół palca. Jednocześnie spod oka obserwowała, czy kocur wpadł na pomysł, o który jej chodzi, czy może będzie musiała go prosić.
Pirat lekko zakołysał się na piętach, wyraźnie coś rozważając. "No, dalej! Zaproponujesz mi pomoc, czy nie?" - zastanawiała się Jacklynn, czekając cierpliwie.
- W zasadzie... - powiedział powoli, oglądając się na towarzyszy - Moglibyśmy chyba panią podwieźć...
- Och, naprawdę? Jak miło z waszej strony! - Jackie klasnęła entuzjastycznie w ręce, niesłychanie zadowolona. Dostanie się na statek - to raz, ale cieszyło ją też, że kot sam wpadł na ten pomysł. Może jednak kamraci Pazura nie są aż tak beznadziejnymi przykładami braku wychowania!
Piraci nie dali za wiele po sobie poznać, ale odniosła wrażenie, że są zadowoleni z pochwały. Bez słowa wyleźli z szalupy i zaczęli ją spychać na wodę.
Kiedy zgrzyt przesuwającej się po piachu łódki został zastąpiony delikatniejszym odgłosem szorowania stępki o dno morskie, wioślarze zaczęli przełazić przez burty i usadawiać się na ławeczkach. Część kotów została jednak w wodzie, żeby zepchnąć szalupę na głębinę.
Marynarz, z którym Lorelei rozmawiała, ruszył w ich stronę, ale zawahał się, przystanął i obejrzał na nią, obrzucając jej suknię pełnym zwątpienia spojrzeniem.
- Hmmm... Może panią przenieść? - zaproponował ostrożnie, zerkając na stojących w wodzie piratów. Mieli spodnie mokre aż po uda, a przecież byli dość wysocy.
- Jeśli to nie byłby za duży kłopot - Jacklynn uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Nie do wiary, zaproponował to całkowicie z własnej inicjatywy! Była pod wrażeniem.
Kot zawahał się przez chwilę, po czym zbliżył się i ostrożnie wziął ją na ręce, chwytając pod kolanami jedną ręką i podpierając jej plecy drugą. Był taki spięty, jakby niósł w ramionach porcelanowego jeża - nie dość, że delikatne, to jeszcze pożałujesz, jeśli mocniej ściśniesz. Lorelei doszła do wniosku, że jej zdolności magiczne muszą budzić u piratów duży respekt, skoro kocur był tak przestraszony tym, na co właśnie się ośmielił.
Lekko ją podrzucił, żeby poprawić chwyt, po czym ostrożnie wszedł w wodę. Brnięcie przez zimne fale z ciężarem w ramionach z pewnością nie było proste ani przyjemne, ale nie miał z tym większych problemów. Jackie zastanawiała się, czy nie powinna otoczyć jego karku ramieniem, żeby było mu łatwiej, ale doszła do wniosku, że kot z wrażenia mógłby ją upuścić. I tak miał wyraźne problemy ze znalezieniem kompromisu między chęcią niesienia jej z dala od siebie, (byle tylko nie pomyślała, że specjalnie ją do siebie przyciska), a potrzebą trzymania jej blisko, żeby nie wyśliznęła mu się z rąk. Nie wiedział, że nie musi się bać: Jackie, szczerze ubawiona jego zachowaniem, była w dobrym nastroju, a na dodatek uznała go za dość przystojnego i nie miałaby nic przeciwko, gdyby ją przytulił do siebie mocniej - w pewnych akceptowalnych granicach, oczywiście.
Piraci skupieni dookoła szalupy przerwali wchodzenie do środka i przyglądali im się z uwagą i fascynacją. Po chwili któryś z nich gwizdnął urągliwie i wszyscy zaczęli się śmiać i świstać przeciągle przez zęby. Jackie postanowiła nie zwracać na to uwagi, ale poczuła, że "jej" pirat sztywnieje i napina mięśnie. Zastanowiło ją, czy jest zły na kolegów, czy może raczej przestraszony tym, co ona sobie pomyśli... Tak czy inaczej, miała dzięki temu okazję zaobserwować rysującą się wyraźnie muskulaturę kota i dodać mu punkty za wygląd. W zdumiewającym tempie piął się coraz wyżej w jej prywatnym rankingu poznanych kocurów.
Dotransportowanie jej do szalupy zajęło piratowi trochę czasu, bo z każdym krokiem było głębiej i poruszanie się sprawiało mu coraz większą trudność. Zgromadzeni dookoła łódeczki koledzy patrzyli na jego wysiłki z cynicznym zaciekawieniem, nie robiąc nic, żeby mu pomóc. Jednak wbrew ich nadziejom, Jackie dotarła na miejsce całkowicie sucha i bardzo zadowolona ze swojego tragarza. Nie omieszkała zresztą dać mu tego do zrozumienia.
- Ale ty jesteś silny! - zamruczała z uznaniem, kiedy ostrożnie usadowił ją na ławeczce z przodu szalupy.
"Jej" kocur wypiął z dumą pierś. Był wyraźnie zadowolony z pochwały, czego nie można było powiedzieć o reszcie piratów. Zabuczeli kpiąco, rzucając mu jednak zazdrosne spojrzenia. Sądząc po ich minach, będzie miał z nimi ciężką przeprawę, kiedy tylko Jackie znajdzie się poza zasięgiem wzroku.
Piraci zajęli swoje miejsca. Jeden kot podepchnął łódkę naprzód, aby nabrała rozpędu, po czym wgramolił się od strony rufy, kiedy tylko jego koledzy zaczęli wiosłować. Jackie, wygodnie siedząca na ławeczce dziobowej, przyglądała im się z przyjemnością. "I to jest właśnie jedna z nielicznych zalet posiadania męskiej załogi" - pomyślała, patrząc na pracę ich mięśni. "Kocury wspaniale wyglądają jako wioślarze!".
Łódka gładko mknęła po wodzie i już po dziesięciu minutach zbliżyła się do burt "Morskiej Wiedźmy" na odległość głosu.
- Ahoj, szalupa! - rozbrzmiał mocny, kobiecy głos. - Skąd jesteście i kogo wieziecie?!
- Ahoj tam, na pokładzie! - odpowiedział jej pirat z rufy łódki. - Szalupa z "Mongrels Conquerora" wioząca kapitana prosi o pozwolenie na dobicie do burty!
Zabrzmiało to wyjątkowo formalnie, ale tylko ostatni idiota obrażałby członków innej załogi, płynąc drewnianą łupiną w zasięgu ich dział.
- Udzielam! - odkrzyknęła im kotka.
Tuż przed tym jak dotarli w cień okrętu, z góry sfrunęła drabinka, rozwijając się w locie. Jackie z uznaniem stwierdziła, że kocury znały swój fach - szalupa dotknęła burty okrętu z cichutkim stuknięciem, ustawiając się do niej idealnie równolegle. Wyglądało na to, że piraci w małych ilościach, pozbawieni "zbawiennego" wpływu swojego kapitana, mieli naprawdę wiele zalet. I nawet nie byli tak strasznie źle wychowani, na jakich wyglądali w dużej grupie!
- Dzięki za podwiezienie, panowie. Jestem wam naprawdę bardzo wdzięczna! - powiedziała, wstając i przechodząc wzdłuż ławek. Odpowiedział jej niezobowiązujący pomruk, mający zapewne oznaczać "Nie ma za co", albo "Proszę uprzejmie".
- A tobie chciałabym złożyć szczególne podziękowania! - oznajmiła, patrząc na kota, który ją przeniósł. - Nie sądziłam, że mogę tu spotkać kogoś tak uprzejmego jak ty... -zawiesiła głos, mając nadzieję, że przedstawi.
- James, pani kapitan! - nie zawiódł jej. - Czy może wnieść też panią na pokład? - zapytał gorliwie, pozwalając sobie na przymilny uśmiech.
Propozycja była na miejscu, zważywszy, że pantofelki na obcasach niespecjalnie nadawały się do wspinaczki po drabince sznurowej. Jednak, żeby wejść z nią na górę, James musiałby przerzucić ją sobie przez ramię jak worek kartofli, a to już niespecjalnie jej się podobało.
- Dziękuję, poradzę sobie sama; ale miło, że pytasz! - odpowiedziała, uśmiechając się do niego przychylnie. Kot był wniebowzięty tak wyraźnym dowodem jej sympatii i po prostu puchł z dumy. Jego koledzy za to popatrywali na niego nieco zawistnie, z obiecującym, dość złośliwym uśmieszkiem na twarzach. I dobrze, niech się uczą, jak wielką zaletą jest uprzejmość! Jackie miała przeczucie, że dzisiejsza przygoda da im motywację do lepszego zachowania wobec kotek.
Westchnęła, zebrała luźne fałdy spódnicy w lewą dłoń, a prawą zaczęła sobie pomagać przy wchodzeniu. Szczebelki drabinki sznurowej uginały się pod podeszwami jej butów, a obcasiki zaczepiały o drabinkę, gdy chciała przestawić nogę. Co więcej, tak jak przewidywała, kiedy tylko wspięła się pierwsze dwa metry w górę, piraci stłoczyli się tuż pod nią i zaczęli się intensywnie przyglądać, mając nadzieję, że uda im się zajrzeć jej pod spódnicę. Nie spodziewała się niczego innego - w końcu, mimo ich dzisiejszego uprzejmego zachowania, są to piraci i nie należy od nich za wiele wymagać! Jednak mocno ją to peszyło, a wchodzenie na obcasach po drabince sznurowej, już zaliczające się do ekwilibrystyki, stało się prawdziwym sportem ekstremalnym, gdy usiłowała przy tym nie pokazać nic wyżej kostki. "Ciekawe, czy gdybym zaczęła spadać im na głowy, próbowaliby się odsunąć, czy może raczej zaryzykowaliby skręcenie karku, byle zobaczyć, jaką mam bieliznę?" - zastanowiła się przez chwilę. Albo jej brak. Głowę by dała, że stali tutaj, bo liczyli, że zobaczą właśnie brak bielizny. Świntuchy.
- Dobry wie... Jackie! - Maggie, która pojawiła się nad balustradą, wyraźnie była zaskoczona. - To ty! Kiedy obwołali kapitana, myślałam, że to, no, ICH kapitan! Och, jak dobrze, że jesteś! - pisnęła radośnie, pomagając jej dostać się na pokład.
- Wszystkie zaczynałyśmy się już porządnie martwić. Nie, żebyśmy myślały, że coś ci się stało, ale jednak... Co tak długo robiłaś? - Maggie rozgadała się na dobre. Usiłowała w ten sposób ukryć odczuwaną ulgę - nie chciała okazać, że bała się, iż jej pani kapitan nie da sobie sama rady w mieście!
- Zwiń drabinkę i przyjdź do mojej kajuty z Rudą, to wam opowiem - zachichotała Jacklynn. -Tylko daj mi chwilę, muszę powiedzieć Sammy, że wróciłam.
- Jackie! - zduszony głos Maggie zatrzymał ją w pół drogi. - O co im chodzi?
- A co się takiego dzieje? - Jacklynn, podekscytowana perspektywą opowiedzenia przyjaciółkom o Jose Marii, praktycznie zapomniała o istnieniu piratów.
- Jeden z nich leży przewieszony przez burtę szalupy, a reszta na nim siedzi, wykręca mu ręce i próbuje wepchnąć jego nos pod wodę - zrelacjonowała kotka.
- Doprawdy? Spokojnie, nie przejmuj się - Lorelei machnęła ręką z niejakim zadowoleniem. - Po prostu się bawią. Są zazdrośni, wiesz.
- Nie widziałam czegoś takiego, od kiedy moi bracia wyrośli z zapasów w błocie! - zachichotała Maggie, wychylając się przez balustradę.
Z dołu zawtórowały jej radosne wrzaski i wściekły bulgot.

Zanim Pazur zdążył ją wyminąć, podeszła do odrapanych drzwi i stanowczo zapukała, owinąwszy uprzednio dłoń w rąbek fartucha.
Odpowiedziała jej cisza.
Niezrażona tym Jackie poczęła łomotać w nadgniłe drewno z taką energią, że aż płaty złuszczającej się farby fruwały w powietrzu. Po dłuższej chwili, kiedy zniecierpliwiony Pazur zaczął już rozważać wdarcie się do środka siłą, wewnątrz zapanowało jakieś poruszenie. Rozległ się rumor, następnie jęk i parę przekleństw, a potem ich uszu dobiegł schrypnięty, zapijaczony głos:
- Nie mam żadnych pieniędzy! Oddam, gdy tylko dostanę, słowo honoru..! Nawet z PROCENTEM, tylko nie hałasuj, bo mózg mi zaraz wycieknie przez uszy!
- Ja nie w tej sprawie! - odkrzyknęła Jacklynn, przestając się dobijać. - Mam do pana interes, senor! Może pan na tym sporo zyskać!
Taka obiecująca propozycja wygłoszona kobiecym głosem wystarczyła, żeby wywabić kocura z jego kryjówki. Rozległo się ciężkie człapanie, następnie skrzypnięcie odsuwanych rygli, po czym drzwi uchyliły się odrobinę, a w powstałej szparze łypnęło nieufnie mętne, niegdyś zapewne intensywnie zielone oko. Zlustrowało uważnie postać Jacklynn, zarejestrowało obecność Pazura - i znikło. Po chwili wahania drzwi otwarły się na oścież, a na progu, mrużąc zaczerwienione ślepia w blasku budzącego się dnia, stanął gospodarz.
Bez wątpienia kiedyś był żeglarzem - świadczył o tym ociężały sposób poruszania się i stare marynarskie ubrania. Jednak poza tym wcale nie przypominał kota morskiego - obrósł tłuszczem, a jego niegdyś stalowe mięśnie zwiotczały od długiego nieróbstwa. Brudny, wydzielający nieprzyjemną woń zwalisty kocur był karykaturą prawdziwego żeglarza, żałosnym wspomnieniem lepszych czasów. Nie znaczyło to jednak, że można go było zupełnie zlekceważyć- wciąż miał dość siły, aby przysporzyć poważnych kłopotów, a prawą dłoń niepokojąco pewnie trzymał na rękojeści noża.
- Senor Raul? Możemy porozmawiać? - Lorelei śmiało postąpiła naprzód, udając, że nie zauważa broni u jego pasa.
Grafitowo czarny kot uniósł brwi, z niejakim zdumieniem badając wzrokiem jej młodą, pociągającą sylwetkę, jakby zastanawiając się, czego taka śliczna kotka szuka w takim miejscu jak to.
- Tak, to ja... Zapraszam, senorita! - wychrypiał po skończeniu oględzin, odsuwając się, aby mogła wejść. Zrobił jej jednak tylko tyle miejsca, aby przechodząc musiała się o niego otrzeć. Jacklynn przesmyknęła się zwinnie obok, jednak nie udało jej się zupełnie uniknąć z nim kontaktu - musiała dotknąć go ramieniem i biodrem. Nataniel zauważył, że choć bardzo uważała by nie okazać obrzydzenia, dość zauważalnie się wzdrygnęła i nieco zbyt pospiesznie weszła w głąb ciemnego, cuchnącego pomieszczenia. Raul odprowadził ją... wyraźnie niedobrym spojrzeniem. Niewróżącym nic dobrego.
Nataniel podszedł bliżej, a wtedy kocur natychmiast odwrócił się w jego stronę, do połowy wysuwając broń z pochwy.
- Pana nie zapraszałem, senor! - warknął, nie siląc się nawet na uprzejmość.
- Wchodzimy razem, ja i senorita - albo żadne z nas! - oświadczył lodowato Nataniel, spoglądając mu w kaprawe ślepia. Z wnętrza rudery dobiegło go stłumione, lecz równie stanowcze przytaknięcie Jacklynn. Nie miała najmniejszego zamiaru zostać z Raulem sam na sam, nawet gdyby ta decyzja miała ją kosztować utratę mapy.
Hiszpan zawahał się, ale nie miał wyboru - cofnął się do środka, dając Pazurowi wolną drogę. Jego szczęście, że nie próbował kapitanowi utrudniać przejścia - gdyby chciał się i o niego otrzeć, Nataniel bez chwili wahania wybiłby mu parę spróchniałych zębów.
Wewnątrz chaty było mroczno i cuchnąco, wszędzie walały się jakieś rupiecie, niewyraźnie rysujące się w lepkich ciemnościach. Czuć było stęchły zapach dawno nie zmienianej pościeli, słodkawy aromat zleżałego rumu, a także suchą, wypełniającą nozdrza woń starego, spróchniałego drewna. Jednak nad tym wszystkim dominował drapiący w gardle, ciężki, doprowadzający do mdłości odór potu pijaka, przetrawionego bimbru, wymiocin i tłustego, niemytego futra.
Wszystko to zaatakowało czuły nos kapitana z taką siłą, że niewiele brakowało, a zgiąłby się wpół i zwymiotował. Wstrzymał powietrze i rozpaczliwie starał się zachować godność - gdyby nie dał rady powstrzymać przyziemnych odruchów, jego miłość własna mocno by ucierpiała. Załzawionymi oczyma dojrzał Jacklynn, która wbijała sobie pazurki w przedramię żeby nie zemdleć i z trudem oddychała przez usta. Ten widok pomógł mu się opanować, więc wziął z niej przykład, chociaż miał wrażenie, że na języku osiada mu gruba, obrzydliwie kleista warstwa zmaterializowanego smrodu.
Gdyby Raul miał ochotę teraz zaatakować, mógłby pokroić Nataniela na kawałki, podczas gdy on tylko słaniałby się na nogach i charczał. Na szczęście, ich gospodarz był zajęty - po zamknięciu drzwi poczłapał ciężko do brudnego stołu i zapalił zaśniedziałą lampkę, dodając zawiesisty fetorek płonącego oleju do (i tak już obezwładniającej) puli zapachów. W migotliwym, nikłym świetle wykonał zapraszający gest, wskazując im dwa rozpadające się krzesła.
Nataniel ruszył w jego stronę, za nim na miękkich nogach podążyła Jacklynn. Wyraźnie była już na skraju wytrzymałości, a po tym wszystkim musiała jeszcze usiąść na chwiejnym mebelku, tak blisko starego kocura! Niestety nie miała wyboru, bowiem wiedziała, że pertraktacje na stojąco wprowadzają nieufny nastrój - a na to nie mogli sobie pozwolić. Zaciskając dłonie opuściła się więc na siedzenie, sztywna jak drewniana kukiełka. Gospodarz specjalnie ustawił jej krzesło blisko swojego, ale Lorelei szybko przesunęła się z meblem w stronę Nataniela, niemal przyciskając się do kapitana ramieniem. Pazur pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek - wyraźnie był dla niej mniej odpychający od Raula. Czyż nie powinien czuć się mile połechtany?
Hiszpan spojrzał na nich ciężkim wzrokiem.
- Podobno macie do mnie jakąś sprawę - bardziej stwierdził niż zapytał. Patrzył przy tym na Lorelei, ale wyraźnie czuł, że i Pazur ma tu coś do powiedzenia, dlatego też nie odważył się całkiem go zlekceważyć i łypał na niego co jakiś czas.
- Cóż, senor - powiedziała Jackie, próbując pogodzić mówienie z oddychaniem. - Mamy dla pana smutną wiadomość; pański "przyjaciel", senor Christobal de Ortega Quesada, nie żyje. Chciał pana oszukać i zagarnąć skarb dla siebie, jednak zginął, pojmany na wyspie przez tubylców, a swoje części mapy rzucił do morza i najprawdopodobniej nikt nigdy ich nie odnajdzie.
- Skąd o nim wiecie?! - Raul wyprostował się gwałtownie, aż stołek jęknął żałośnie pod jego zwalistym cielskiem. Odchylił się do tyłu, żeby ukryć twarz w ciemnościach panujących poza kręgiem światła rzucanego przez lampkę, ale Nataniel zdążył zobaczyć zimny, morderczy błysk w jego oku. Christobal miał rację - ich gospodarz rzeczywiście był niebezpiecznym, bezlitosnym zbójem o pirackim sercu.
- Z odnalezionego listu, senor - Jackie wyciągnęła zza dekoltu papier znaleziony w butelce (Raul uśmiechnął się na ten widok dość obleśnie). - Proszę przeczytać, a wszystko pan zrozumie. Większa część to opis waszej pierwszej podróży, ale to co pana - i nas - interesuje, zaczyna się, o, tutaj.
Podała mu list i cofnęła dłoń na tyle szybko, że nie zdążył jej dotknąć. Hiszpan wziął stary papier, przysunął sobie do zaczerwienionych oczu i mozolnie począł składać zdania, litera po literze. Sapał przy tym i po cichu wymawiał sylaby, męcząc się z nimi niepomiernie. Wyraźnie czytanie nie było jego mocną stroną.
Podczas gdy ich gospodarz katował swój analfabetyzm, mogli na spokojnie przeanalizować sytuację. Pazur nie był przekonany, czy granie z Raulem w otwarte karty to mądry pomysł. Uważał, że temu podrzynaczowi gardeł nie można ufać - gdyby Hiszpan uznał, że jest to dla niego korzystne, oszukałby ich bez skrupułów. A jeśli dowie się, kim są, z pewnością będzie chciał wydać ich władzom... O ile jest na tyle głupi, żeby nie wiedzieć, że wtedy straże od razu przymkną i jego. To taki kot, od którego trzeba się trzymać najdalej, jak to tylko możliwe, bo samo przebywanie w jego towarzystwie grozi czymś paskudnym - i nie chodzi tu jedynie o pchły.
Raul w końcu dotarł do ostatnich linijek listu i z hukiem rozpłaszczył go łapą o stół.
- Ha! A więc ten oszukańczy słabeusz zdechł tak, jak na to zasłużył! Wielki pan pochodzę-z-dobrej-rodziny złożony w ofierze przez dzikusy! Mam nadzieję, że bardzo bolało, hehehehehe..! - zarechotał, po czym urwał, widząc ich lekko zszokowane spojrzenia. - Hm, hm. No tak. Jednak nadal nie rozumiem, co ja mam z tym wspólnego.
- Cóż, senor... Sam pan widzi, że zdobycie kompletnej mapy skarbu jest zupełnie niemożliwe, przez co jej osiągalne kawałki są teraz bezwartościowe. Na szczęście, tak się składa, że w ramach... żyłki kolekcjonerskiej... Jestem skłonna odkupić będące w pańskim posiadaniu fragmenty mapy. Cóż powiedzieć - lubię zbierać różne ciekawostki. Taki kobiecy kaprys. - Jacklynn najwyraźniej przemogła jakoś obrzydzenie i dała radę rzucić Raulowi uwodzicielskie spojrzenie spod półprzymkniętych powiek.
- Ja również jestem zainteresowany kupnem, senor Raul! - Natanielowi nie podobało się, że musi to powiedzieć otwarcie; teraz Hiszpan będzie mógł podbijać cenę i dać mapę temu, kto zapłaci więcej. Jednak kapitan nie miał wyjścia, bo inaczej Jackie byłaby jedyną chętną i bez wątpienia wygrałaby zakład!
Raulowi oczy błysnęły chciwie, jednak pochylił głowę, składając czoło na opartej na stole ręce.
- To bardzo hojnie z waszej strony, los senores. Jednak musicie mi wybaczyć, jestem w tej chwili nieco... skołowany i nie mogę należycie rozważyć waszej propozycji - wychrypiał boleściwie. Było jasne, że chce zyskać na czasie, aby przemyśleć jak też wyciągnąć od nich możliwie najwięcej pieniędzy.
Jednak Jackie okazała się wyjątkowo przewidująca - z ozdobnego fartucha wyciągnęła pękatą butelkę rumu i postawiła ją z głośnym stuknięciem na stole.
- To oczywiste, że taka niespodziewana oferta wymaga przemyślenia, senor - uśmiechnęła się do niego. - Mam jednak nadzieję, że to - tu zapukała pazurkiem w grube, ciemnozielone szkło - pozwoli panu przemóc niedyspozycję i możliwie jak najszybciej dobić targu.
Raul szybkim ruchem sięgnął po butelkę, odkorkował ją zębami, powąchał i pociągnął spory łyk z gwinta. Chwilę potrzymał rum w ustach, po czym przełknął z błogim uśmiechem na mordzie.
- Widzę, że doskonale zna pani potrzeby mężczyzny, senorita - mruknął, oblizując wargi i wbijając w nią niepokojąco intensywne spojrzenie - słucham więc pani propozycji.
Lorelei po raz kolejny się wzdrygnęła, ale dała radę utrzymać uśmiech na twarzy. Pazur podziwiał jej opanowanie i umiejętności aktorskie - trzymała się dzielnie, chociaż najchętniej pewnie uciekłaby stąd z krzykiem i zwymiotowała parę przecznic dalej.
- Cóż, senor... - powiedziała powoli, udając namysł. - Jak dla pana, mogę zapłacić... Trzy reale za fragment mapy. W srebrnej monecie!
To była wyjątkowo korzystna propozycja, zważywszy, że dwa reale dniówki stanowiło minimum życiowe. Do tego używając srebrnych monet unikało się dodatkowej opłaty, uiszczanej w przypadku korzystania z miedziaków. Dwanaście reali w srebrze za cztery kawałki mapy stanowiło więc niezłą przynętę dla kogoś, kto od paru dni nie miał w ustach ani kropli rumu. A jeszcze ten trunek, który Jacklynn mu podarowała... Zdecydowanie, zdobyła sobie przychylność starego kocura.
- Kusząca oferta, senorita! - Raul znów popił z butelki. Alkohol szybko zaczynał działać - Hiszpan już odzywał się głośniej i miał bardziej nerwowe, nienajlepiej skoordynowane ruchy.
- W istocie tak jest, senor - Nataniel postanowił wkroczyć do akcji - Jednak moja bardziej przypadnie panu do gustu. Cztery reale za sztukę.
Jackie uśmiechnęła się słodko.
- Siedemnaście reali za komplet.
Nataniel uniósł brew do góry.
- Osiemnaście... I dorzucam skrzynkę przedniego rumu.
Kapitanowie spojrzeli na siebie uważnie, starając się oszacować, ile jest skłonny dać przeciwnik. Cena zrobiła się już całkiem wysoka, być może nawet nieco rozzuchwalili Raula. Nierozsądne byłoby zapłacenie mu więcej niż dwudziestu reali, a jeśli dalej będą się przebijać, Hiszpan dostanie jakąś astronomiczną kwotę. Tylko które z nich zechce zrezygnować?
Na szczęście, w tym momencie Raul zaniósł się pijackim śmiechem.
- Prawie dwa escudo za cztery zatęchłe kawałki niekompletnej mapy?! Byłbym największym głupcem na świecie, gdybym zrezygnował z takiej oferty! - wybełkotał, usiłując utrzymać w górze nieco chwiejącą się głowę. Widać musiał pić na pusty żołądek, a trzeba przyznać, że Jackie przyniosła naprawdę porządny rum.
- A więc dobiliśmy targu, senor?! - ucieszył się Nataniel.
Raul zaniósł się paskudnym kaszlem, potem charknął i splunął na podłogę.
- Chciałbym... Cóż, kiedy nie mam już tej mapy.
Jacklynn i Pazur wyprostowali się natychmiast. Jackie miała mord w oczach, a Nataniel powoli przesunął dłoń do marynarskiego noża u pasa (szpadę musiał zostawić, bo nie pasowała do przebrania). "A więc to tak? Stary pijak zmusza nas do siedzenia w tej smrodliwej norze, częstowania go najlepszym rumem i obiecywania mu złotych gór, żeby okazało się, iż nie posiada żadnej mapy?! No cóż... Raczej nikt nie będzie za nim specjalnie tęsknił." - pomyślał. Zdążył już do połowy wyciągnąć kordelas z pochwy, kiedy słowa Raula nieco ostudziły jego zapał.
- Tak, los senores... Czasy były ciężkie, a za coś trzeba żyć... Dwa kawałki sprzedałem, dwa mi podle odebrano... Jednak mogę wam sprzedać informację, gdzie ich szukać. Trzy reale za wiadomość o jednym fragmencie.
- Trzy reale miały być za sam kawałek mapy - dwa i ani maravedi więcej! - ucięła jego zapędy Jacklynn.
Raul spojrzał z nadzieją na Nataniela, ale ten ani myślał podbijać ceny.
- Zgoda, senorita - westchnął Hiszpan. - Proszę o moje cztery reale i zaczynam.
- Cztery reale? - zapytała lodowato Lorelei.
- No... Po dwa reale od pary uszu, nie?
Jacklynn spojrzała na Nataniela. Nataniel popatrzył na Jacklynn. Skinęli sobie głowami.
- Każde z nas będzie słuchać tylko jednym uchem - to będzie W SUMIE dwa reale - oznajmił beznamiętnie Pazur i oboje położyli na brudnym stole po jednej srebrnej monecie.
Raul spojrzał na pieniądze z niemą rozpaczą, ale nie miał wyjścia - schował zapłatę do kieszeni. Podrapał się po zawszonej czuprynie, raz jeszcze łyknął rumu i zaczął ochrypłym głosem:
- Parę lat temu przyjechał do mnie krewniak, najmłodszy syn mojej drugiej siostry, czy ktoś w tym guście... Podróżował przez tę okolicę i wymyślił sobie, że przenocuje u mnie, żeby nie tracić pieniędzy. Byłem akurat nieco... chory... - znów pociągnął z butelki - więc nie bardzo mogłem go dopilnować... Akurat jeden z fragmentów mapy zostawiłem na wierzchu, jakoś tak zaplątał mi się na stół... Kiedy spałem, ten obwieś splądrował mi dom i ruszył w drogę wczesnym rankiem, a gdy zauważyłem, że brakuje mi paru maravedi, najlepszych butów i tej mapy, on był już daleko. Tak mi się odwdzięczyć za gościnę..! - mamrotał przez chwilę niewyraźnie, kiwając się nad niemal pustą butelką.
- A jak się nazywał ten krewniak? Jak wyglądał, dokąd zmierzał? - Nataniel chciał wycisnąć ze swojego reala najwięcej, jak się da.
Raul podniósł na niego zasnute alkoholową mgiełką ślepia.
- ...Magno Aznar Rodriguez. Taki smarkacz, trzydzieści parę lat, czarne, nieco wyleniałe futro, chudy i wysoki, rozbiegane spojrzenie... Mówił, że jedzie do Aldea del Vidrio... Chciał zostać czeladnikiem szklarza.
- No dobrze... A inne fragmenty mapy? - zapytała Jackie, szukając następnego reala.
- Nie teraz, senorita - jak wrócicie z Galicji, to powiem, co się stało z następnym kawałkiem... Za odpowiednią zapłatą! - Raul, mimo iż spity, nadal potrafił myśleć. Chciał mieć możliwość wynegocjowania lepszej ceny - a może też im nie ufał i bał się, że po uzyskaniu od niego wszystkich informacji pozbędą się go, aby odzyskać pieniądze... "Co w zasadzie nie jest złym pomysłem" - przemknęło przez myśl Natanielowi.
Jackie nie była zbyt zadowolona z takiego obrotu sprawy i wyraźnie zamierzała protestować, ale nie miała ku temu okazji - Raul zakołysał się niebezpiecznie na stołku, po czym trzasnął czołem o stół i zachrapał, ściskając w objęciach opróżnioną butelkę. Nic więcej z niego nie wydobędą.
Lorelei natychmiast zerwała się z miejsca i szybkim krokiem podążyła ku drzwiom, nie mając zamiaru pozostawać w tej ohydnej norze ani sekundy dłużej, niż było to niezbędne. Nataniel skwapliwie poszedł w jej ślady, przedtem zapobiegawczo gasząc cuchnącą lampkę oliwną - gdyby śpiący Raul ją przewrócił, cała ta rupieciarnia natychmiast stanęłaby w płomieniach. Kapitan nie zamierzał pozwolić, by ich jedyny informator zginął w pożarze, przekazując im jedynie szczątkowe informacje. Nie mówiąc już o tym, że Natanielowi żal się zrobiło mieszkańców Llanes - to stosunkowo ładne miasteczko, a po spłonięciu rudery Raula tutejsi Hiszpanie musieliby podłożyć ogień pod własne domy, nie mogąc pozbyć się smrodu.
Po zadbaniu o względy bezpieczeństwa rzucił się do wyjścia, zatykając sobie nos, ponieważ Jackie właśnie wpuściła do środka świeże powietrze i kontrast z panującym wewnątrz smrodem niemal go powalił. Kiedy tylko znalazł się na dworze, z prawdziwą ulgą zatrzasnął za sobą drzwi i odetchnął głęboko. Przez chwilę on i Jacklynn z rozkoszą wciągali do płuc cudowny zapach nadmorskiego miasteczka o poranku, po czym z wolna ruszyli w doł uliczki dokerów, bez żalu zostawiając śmierdzącą ruderę za swoimi plecami.
Doszli do ulicy nad nabrzeżem. Jackie skierowała się w drogę powrotną na statek, ale Nataniel skręcił w lewo.
- A ty dokąd? - zdziwiła się kotka, oglądając się za Pazurem. - Stamtąd przyszliśmy!
- Wiem- rzucił przez ramię, nie zatrzymując się. - Ale zamierzam jeszcze skoczyć do tawerny. Wracaj sama.
I poszedł sobie, zostawiając Jacklynn na środku ulicy.
- Dżentelmen, kurde mol! - zdenerwowała się, przytupując ze złością stopą o bruk. - A może byś tak odprowadził damę, co?
Ale kapitan był już daleko i nie mógł jej usłyszeć - zresztą, pewnie i tak nawet by się nie odwrócił. Jacklynn fuknęła z irytacją i obróciła się na pięcie, aż jej spódnice zafurkotały. Przy okazji owionął ją nienajświeższy zapach - pozostałość po ostatniej półgodzinie spędzonej u Raula. "Moje ubranie! Cuchnie jak szmaty do podłogi!" - przeraziła się, obwąchując rękaw. - "Moje włosy i futro też zdążyły przesiąknąć! Czuć ode mnie, jakbym całą noc czyściła kanały ściekowe!!!". Trochę przesadzała, ale rzeczywiście nie roztaczała najprzyjemniejszej woni. Musiała coś na to poradzić!
Uniosła nieco spódnicę i szybkim krokiem ruszyła w kierunku rynku. Jest jeszcze wcześnie, nie musi od razu wracać na statek - najpierw doprowadzi się do porządku.
Nataniel otworzył drzwi tawerny "Viejo capitan" i wszedł do środka. Chłopak do posługi przerwał zmywanie podłogi i spojrzał na niego ze zdumieniem. Pora była nieco dziwna jak na odwiedziny - za wcześnie na tych, co przychodzą w dzień i za późno na nocnych marków, z których najbardziej wytrwali wciąż jeszcze spali z głowami na blatach stolików. Dla personelu tawerny była to chwila na wprowadzenie ładu - posprzątanie, umycie naczyń, wyrzucenie śmieci. Potem trzeba będzie pozbyć się tych, którzy nie mogą wyjść o własnych siłach i można nawet pójść na spacer - klienci nie schodzą się przed południem. Nic więc dziwnego, że zdumiała ich wizyta nieznanego kota o tej porze.
Nataniel się nie przejął - specjalnie przyszedł teraz, żeby zająć dogodne miejsce w zacienionym kącie i obserwować wchodzących. Gdyby przybył kiedy wszyscy się już zejdą, jego pojawienie się natychmiast przerwałoby wszelkie rozmowy i niczego by się nie dowiedział, a chciał posłuchać rozmów marynarzy. Po przekupkach i wścibskich sąsiadkach żeglarze byli największymi plotkarzami w mieście. Jedyna różnica - rozmawiali na tematy ściśle związane z ich rzemiosłem. Kąt w tawernie był więc najlepszym możliwym miejscem, aby dowiedzieć się, gdzie kręcą się okręty Hiszpańskiej Floty albo czy w pobliżu nie przepływa jakiś statek z wartościowym ładunkiem.
Pazur usiadł na krześle pod ścianą i zamówił kielich wina (rum natychmiast zaklasyfikowałby go jako cudzoziemca) i coś do przegryzienia. Ma mnóstwo czasu, więc może spokojnie zjeść śniadanie.
Jacklynn weszła na plac targowy i natychmiast zaczęła się rozglądać za handlarką kwiatami. Szybki spacer usunął większość niemiłego zapachu, ale nadal potrzebowała czegoś o intensywnej, przyjemnej woni. Na szczęście, nie było już tak strasznie wcześnie i przekupki siedziały na swoich miejscach, zachwalając towary. Klienci jeszcze spali, ale Jackie to było na rękę - dzięki temu miała większy wybór i mogła uniknąć tłumów.
- Buenos dias, senorita - uśmiechnęła się do niej niemłoda już handlarka. - Mam piękne kwiaty, dopiero co ścięte. Czego sobie pani życzy? Róże? Irysy?
- Coś co bardzo mocno pachnie, senorita - poprosiła Jacklynn.
- To może goździki? - kotka uniosła wiązankę intensywnie czerwonych kwiatów o postrzępionych płatkach.
- Idealne! - ucieszyła się Jacklynn, przyjmując wielki bukiet i dając kwiaciarce parę maravedi więcej, niż wynosiła należność. - Jakie wspaniałe! Najładniejsze, jakie kiedykolwiek widziałam. Proszę to zatrzymać, należy się pani. Życzę dobrego dnia!
- ¡Hasta luego! Pani również, senorita! - zawołała za nią uśmiechnięta kotka, machając jej na pożegnanie.
Jackie schowała twarz w przepysznie kolorowym bukiecie i zaciągnęła się intrygującym, mocnym zapachem. Bardzo lubiła kwiaty, a te nie dość, że były przepiękne, to jeszcze ich woń w parę chwil sprawi, że i ona będzie pachnieć jak należy. No i pasowały do jej stroju. Zadowolona, skróciła łodyżkę jednego goździka i włożyła go sobie we włosy. Teraz może się znowu pokazać między kotami...
- Ach, szczęśliwa godzino! Buenos dias raz jeszcze, senorita. Wygląda pani... kwitnąco!
Mile zaskoczona, obróciła się, by zobaczyć uwodzicielsko uśmiechniętego Jose Marię.
- ¡Buenos dias, senor! - odpowiedziała, posyłając mu przychylne spojrzenie. - Cóż za niespodziewane spotkanie!
- Modliłem się o nie od chwili, gdy musiałem się z panią rozstać - zapewnił Hiszpan, kłaniając się jej kurtuazyjnie. - Czy uczyni mi pani zaszczyt i zezwoli sobie teraz towarzyszyć?
- Owszem, senor - odpowiedziała łaskawie. - To bardzo miło z pana strony, że poświęca mi tyle czasu.
- Poświęcam pani tyle czasu? Senorita! Te chwile, które z panią spędzam, są warte więcej, niż cała reszta mojego życia poczynając od momentu, w którym przyszedłem na świat! - oburzył się Jose Maria.
"Wstrętny flirciarz!" - pomyślała Jackie, nie mogąc jednak powstrzymać pojawiającego się na wargach uśmiechu.
- Dokąd pani zmierza, senorita? - zapytał jej adorator.
- W zasadzie nigdzie. Zaszłam tu tylko, aby kupić kwiaty - wyjaśniła, poprawiając ułożenie bukietu.
- A więc nie są one prezentem od pani galanta? Proszę wybaczyć mi śmiałość, senorita, jednak me bezczelne słowa dyktowane są nierealną nadzieją, iż nie ubiegł mnie żaden mężczyzna...
- Cóż, ma pan szczęście, senor - odpowiedziała Jacklynn, spuszczając skromnie oczy - Tak się składa, że kwiaty muszę kupować sobie sama.
- Zatem będę pierwszym szczęśliwcem, który będzie mógł uczcić pani urodę skromnym podarunkiem! - zawołał z radością kot, po czym wyszukanym gestem wskazał jej drogę w stronę stoisk ze słodyczami. - Pani pozwoli?
Jacklynn zjadła jedne z najprzyjemniejszych drugich śniadań w swoim życiu właśnie na placu targowym Llanes. Jose Maria, zgodnie z hiszpańskim pojęciem galanterii, nie skąpił pieniędzy na swoją damę i co i rusz podsuwał jej nowe smakołyki. Jacklynn z zadowoleniem przyjęła posiłek złożony z kanapki z jamón serrano (dojrzewającej szynki), queso Cabrales (niebieskiego sera) i wina, skusiła się na świeże owoce i sorbet z lodem, po czym z lekkim przerażeniem odmówiła przyjęcia owoców w cukrze i czekolady, którymi chciał ją jeszcze nakarmić rozentuzjazmowany zalotnik. Oprócz tego, że była już najedzona, obawiała się, żeby nie wydał na nią wszystkich pieniędzy - nie wyglądało na to, żeby miał bardzo duży budżet. Jednak jej słabe protesty nie powstrzymały go od sprezentowania jej o wiele ładniejszej chusty na głowę, którą, po paru zakłopotanych "Ależ nie trzeba było", założyła zamiast poprzedniej. Przeglądając się w podsuniętym przez sprzedawczynię lusterku zauważyła, że w nowym nabytku jest jej o wiele bardziej do twarzy.
Jose Maria stał za nią z rękami w kieszeniach (to był pierwszy marynarski zwyczaj, jaki dotąd udało jej się u niego zauważyć) i uśmiechał się, patrząc na nią z zachwytem. Korzystając z okazji, żeby go dokładnie ocenić, obejrzała sobie jego sylwetkę w lustrzanej tafli. Wyższy od niej, szeroki w barkach, smukły i dobrze umięśniony, o wesołych, chłopięcych oczach i przyjaznym, chwilami nawet uwodzicielskim uśmiechu... Strasznie jej się podobał. I jeszcze to jego pełne galanterii, ale niewymuszone zachowanie... Po prostu ideał. Czy takie kocury to wyłączny towar eksportowy Hiszpanii?
Udało jej się powstrzymać rozmarzone westchnienie, które na pewno by dosłyszał. Oddała handlarce lusterko i odwróciła się w jego stronę.
Uśmiechnął się do niej, pozwalając sobie na rozanielony wyraz twarzy.
- Ośmielę się stwierdzić, że jest pani piękna, senorita - oznajmił, skłaniając lekko głowę. - Czy tak niebiańska istota zechce zaszczycić mnie, skromnego śmiertelnika i wybrać się ze mną na przechadzkę wśród gajów cytrusowych?
Jacklynn nawet nie próbowała robić nieprzystępnej miny, tylko chętnie skinęła głową i pozwoliła się poprowadzić na spacer.
Ścieżynka prowadząca wśród pachnących drzew cytrynowych i pomarańczowych była naprawdę urocza - zupełnie jak senor Jose Maria. Przez całą drogę zasypywał Lorelei komplementami, będącymi poetyckimi porównaniami i choć większość brzmiała banalnie, jednak Jackie słuchała ich z prawdziwą przyjemnością. Wiedziała, że nie mówił do końca szczerze - jej oczy nie miały barwy "szafiru na ciemnym atłasie", włosy z pewnością nie były "koloru aksamitnej, bezgwiezdnej nocy na Dalekim Wschodzie" a jej głos już NA PEWNO nie brzmiał niczym "srebrzysty śpiew skowronka". Wiedziała też, że nie mówił do końca szczerze - mimo niekłamanego zachwytu w jego głosie spojrzenie miał całkiem przytomne, a żeby z całym przekonaniem wygadywać takie rzeczy, musiałby być zakochany po uszy. Jednak nie przeszkadzało jej to szczególnie - ważne było, że naprawdę mu się podobała i że on zachowuje się jak najbardziej romantyczny galant na świecie. Oczywiście, to głupie, a nawet nieco naiwne, ale po tak długim czasie obcowania jedynie z kocurami, które usiłują ją poderwać tekstami w stylu "Hej, niezłe masz... (wstawić odpowiednią część ciała)" i uważają to jednocześnie za najwspanialszy komplement, rozpaczliwie tęskniła za podziwem kogoś takiego, jak on. Dobrze wiedziała, że Jose Maria (mimo wyraźnego upodobania do bycia romantycznym galantem) nie skacze dookoła niej tak zupełnie bezinteresownie, chcąc tylko niewinnie poflirtować - ale to również nie było dla niej problemem. "Wiele kotek chciałoby być teraz na moim miejscu..."- pomyślała, przyjmując jego ramię, żeby przejść przez Puente del Felinos. Nieważne, że kamienny most był bardzo solidny, a tak szeroki, że dwa wozy mogłyby spokojnie przejechać obok siebie - jej towarzysz prowadził ją z taką uwagą, jakby stąpali po cienkiej linie nad przepaścią. "Widać po prostu lubi być bohaterskim rycerzem i ratować damę w opresji" - pomyślała, nie mogąc powstrzymać uśmiechu.
Przez moment poczuła się, jakby była tylko zwykłą dziewczyną, przechadzającą się z narzeczonym. Nigdy nie miała okazji robić czegoś takiego. Większość kotek w jej wieku dawno już miało męża i kocięta... Przelotnie zastanowiła się, czy warto tułać się po świecie, narażając życie swoje i swoich przyjaciółek, przymierając głodem, odnosząc rany, ciągle goniąc albo uciekając... Zerknęła na Jose Marię, który szedł obok niej, plotąc coś niezobowiązująco o pięknie krajobrazu. Nienajgorszy byłby z niego mąż - sądząc po jego zapachu i wyglądzie nie pije za dużo, zachowuje się odpowiednio, nie jest też głupi, niewychowany, ani skąpy... To mogłoby być całkiem udane małżeństwo z rozsądku. Mieliby dwójkę ślicznych, zielonookich dzieci, domek z drzewami owocowymi w ogrodzie... Ona codziennie chodziłaby na targ, opiekowała się kociętami i zajmowała się gospodarstwem... On bywałby często w domu, bo jego mały handlowiec pływa w krótkie, niedalekie rejsy i dużo czasu spędza w porcie macierzystym... Chodziliby razem na spacery, najpierw tylko we dwoje, potem z dziećmi i... Stop!
Potrząsnęła głową, odpędzając nierealne marzenia. "Głupia!" - skarciła siebie w myślach. - "Dobrze wiesz, że nic z tego! Jose Maria jest niesamowitym adoratorem, ale jako mąż byłby po prostu nudny. Na dodatek wygląda na takiego, co to lubi skoki w bok, a dobrze wiesz, że za zdradę byś go zakopała żywcem w stercie ogrodowego kompostownika. Co więcej, znając twoje szczęście, kiedy tylko próbowałabyś sobie ułożyć normalne życie, zdarzyłaby się jakaś katastrofa..."
Zakręciło jej się w głowie, kiedy znów powrócił do niej kawałek jej zapomnianej przeszłości. Tak, kiedyś już chciała "znormalnieć", a wtedy natychmiast jej w miarę już poukładany świat zaczął się walić... Zupełnie, jakby przeklęte szczęście Bloodbane'ów działało tylko wtedy, gdy rzucała się głową w niebezpieczne sytuacje...
Po tym, jak udało jej się uciec JEGO marynarzom, łaknącym zemsty za śmierć swojego kapitana (Jackie nawet w myślach nie mogła się zmusić do wypowiedzenia imienia swego ojca), wcale nie chciała być piratem, ani nawet udawać chłopca pokładowego - razem z Sammy i Pitem, którzy pomogli jej uciec z półlegalnego targu niewolników, dotarła do małego miasteczka w Indiach Zachodnich (czyli amerykańskich koloniach Hiszpanii). Nie wiedząc, co ze sobą począć, przedłużali swój pobyt z dnia na dzień, aż ona i Samantha zadomowiły się na dobre i nie chciały odchodzić. Pit jednak tęsknił za życiem marynarza, więc kiedy tylko upewnił się, że sobie poradzą, zaokrętował się na kotwiczący w porcie statek. Wyglądało na to, że ona i Sammy będą musiały się z nim rozstać... Jednak kiedy do pożegnania z Pitem pozostało tylko kilka godzin, pojawili się piraci!
Mord, gwałty i pożoga dotknęły nieszczęsnych mieszkańców dotąd spokojnego miasteczka. Szczęśliwe życie Jacklynn po raz kolejny strawiły płomienie, a ona nie miała czego szukać w miejscu, które zostało doszczętnie zniszczone - nawet po odbudowie wioski nie czułaby się tu bezpieczna, wciąż przypominając sobie krzyki mordowanych osadników, czując smród palonych ciał, widząc ślady krwi i płomieni i wiedząc, że na miejscu każdego nowego domu były ruiny płonących budynków... Musiała odejść, znów czując się jak zaszczute zwierzątko i mając irracjonalne poczucie winy za to, co się stało...
Zadrżała i objęła się ramionami, mimo trzydziestostopniowego upału czując lodowaty pot na plecach. Jose Maria spojrzał na nią pytająco, więc uśmiechnęła się słabo i machnęła dłonią, jakby chciała powiedzieć "To nic takiego". Nie, nie może tak po prostu żyć jak inne kotki. Nigdy nie będzie przeciętna - jeśli kiedyś znajdzie szczęście i stabilizację, to na pewno nie w taki zwykły, oklepany sposób. A pomijając to wszystko... Nie kochała tego kota.
Poczuła, że czerwienieje jej nos - pewnie bardzo wiele kotek (a tym bardziej kotów) wyśmiałoby ją w tej chwili. Odrzuca taką "dobrą partię" z powodu głupich przesądów i wiary w miłość?! Dobrze wiedziała, że może to brzmieć niepoważnie, ale wierzyła, że dwoje osób przeciwnej płci może połączyć coś więcej niż tylko bezkonfliktowe wspólne życie. Większość dziewczynek wzdychała do wspaniałego, przystojnego księcia z bajki, w którym z wzajemnością zakochają się od pierwszego wejrzenia i będą razem z nim żyły długo i szczęśliwie w jego wspaniałym zamku... A potem wychodziły za jakiegoś ponurego draba, który pił i często bijał je i ich (zbyt) liczne dzieci. Dlaczego więc ona, która aż za dobrze poznała to okrutniejsze oblicze świata, nadal ma nadzieję - a może raczej złudzenia?
Z rozmyślań wyrwała ją nagła cisza - to Jose Maria najwyraźniej musiał ją o coś spytać i teraz oczekiwał odpowiedzi. Uśmiechnęła się do niego przepraszająco.
- Proszę o wybaczenie, senor... Dzień taki ciepły i piękny, trochę się rozmarzyłam... O co pan pytał?
Kot wyszczerzył w uśmiechu zęby, najwyraźniej trafnie zgadując, że myślała o nim.
- Nic nie szkodzi, senorita - gdybym wiedział, że pani przeszkodzę, nie śmiałbym pani kłopotać... Zauważyłem jedynie, że wróciliśmy do Llanes i pragnąłem wiedzieć, czy przechadzka nie strudziła pani za bardzo. Słońce już wysoko, zbliżają się najgorętsze godziny dnia, a ja nieopatrznie zaproponowałem zbyt daleki spacer...
- Ależ skąd, senor. To była czysta przyjemność - zapewniła Jacklynn, jednak kiedy weszli w chłodny cień budynków, zrobiło się jej o wiele przyjemniej.
Przechodzili właśnie wąską uliczką (Jose Maria znów rozpływał się nad jej cudnym wyglądem) kiedy nagle z okna bodegone tuż przed nimi chlustnęła struga wody! Jose Maria, który, jak przystało, szedł po lewej stronie damy, wywinął się jedynie wilgotną koszulą, ale Jackie nie miała tyle szczęścia - prawie cała zawartość wiadra trafiła na nią, przemaczając ją od stóp do głów!
- ¡Aqua va! - rozległ się spóźniony okrzyk z pierwszego piętra.
- Senorita! - Jose Maria otrząsnął się z wody z dodatkiem obierek kartoflanych i z niepokojem zwrócił się do Jacklynn. - Czy nic się pani nie stało?
- Nie, jestem tylko mokra - wyjąkała Lorelei, patrząc z niemą rozpaczą na całkowicie przemoczony strój i tworzącą się wokół jej stóp mętną kałużę.
- Ty chamie niskiego rodu! Prostaku, idioto, psi synu! Po toś się urodził z oczami, żeby ich używać, a jeśli nie są ci potrzebne, z ochotą cię ich pozbawię! Jak śmiałeś opróżnić wiadro na senoritę! - wrzasnął z gniewem Jose Maria w stronę okna, z którego wyjrzał zakłopotany czarny terier.
- Ależ to nic takiego... - powiedziała nieco żałośnie Jacklynn, nie mogąc się zdecydować, czy wyżąć spódnicę, ryzykując pogniecenie materiału, czy też ociekać wodą przez całą drogę na statek. Nie, nie całą - przy tym upale za pół godziny wyschnie i dalej będzie się wlec w szorstkim, sztywnym i niezbyt ładnie pachnącym ubraniu. Cudownie.
- Ta zniewaga krwi wymaga! Chodź tutaj i posmakuj mej szpady! Słyszysz?! Złaź natychmiast, jeśliś mężczyzna!!! - ryczał tymczasem Jose Maria na całą uliczkę. Mimo pory sjesty z okien okolicznych budynków zaczęli wychylać się mieszkańcy, z zaciekawieniem przysłuchując się awanturze.
- A-ale ja nie... - usiłował załagodzić sprawę nieszczęsny pies.
- KANALIO!!! GBURZE!!! NIEGODZIWCZE!!! - krewki Hiszpan, mając tak liczną widownię, rozkręcał się coraz bardziej, ku uciesze obserwatorów i wielkiemu zakłopotaniu Lorelei. Nie wiadomo, czy zajście nie skończyłoby się interwencją straży miejskiej, gdyby w drzwiach gospody nie pojawił się potężny buldog.
- Jestem tutaj właścicielem. Dlaczego zakłóca pan spokój moich gości? - zapytał basem, mierząc awanturnika surowym spojrzeniem.
- Ten osobnik uraził senoritę, której mam honor towarzyszyć! - oznajmił z patosem Jose Maria, dramatycznym gestem prezentując zmokłą Jacklynn. - Czy ten zbir w oknie pańskiej gospody jest pana pracownikiem?
Pies spojrzał w górę, gdzie terier-winowajca z nieszczęśliwą miną przywarł do parapetu.
- Zatrudniam tego gagatka - przyznał niechętnie. - Ale muszę pana poinformować, że nie może pan żądać satysfakcji - chłopak jest pod moją opieką i nie pochodzi ze szlacheckiej rodziny, nie może się więc pojedynkować. Jednak! - podniósł głos, aby uciszyć oburzonego kota - Jednak, powiadam, postaram się wynagrodzić poczynioną przez niego szkodę. Udostępnię pokój na czas, w którym poślę kogoś, aby wyprał i wysuszył ubranie senority. Mogę też zmniejszyć o połowę rachunek za zamówione posiłki - dodał pospiesznie, widząc, że Jose Maria już otwiera usta, żeby dalej pomstować.
Kot popatrzył na niego w zamyśleniu, po czym odwrócił się do Jackie.
- Senorita, czy zechce pani przyjąć to zadośćuczynienie?
- Zechcę. - odpowiedziała krótko Jacklynn, marząc o schowaniu się przed skwarem i ciekawskimi spojrzeniami przechodniów.
- Zatem zapraszam. - gospodarz skłonił się i otworzył przed nimi drzwi.
Weszli po schodach na piętro, z ulgą przyjmując panującą w budynku niższą temperaturę. Na górze pies wyprzedził ich, aby zaprezentować im duży, wygodnie urządzony pokój. Jackie zajrzała do środka - w przestronnym pomieszczeniu znajdował się szeroki stół, solidne, wyściełane krzesła, szafa na ubrania, toaletka, kredens i duże, miękkie łóżko. Czyściutki dywan, przysłonięte kotarami okno i olejne obrazy na ścianach stwarzały atmosferę przytulności. "Widać gospodarz nie chce, żeby moja przygoda odstraszyła mu klientów" - pomyślała z zadowoleniem.
- Służąca przyniesie pani jakąś suknię na zmianę i lekką przekąskę. Do czasu, gdy odzyska pani swoje ubranie, czujcie się państwo moimi gośćmi! - gospodarz skłonił im się uprzejmie i oddalił ciężkim krokiem.
Rzeczywiście, po chwili młoda dziewczyna przyniosła banyan, bardzo nieformalny strój służący za podomkę, który nawet pasował na Jackie. Kiedy pani kapitan odesłała ją ze swoimi rzeczami, ze zdumieniem odkryła, że przed drzwiami pokoju cierpliwie czeka jej amant.
- Słucham, senor? - zapytała, zdziwiona, że ten jeszcze tu jest. Chyba nie zamierza stać tu przez te parę godzin? Poniewczasie przypominając sobie, że dobrze wychowana dama nie powinna pokazywać się w takim stroju publicznie, skrzyżowała ręce na piersiach. Jose Maria uprzejmie nie patrzył - no, na tyle, na ile starczyło mu silnej woli.
Uśmiechając się promiennie uniósł w górę butelkę i dwa kieliszki.
- Przyniosłem nieco wina, senorita... Taki dzisiaj upał... Pomyślałem, że moglibyśmy wypić po kropelce.
Jackie poczuła, że brwi same podjeżdżają jej do góry, a kącik ust usiłuje się podnieść w uśmieszku. We dwoje w jednym pokoju, za zamkniętymi drzwiami, a do tego ona jeszcze praktycznie w niekompletnym stroju... Sytuacja dość jednoznaczna.
Spojrzała uważnie na niego. Minę miał niemalże naiwną, ale błysk w oczach przeczył jego niewinnym intencjom. No tak... W takiej sytuacji mogła albo popaść w święte oburzenie i zakazać mu pokazywać się jej na oczy... Albo się zgodzić.
- Cóż, senor... - powiedziała powoli, udając, że się namyśla. - Mam co najmniej dwie godziny do dyspozycji i grozi mi nuda... Zapraszam.
Jackie po raz trzeci zmierzyła odległość na mapie. Zgadza się! Na wszelki wypadek przekartkowała dziennik pokładowy i sprawdziła daty - również w jak najlepszym porządku. A to oznacza... Że za trzy dni będą na miejscu!
Ledwie mogła w to uwierzyć. Podróż minęła im w miarę szybko i spokojnie, choć bez nudy, która wydawała się być nieunikniona. Co prawda, od ostatniego incydentu w wyniku którego widziała się z Pazurem minął już miesiąc, ale to zdarzenie nadal dostarczało jej piratkom tematów do rozmowy. Trudno się zresztą dziwić - piraci zachowywali się co najmniej zabawnie. Ich pierwsza lekcja dobrego wychowania dała piorunujące rezultaty - nie tylko ani razu nie próbowali powtórzyć swojego wybryku, ale też pozostawali za potrzebą najkrócej jak tylko mogli, w wyniku czego Pazur musiał zarządzić mycie pokładu aż trzy razy dziennie. Najchętniej zlecał to oczywiście tym, którzy nie potrafili stać spokojnie i narażali deski pokładu na przeżarcie na wylot. Piratki litościwie starały się ich dodatkowo nie stresować, ale zdarzało się, że kiedy któraś miała gorszy dzień, lubiła sobie poprawić humor na przykład gwałtownie podnosząc głowę podczas czyszczenia armaty. Szczególnie ukochała sobie tą zabawę Ruda, która osobiście uważała wszystkich facetów na świecie za wrogów publicznych i znajdowała niemałą uciechę w obserwowaniu, jak piraci nerwowo podskakują, gdy tylko ona się poruszy. Jackie, oczywiście, oficjalnie potępiała takie zachowanie, ale prywatnie również uważała to za dobry żart - pod warunkiem, że nie był powtarzany za często. I tak zresztą spodziewała się, że Pazur będzie miał na ten temat coś do powiedzenia, kiedy znowu ją zobaczy...
Nataniel popatrzył na swoją załogę z ledwie skrywanym niezadowoleniem. Naprawdę, co za żałosny widok! Prawie wszyscy mieli nieco znękany wyraz twarzy, a ponad połowa stała w pozycji piłkarzy robiących mur. Pomyślałby kto, wystarczyło, żeby odpowiednio na nich popatrzeć, a już wyglądają jak sterta nieszczęścia! Pokręcił z niesmakiem głową. Nawet nie buntują się przeciw dodatkowemu myciu pokładu! Trzeba ich przywrócić do stanu używalności, albo będzie miał bandę wstydliwych nieśmiałków zamiast ponad setki odważnych, zuchwałych kocurów, z jakimi zwykle pływał!
- Mamy powody do radości, panowie! - oznajmił gromko, wodząc po nich spojrzeniem. - Już jutro na horyzoncie pojawi się Llanes, a za trzy dni przybijemy do portu! Kiedy zejdziemy na ląd pójdę odebrać mapę, a wy... WY MACIE SIĘ DOPROWADZIĆ DO PORZĄDKU! - ryknął, tracąc cierpliwość na widok ich niepewnych uśmiechów - Macie odwiedzić wszystkie burdele i speluny w okolicy i wrócić jako porządni piraci, bo zostały z was smętne resztki tych facetów, którymi byliście! Tak, do was mówię! - warknął, ciesząc się w duchu na butne, groźne pomruki, które odpowiedziały jego przemowie - Co się z wami stało?! Przestraszyliście się paru kić? Snujecie się po pokładzie jak smród po gaciach i dostajecie nerwicy, kiedy tylko ktoś spojrzy w waszą stronę! Czy tak się powinniście zachowywać?! Wasze zabawy miesiąc temu były głupie, ale już lepsze niż to, co robicie teraz! - wrzasnął, aby mogli go usłyszeć przez własne gniewne okrzyki. Spojrzał na rozzłoszczoną, falującą tłuszczę. Z premedytacją im nawymyślał, przespacerował się w butach po ich dumie i dotkliwie poranił ich ego, a nie skapcanieli jeszcze na tyle, żeby znieść to bez słowa. Przed chwilą stali ze spuszczonymi oczami i skruszonymi, niepewnymi minami, a teraz...
Wszyscy wyprostowani i napięci jak zbyt mocno naciągnięte struny, w pełnej gotowości do walki, kipiący gniewem i łaknący zemsty za zranioną miłość własną. Wyciągnięte dłonie zaciśnięte w pięści i otwarte do krzyku usta zlewały się w jedno śmiertelnie niebezpieczne ciało, w ożywiony Gniew. W takim stanie tłum staje się jednością, myśli jednym, prymitywnym umysłem, zdziera od wrzasku gardziel złożoną z dziesiątek gardeł i potrafi zabijać wieloma rękami naraz. Miał przed sobą szaloną bestię, która jeszcze przed momentem była zaledwie grupą nieco przybitych kotów. Upajał się ich potęgą i niebezpieczeństwem chwili. Może kto inny pomyślałby, że jest stracony i okazując słabość pozwolił, by znieważony tłum rozszarpał go na strzępy, ale on czerpał dziką radość z ich nagle odnalezionej siły. Gwałtownym podmuchem ich złości wypełniał swoje żagle i gnał naprzód, zawsze o krok przed sztormem za rufą; wiedział, jak ten potężny wiatr wykorzystać i jak nim kierować, by od niego nie polec - tak właśnie postępuje dobry kapitan.
Zaśmiał się ochryple na całe gardło. Piraci nieco przycichli, spoglądając na niego z pewną obawą - czy przypadkiem nie ściągnęli sobie na głowy nieszczęścia? Ich furia sprzed paru sekund niemal znikła. Uprzytomnienie sobie, że prawie zbuntowali się przeciwko swemu kapitanowi sprawiło, że futro na plecach zjeżyło im się i zlepiło w wilgotne strąki od własnego lodowatego potu. Ale Nataniel tylko ujął się pod boki i powiedział znacznie spokojniej:
- No, tak lepiej, jeszcze jest dla was nadzieja. W ramach przywrócenia was do stanu używalności zarządzam wypłacenie każdemu z was dodatkowo po pięć złotych monet na głowę. Macie zrobić z nich dobry użytek i wrócić w formie, żebyście pokazali kiciom z "Wiedźmy", jak się zdobywa skarby!
Wywołało to kolejny dziki wrzask, ale tym razem był to wyraz radości. Załoga natychmiast odzyskała morale i radość życia, a w ich spojrzeniach widział uwielbienie dla jego osoby. Pozwolił im się chwilę pocieszyć, a potem nakazał wrócić do roboty, co uczynili z nową energią.
Naprawdę, co oni by bez niego zrobili!
Zanim na horyzoncie zamajaczył ląd, szalupa z "Mongrels Conquerora" przybiła do burty "Morskiej Wiedźmy". Kapitanowie, mimo że sobie niechętni, rozumieli potrzebę naradzenia się zanim jeszcze ich okręty będą widoczne z Llanes. Zamierzali również omówić dokładniej zasady wizyty u Hiszpana Raula, aby każde z nich miało równe szanse zdobycia od niego mapy. Właśnie dlatego w ich spotkaniu brali też udział Tabby, Omar, Ruda i Sammy, którzy mieli zadbać, aby żadna ze stron nie naginała potem umowy. I chociaż zebranie miało teoretycznie minąć w przyjacielskiej atmosferze, kajuta Jackie przypominała raczej granicę między dwoma państwami o krok przed wypowiedzeniem wojny.
Jacklynn z przyjaciółkami siedziała za biurkiem, a Pazur i jego oficerowie tkwili sztywno na krzesłach pod przeciwległą ścianą. Od paru chwil panowała pełna napięcia cisza - kapitanowie w upartym milczeniu mierzyli się wzrokiem i bawili się w "kto dłużej wytrzyma i się nie odezwie pierwszy". Było to z każdą chwilą coraz bardziej irytujące, jako że nikt niższy rangą od nich nie mógł przed nimi rozpocząć rozmowy.
Nieprzyjemne milczenie przerwała w końcu sama Jackie, mająca ochotę jak najszybciej pozbyć się niezbyt miłego gościa ze swojego terenu.
- Nie ma co przeciągać! - oznajmiła stanowczo, starając się nie dać po sobie poznać, że właśnie przegrała z Natanielem nieoficjalny pojedynek na wytrzymałość psychiczną (czego on, oczywiście, był doskonale świadom i teraz z pełnym satysfakcji uśmieszkiem gładził wąsa). - Jesteśmy tu, żeby ustalić zasady naszego zakładu, a wy wszyscy będziecie świadkami. Oto, co ja proponuję: po pierwsze: raz zdobytego kawałka mapy nie można odebrać. Po drugie: nie wkopujemy się nawzajem, donosząc strażnikom, łowcom nagród i innej hołocie. Po trzecie: o ile nie jest to sprawa życia i śmierci, NIE WOLNO ZABIJAĆ - zamordować i przeszukać trupa każdy głupi potrafi, a to nie o to tu chodzi! A co do Raula - idziemy do niego razem. Nasze załogi przejdą się po mieście i będą dyskretnie wypytywać gdzie mieszka, a potem wybierzemy się wspólnie. WSPÓLNIE! - oznajmiła podniesionym głosem, znacząco patrząc w stronę Nataniela.
Pazur leniwie skinął głową. To wszystko brzmiało rozsądnie... Ale nie zamierzał pozwolić, żeby Jacklynn miała ostatnie słowo.
- Dobrze, dobrze - pójdziemy razem - skrzywił się ostentacyjnie - Nie wiedziałem, że tak się boisz chodzić sama po mieście...
- Ha! To nie ja się boję, tylko miasto! Doskonale poradziłabym sobie sama... Tu raczej chodzi o ciebie - Jackie uśmiechnęła się słodziutko. - Z tego, co wiem, twój hiszpański jest niezbyt... komunikatywny.
Pazur prychnął z urazą. Jak to - niekomunikatywny! Wręcz przeciwnie, nawet bardzo!
- I tu się mylisz! - oznajmił. - Nie potrzebuję ciebie jako tłumacza - świetnie dogaduję się sam!
- Ależ ja nie mówię, że nie! - mina Jackie nie mogłaby być w tej chwili słodsza, nawet gdyby ozdabiała cukrowy posąg - Chcę tylko zauważyć, że o ile "Gadaj!", "Zginiesz" i "Poddać się!" w zupełności ci wystarczały w twoich dotychczasowych kontaktach z Hiszpanami, to teraz będą, hm... niewystarczające.
Nataniel otwierał już usta, aby zaprotestować, ale zamknął je po chwili namysłu. Dobrze, niech myśli, że jest mu niezbędna. To może być bardzo korzystne. W rzeczywistości bowiem po hiszpańsku mówił całkiem płynnie i zrozumiale, bez rażących błędów. Podstaw nauczył się, aby móc przesłuchiwać pojmanych jeńców, ale prawdziwą szkołą językową okazało się więzienie La Roca. Nie mając nic do roboty oprócz strachu o własne życie i bezowocnego (do czasu) poszukiwania drogi ucieczki, wolał już podsłuchiwać rozmowy strażników, z której po pewnym czasie udawało mu się zrozumieć coraz więcej ciekawych rzeczy. Naukę przyspieszały dodatkowo różne proste polecenia, które mu wydawali: trudno nie domyślić się, co znaczy wywrzeszczane ci do ucha "A LA DERECHO!!!", jeżeli prowadzą cię do celi i boleśnie uderzają w bok drzewcem halabardy, gdy na czas nie skręcisz w prawą odnogę korytarza. Niejednokrotnie po takiej "wskazówce" upadał całym ciężarem na kolana, ciągnięty w przód przez żelazne kajdany na rękach. A kiedy nie mógł się samodzielnie podnieść ze względu na skute krótkim łańcuchem nogi, strażnik udzielał kolejnej lekcji - wywarkiwał "Levantarse!", jednocześnie brutalnie podciągając go do góry za kołnierz i pomocnie dodając kopniaka. W takich warunkach nowy język przyswaja się niezwykle szybko... chociaż nie bezboleśnie.
Jackie miała bardzo zadowoloną minę, ale absolutnie ją zlekceważył. Niech się cieszy - póki może. Nie będzie taka szczęśliwa, kiedy się okaże, że wszystko załatwił sam... Za jej plecami.
- Trzeba się będzie przebrać... Nie wiem jak tam z tobą, ale za mnie wyznaczono na tyle duże nagrody, że nawet w takim podupadłym miasteczku będą wisieć listy gończe... - rzucił od niechcenia, żeby przypadkiem nie zauważyła, że nie jest tak zirytowany jak być powinien.
Jackie przyjrzała mu się, po czym mruknęła:
- W moim wypadku wystarczy, że założę spódnicę - w hiszpańskim miasteczku będę wtedy nie do rozpoznania... Za to ty powinieneś przyciemnić futro, a zwłaszcza ten biały koniec ogona! Świeci w oczy jak latarnia, nie ma mowy, żeby ktoś cię po nim nie skojarzył! Ale to chyba nie będzie wielki problem... Myślę, że odpowiednia ilość sadzy, może z dodatkiem jakiegoś tłuszczu jako utrwalacza, powinna załatwić sprawę.
Nataniel trochę się najeżył - ma uwalać swoje eleganckie, błękitnoszare umaszczenie? Dużo czasu minie, zanim znowu będzie wyglądać jak należy, a śnieżnobiały koniuszek ogona długo nie odzyska swojej naturalnej barwy!
- Nie martw się - wystarczy parę porządnych kąpieli i to zejdzie... O ile użyjesz mydła. - Jackie wyszczerzyła się złośliwie - I tak powinieneś się w końcu umyć, więc co ci za różnica?!
To nie były słowa, które Pazur mógłby tak po prostu zignorować... Koniec końców, rozmowa przebiegła gorzej niż zazwyczaj - Tabby i Omar, zamiast (jak zwykle) chyłkiem usunąć się poza zasięg tych najgorszych... odgłosów argumentacji kapitanów, musieli wyciągnąć z kajuty pieniącego się ze złości Nataniela.
- A zapowiadało się całkiem spokojnie - mruknął Omar, blokując drogę wściekłemu Pazurowi, który chciał wrócić i dokończyć "rozmowę" z Jackie.
- Panie kapitanie, proszę! - Jęczał w tym czasie Tabby, usiłując przytrzymać przyjaciela za ramię, w wyniku czego prawie dostał łokciem w zęby.
- Puśćcie mnie! Nie będzie mi bezczelna, głupia siksa..! - charczał Nataniel, wyrywając się swoim oficerom.
Zanim udało im się go nieco uspokoić, dookoła zebrał się całkiem spory tłumek piratek. Zdegustowane i nieprzyjemnie zaciekawione spojrzenia kotek zadziałały znacznie lepiej niż wysiłki jego przyjaciół - już po chwili Pazur odtrącił ich ręce, otrzepał płaszcz i dumnie ruszył do szalupy, nie oglądając się za siebie.
- Może do przybicia w Llanes o wszystkim zapomni - mruknął z nadzieją Tabby, uśmiechając się przepraszająco do mijanych kotek.
Idący obok niego Omar tylko wzruszył ramionami z rezygnacją.
Llanes okazało się być niezbyt wielkim, nieźle prosperującym miasteczkiem portowym. Utrzymywało się głównie z handlu solą i różnymi gatunkami ryb tudzież skorupiaków - nie była to jakaś wielka żyła złota, ale dzięki bogatym łowiskom nawet w najgorszych czasach mieszkańcy nie cierpieli biedy. Jednak Jackie twierdziła, że jeszcze przed wiekiem piraci uważali miasteczko za łakomy kąsek, bowiem handlowano w nim wtedy luksusowymi towarami, a tutejsi mieszkańcy trudnili się połowem wielorybów w Zatoce Biskajskiej, co było niezwykle dochodowym zajęciem. Niestety, jeszcze zanim ona przyszła na świat zakazano polowań na te rzadkie morskie ssaki i miasteczko zaczęło powoli ubożeć. Jednocześnie zaprzestano pogłębiania wciąż zasypywanego przez piasek portu, tak że żadna większa jednostka nie mogła do niego wpłynąć. Dlatego też, (jak tłumaczyła Omarowi, który został przysłany, aby ustalić z nią, gdzie powinni zakotwiczyć) wszystkie okręty stoją w pobliskich zatoczkach, trzymając się z dala od zdradliwych płycizn i podwodnych skał, które łatwo mogłyby zmienić każdy statek we wrak. Było to bardzo na rękę piratom, którzy chcieli uniknąć rozgłosu i zainteresowania wścibskich marynarzy, mogących rozpoznać ich okręty i donieść o wszystkim strażnikom.
Omar, będąc pod wrażeniem jej znajomości topografii terenu, a także historii miasteczka i miejscowych zwyczajów, bez zastrzeżeń przystał na propozycję, żeby poszukać wolnego miejsca w którejś z niewidocznych z Llanes zatoczek. Prawdę mówiąc, został przysłany tutaj jako jawna obelga - nie powinno tak być, że na istotną rozmowę przychodzi drugi oficer, jeżeli kapitan i pierwszy nie są co najmniej umierający. Jednak Jackie nie miała o to pretensji - wolała już tłumaczyć swoje zamiary tygrysowi, który przynajmniej potrafił obiektywnie docenić rozsądne pomysły, niż rozmawiać z Natanielem, który przysłaniem swojego drugiego oficera wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie zapomniał i nie wybaczył jej dotychczas tych wycieczek osobistych sprzed dwóch dni. Zarzuty o braku higieny to nie jest coś, co jakikolwiek szanujący się kot łatwo by zapomniał - bez względu na to, czy były prawdziwe, czy też nie.
Tak czy inaczej, "Morska Wiedźma" i "Mongrels Conqueror" zakotwiczyły w sąsiednich, dość oddalonych od miasteczka zatoczkach. Nagie, ciemnoszare skalne klify zasłaniały okręty z trzech stron, a w dół prowadziła wąska, kręta ścieżynka, kończąca się wąziutkim pasem plaży, zupełnie niedostępnym podczas przypływu. Aby wydostać się z okrętów na ląd trzeba było podpłynąć szalupą pod klif przy niskim stanie wody i wspiąć się gęsiego na szczyt stromej skarpy, lub też wsiąść w większą ilość osób do jolki i powiosłować tam, gdzie brzeg będzie łagodniejszy. Żeby było szybciej, postanowiono przewieźć część kotów do podnóża klifu, a resztę przetransportować nieco bliżej Llanes. Ustalono, że na ląd zejdą obie załogi, a każda spróbuje na własną rękę dowiedzieć się gdzie przebywa Hiszpan Raul. Oprócz tego, piraci z "Mongrels Conquerora" mieli obiecane, że będą mogli się zabawić w mieście, więc nie było mowy, żeby którykolwiek z nich nie poszedł. W takiej sytuacji Jackie mogłaby nie posyłać nikogo, ale nie wierzyła, że Pazur szczerze podzieliłby się z nią wszystkimi zdobytymi informacjami, a sama nie mogła pójść, żeby nie narażać przedwcześnie całej misji na szwank.
Nie mogła jednak posłać wszystkich ze swojej załogi, jak to robił Nataniel, bo pojawienie się w mieście takiej ilości obcych kotek niewątpliwie wzbudziłoby podejrzenia. Wybrała więc dwadzieścia mówiących najlepiej po hiszpańsku towarzyszek i wysłała na przeszpiegi, zanim jeszcze kocury z sąsiedniego statku pozbierały się do drogi. Nie chciała, żeby będący w przewadze liczebnej piraci zdybali po drodze jej przyjaciółki, na przykład w tym zagajniku przed miasteczkiem... Nie sądziła, co prawda, żeby ośmielili się zrobić im krzywdę - taki występek zarówno ona, jak i Pazur ukaraliby bez litości - ale mogłoby się zrobić bardzo nieprzyjemnie. W końcu na pewno chętnie zrewanżowaliby się za ten niewinny dowcip z podglądaniem...
Tak czy inaczej, zanim pierwsza łódź z załogą z "Mongrels Conquerora" przybiła do brzegu, kotki były już w połowie drogi do miasteczka. Jednak Jackie, patrząc na czekających na przewiezienie piratów, nie mogła powstrzymać uczucia niepokoju. Czy aby na pewno dobrze zrobiła, wysyłając je tylko w dwudziestkę? Będą musiały chodzić po mieście pojedynczo i mogą zostać prześcignięte przez liczniejszych przeciwników. Nie mówiąc już o tym, że cały czas myślała o tym, co może się zdarzyć, jeśli spotkają któregoś z piratów w jakimś ciemnym zaułku. Może powinna zaryzykować i oddelegować jeszcze parę kotek?
Z trudem oderwała się od tych myśli, stanowczo nakazując sobie przestać. Plan był dobry i zamartwianie się nic tu nie pomoże - lepiej będzie, jak pójdzie przygotować sobie odpowiedni strój.
Nataniel miotał się między swoimi podwładnymi, warcząc i klnąc ze złości. Widział jak piratki odbijały od burty "Morskiej Wiedźmy", ze swojego pokładu mógł też sobie dokładnie obejrzeć, jak mozolnie wspinają się pod górę, podkasując spódnice. Z pewnością dawno już szukają tego Raula w mieście, a tymczasem jego chłopcy - tu zaklął bezsilnie pod nosem - wybierają się jak na bal! Mieli utrudnienie już na starcie, bo wstali później, ale potem wszystko szło źle - były jakieś trudności z opuszczeniem szalupy na wodę, a jeszcze te tutejsze mielizny w najmniej oczekiwanych miejscach... Pierwsza łódka dopiero teraz wracała po następnych piratów, bo wioślarze nie mogli znaleźć dobrego miejsca na przybicie do brzegu. I jeszcze do tego kocury kręcą się i przepychają, mało się nie pobiją!
Czując, że zaraz eksploduje, jeśli nie znajdzie się daleko od tego wszystkiego, machnął ręką do Tabby'ego i Omara żeby zajęli się tym za niego, a sam zamknął się w swojej kajucie. I tak na dobrą sprawę nie był potrzebny na pokładzie, a musiał spreparować sobie tą paskudną maź do przyciemnienia futra.
Lily rozstała się z przyjaciółkami na głównym placu Llanes. Niektóre odłączyły się od grupy już na przedmieściach, żeby zasięgnąć informacji w gospodach, inne zanurkowały w boczne uliczki gdzieś po drodze. Dziesięć kotek doszło aż tutaj i teraz miały się rozstać. Każda dostała dokładny plan gdzie powinna iść, aby zasięgnąć języka. Lily polecono pójść na rynek i porozmawiać z handlarkami, szczególnie z tymi, które sprzedają ryby - one mogły nawet osobiście znać Raula, który miał mieszkać gdzieś w dzielnicy portowej. Pewnie nie będzie łatwo… Westchnęła, poprawiła haftowaną kamizelkę i ruszyła między rozmawiające wesoło sprzedawczynie, oferujące swoje towary na placu.
Po półgodzinie nadal tkwiła przy pierwszej przekupce.
-...Tak, senorita, mówiłam mu, coby kupił tuńczyka, bo to ryba, co męskie siły wspomaga bardzo - tu handlarka mrugnęła porozumiewawczo do robiącej zainteresowaną minę Lily. - Ale on kazał mi pilnować własnego nosa. Gbur to i impertynent, lepiej się z nim nie zadawać.
Kotka pokiwała uprzejmie głową.
- Proszę być spokojną, senora. Nawet nie będę się zbliżać... Um, to gdzie on mieszka?
- W dzielnicy portowej, w uliczce dokerów, trzeci dom od nabrzeża... Dom, też coś! Rozpadająca się drewniana szopa! Można poznać po zapachu rumu buchającego od okien. Żeby chociaż nasze wino, ale nie, on żłopie ten parszywy wynalazek, rum. Wielki mi pan! A ten tuńczyk - zachichotała - naprawdę by mu się przydał! Niedaleko jego domu jest puteria ... I, senorita! Nie żebym ja rozmawiała z TYMI kobietami, ale doszły mnie słuchy..!
Lily westchnęła. Wygląda na to, że nieprędko uda jej się stąd wydostać!
- Znasz niejakiego Raula? Powinien mieszkać gdzieś w pobliżu... - Tim, jeden z załogi "Mongrels Conquerora" usiłował wyciągnąć coś z barmana w tawernie.
Zwalisty kot za ladą uniósł do góry lewą brew, po czym dalej szorował przybrudzony blat, lawirując szmatką między kuflami rumu.
- Musimy z nim porozmawiać jak najszybciej! - indagował pirat, biorąc zmianę wyrazu twarzy Hiszpana za dobry znak.
Czarny kot wzruszył potężnymi ramionami.
- Jest... Jest nam winien pieniądze! - wykrzyknął Tim, zrozpaczony kiepskimi rezultatami rozmowy. Stał tu już od przeszło piętnastu minut, a w tym czasie barman nie odezwał się nawet jednym słowem!
Szmatka, dotąd niezmordowanie wycierająca blat, zatrzymała się na chwilę, po czym ruszyła ponownie, tym razem wolniej.
- Nie pokazywał się tu od półtora tygodnia - mruknął ponurym basem czarny kot - Wtedy wziął trzy kufle na krechę. Miał wrócić najdalej za dwa dni z pieniędzmi.
- Otóż to! - pochwycił z nadzieją Tim. - Gdybym wiedział, gdzie mieszka, nie tylko odzyskałbym własny dług, ale też przyszedł tu z nim na jednego i wtedy oddałby ci również twoją należność!
Hiszpan przyjrzał mu się uważnie.
- No cóż, senor... Skoro tak się sprawy mają..!
Pazur kręcił się po pokładzie, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. Ile jeszcze ma czekać? Czy to naprawdę tak trudno znaleźć jednego kota w takiej zapadłej mieścinie? Na szczęście, w chwili, kiedy był już gotów machnąć ręką na względy bezpieczeństwa i załatwić sprawę osobiście, pojawili się jego kamraci. Udało im się zdobyć adres zamieszkania Raula i to z wielu źródeł naraz, zanim jeszcze chociaż jedna z piratek Jackie wróciła! Nataniel pochwalił ich i pozwolił zadowolonym z siebie kotom wrócić na ląd i zażyć trochę rozrywki. Kiedy odpłynęli, a kotek z "Morskiej Wiedźmy" nadal nie było widać, zaśmiał się i z zadowoleniem zatarł ręce. Jego rywalizacja z Jacklynn doskonale się zaczyna! Wieczorem miał się z nią spotkać i porównać wyniki poszukiwań... Cóż to będzie za satysfakcja, słuchać jak dumna kapitan Bloodbane przyznaje się do porażki!
Nie mógł jednak wiedzieć, iż kiedy szykował się do wyjścia, skryta w wieczornym mroku szalupa przewiozła zmęczone, lecz triumfujące piratki na pokład "Morskiej Wiedźmy", gdzie zdały raport ze swojej misji mocno już niespokojnej Jacklynn...
Kiedy tylko się zjawił, od razu wiedziała, że jest w wyśmienitym humorze. Po pierwsze, wchodząc zapukał we framugę drzwi (które i tak wcześniej otworzył bez żadnego ostrzeżenia), po drugie - już na progu skinął jej niedbale głową. A kiedy usiadł, zaczął się kołysać na krześle. Z tego wszystkiego wywnioskowała, że jest pewien, iż tylko on poznał miejsce zamieszkania Raula. Z jednej strony bardzo ją to ucieszyło, ale jednocześnie wiedziała, że nie będzie jej łatwo - przez całe spotkanie musi udawać, że nic nie wie! Kiedy z pokorną miną musiała go prosić, aby przedstawił wyniki swoich poszukiwań, mało nie pękła ze złości na widok jego pełnej samozadowolenia miny. Och, z trudem go znosiła!
Oczywiście, nie odpowiedział jej od razu - najpierw chwilę udawał, że się namyśla, potem koniecznie musiał obejrzeć jakąś wyimaginowaną plamkę na kapeluszu i dopiero wtedy obrzucił ją łaskawym spojrzeniem.
- Ma dom w najdalszym końcu uliczki dokerów - oznajmił leniwie. - Dokładnego adresu ci nie podam, i tak pójdziemy tam razem.
Nieco ją zaskoczyło, że nie próbował jej oszukać: nie podał, co prawda, całej informacji, ale podświadomie oczekiwała, że będzie chciał ją skierować w inną część miasta, żeby samemu porozmawiać z Raulem. Poczuła się trochę zakłopotana, iż podejrzewała go o bycie bardziej wrednym, niż jest; oczywiście, od razu zauważył jej zmieszanie i zinterpretował je po swojemu. Wyszczerzył zęby z zadowoleniem i odchylił się jeszcze bardziej na krześle. Jackie zacisnęła pod stołem drobne dłonie w pięści. Och, żeby tak spadł - może to zmazałoby mu z twarzy ten kołtuński uśmiech! Ale, oczywiście, nawet takiej małej przyjemności nie mógł jej zrobić. Nie potrafiła na niego spokojnie patrzeć, złość aż ją rozsadzała!
... I wtedy postanowiła, że jutro z rana wymknie się wcześniej i sama porozmawia sobie z Raulem. Namówi go, żeby (kiedy tylko ona wróci z Pazurem) wyśmiał kapitana, a jej oddał mapę. A potem szybko pobiegnie na umówione miejsce i jak gdyby nigdy nic, pójdzie tam drugi raz z Natanielem i będzie miała satysfakcję, kiedy Raul prawie bez targów przekaże jej cenny papier i na jej oczach utrze nosa Pazurowi. To nie będzie tak do końca w porządku, to prawda, a ona obiecywała, że nie będzie oszukiwać... Ale przecież i tak by zdobyła tę mapę, a Nataniel ją sprowokował, więc to wszystko jego wina! Poza tym, to nie będzie prawdziwe oszustwo, tylko taki mały, niewinny przekręcik... O przekręcikach przecież nie było mowy! Tak, to dobry pomysł - i jedyne możliwe wyjście!
Udało jej się jakoś przetrzymać jego wizytę do końca i nie zdradzić się ze swym podstępnym zamiarem. Śmiej się, śmiej - jutro nie będziesz taki zadowolony, kapitanie!
Następnego dnia bladym świtem Nataniel był już gotów do wyjścia i poganiał piratów, którzy wiosłowali, jak na jego gust, o wiele za wolno. Ubrany w wytarte marynarskie spodnie o wystrzępionych nogawkach i nie najświeższą płócienną koszulę zupełnie nie przypominał samego siebie, zwłaszcza po przybrudzeniu końca ogona paskudną, gęstą, szarą mazią. Kto by rozpoznał w tym niedbale ubranym, choć przystojnym marynarzu poszukiwanego kapitana Nataniela Josepha Pazura? Nikt, kto go nie spotkał osobiście, to pewne.
Kiedy w końcu dno szalupy zaszurało o przybrzeżny piach, nie chciało mu się nawet czekać aż piraci wyciągną łódkę na brzeg - wyskoczył prosto do wody, nie przejmując się, że przemoczy spodnie.
- Płyńcie już! - machnął ręką na podwładnych. - Powinienem wrócić pod wieczór; podeślijcie mi szalupę, kiedy dam wam znak ze szczytu klifu!
Piraci głośno życzyli mu powodzenia, kiedy raźno zaczął piąć się ścieżką w górę. Bardzo mu się spieszyło, choć z Jackie umówili się dopiero o dziewiątej. Powód był prosty - chciał zdążyć porozmawiać z Raulem i wrócić na spotkane z Jacklynn - tak, by się o tym nie dowiedziała. Powiedział jej, że tego nie zrobi, to prawda, ale... To nie byłoby w porządku. W końcu to on dowiedział się, gdzie ów Hiszpan mieszka, a Jackie się to nie udało. Uczciwie podzielił się z nią informacją, ale powinien mieć z tego jakąś korzyść, prawda? A więc to, co robi, nie jest oszukiwaniem. Zresztą, Jackie nie musi wiedzieć o jego małej eskapadzie.
Wydostał się na brzeg klifu i obejrzał za siebie. W zatoczce u jego stóp stały na kotwicy dwa piękne, pirackie okręty, ukryte przed wścibskim okiem. Na pokładach nadal panował bezruch - ci, co nie mieli warty, spali snem sprawiedliwych. Pazur uśmiechnął się do siebie - jego odejście pozostało niezauważone. Jacklynn pewnie dopiero obraca się na drugi bok i ani jej się śni, że on może już być na nogach. Niech sobie śpi, byle mocno i długo!
Odwrócił się i szybkim krokiem ruszył drogą przez zagajnik, a po chwili zaczął biec, bo przemoczone nogawki przykleiły mu się do łydek i zaczął marznąć. W ten sposób już po kwadransie dostał się na obrzeża śpiącego miasteczka. Bez wahania szedł najkrótszą możliwą drogą do uliczki dokerów, pogwizdując cicho przez zęby. O tej porze niewiele tu było przechodniów - nieliczne przekupki spieszące na targ z koszami pełnymi ryb, paru podpitych marynarzy, jeden strażnik miejski. Ten ostatni nie wydawał się być zainteresowany poszukiwaniem groźnych piratów i innych wrogich elementów, jednak na wszelki wypadek Nataniel obserwował go spod oka. Był tak pochłonięty pilnowaniem stróża prawa, że nie zauważył mijającej go w pośpiechu kotki i niechcący potrącił ją łokciem, aż się zachwiała.
- ¡Perdone, senorita! Lio siento - mruknął ze skruchą.
Urażona Hiszpanka w odpowiedzi poradziła mu, żeby bardziej uważał. Nataniel poruszył uszami. Jej głos brzmiał znajomo...
- Jackie?!
Kotka drgnęła i spojrzała mu w twarz, otwierając szeroko oczy z niedowierzaniem.
- To ty! Co tu robisz?! - zakrzyknęła zduszonym głosem.
Przez chwilę przyglądali się sobie ze zdumieniem, stojąc na środku opustoszałej już uliczki, a potem zaczęli mówić jednocześnie.
- Powinieneś być na statku! - wykrzyknęła Jacklynn.
- Mogę się dowiedzieć, dokąd idziesz o takiej godzinie?! - usiłował się dowiedzieć Pazur.
- Ty oszuście!!! Chciałeś porozmawiać z Raulem przede mną! - zdenerwowała się na to Jackie.
- Ja oszustem?! A co TY tu robisz, ha?!
- Miałeś grać uczciwie, obiecywałeś, że nie będziesz próbował żadnych niecnych sztuczek!
- To samo dotyczy ciebie! Nie wmówisz mi, że chciałaś tylko przejść się po mieście!
Przekrzykiwali się tak przez chwilę, dopóki nie zdali sobie sprawy, że wydzierają się po angielsku w samym środku hiszpańskiego miasteczka. W popłochu rozejrzeli się na boki - na szczęście, akurat w zasięgu wzroku nie było nikogo. Pozostawało mieć nadzieję, że w zasięgu słuchu również nie.
- Idziemy stąd, szybko! - syknął Pazur i ruszył przed siebie, ciągnąc Jackie za łokieć.
- Puść mnie! - pisnęła z oburzeniem, zmuszona dreptać, aby dotrzymać mu kroku.
- Nic z tego, jeszcze byś mi uciekła. Mieliśmy iść razem - no to idziemy.
- To tym bardziej trzymaj łapy przy sobie! To nie Anglia ani kolonie, nie możesz łapać kotki za łokieć, jeśli nie jest twoją siostrą - a i tak jest to wtedy szczyt grubiaństwa. Gdybyś był moim kuzynem albo opiekunem, mógłbyś zaoferować mi oparcie się na twojej ręce, ale nic ponadto! A obcych kobiet nie dotykaj w ogóle, bez względu na ich pozycję społeczną! - oznajmiła, stanowczym ruchem uwalniając się z jego uścisku.
Pazur zakłopotał się odrobinę - nie miał o tym pojęcia. Wiedział, oczywiście, że hiszpańskie zwyczaje różnią się od tych jemu znanych, ale nie przewidywał żadnych problemów - a tu, proszę!
Ale skoro tak... Wzruszył ramionami i ją przepuścił. Jackie uniosła nieco spódnicę i minęła go, dumnie zadzierając nos. Pozwolił jej iść dwa kroki przed nim, tak jakby nic ich nie łączyło. Dało mu to okazję do przyjrzenia się jej uważniej - dotychczas nie bardzo miał czas zwrócić uwagę, w co jest ubrana.
O ile znał się na tutejszej modzie, wyglądała jak córka nieco zamożniejszego mieszczanina - handlarza winem lub właściciela bodegone (rodzaju jadłodajni). Miała na sobie szeroką, czerwoną, wełnianą spódnicę z czarnym fartuchem ozdobionym u dołu delikatnym wzorkiem, pasującym kolorystycznie do żakieciku z długimi rękawami. Na ramionach nosiła dużą, misternie haftowaną chustę, sięgającą rogami aż do fartucha i spiętą w talii zapinką, a związane w warkocz i upięte włosy przykryła białą chustką. Jej strój, choć piękny i dobrej jakości, nie był szczególnie bogaty, zapewne nie skusiłby żadnego złodziejaszka do obrobienia Jackie. Nie zmieniało to jednak faktu, że wyglądała bardzo ładnie.
Zbliżali się już do celu - musieli jeszcze tylko przejść kawałek portowym nabrzeżem i skręcić w lewo. Dotychczas szło jak po maśle, ale teraz na ich drodze stała grupka marynarzy, tarasując przejście. Pazur przyspieszył, chcąc wyprzedzić Jackie, żeby nie narażać jej na niemiłe spotkanie z ich szorstkimi manierami, ale ona nie chciała zwolnić. Wręcz przeciwnie - mruknęła, żeby trzymał się za nią i się nie odzywał. Zdziwiło go to niepomiernie, ale postanowił zaufać jej ocenie sytuacji - w razie czego, zawsze może się wtrącić.
Jacklynn śmiało podeszła do pogrążonych w rozmowie kotów.
- ¡Perdone, quisiera trespasar! - oznajmiła głośno.
Natychmiast przerwali konwersację i odwrócili się w jej stronę, mierząc ją śmiałymi, zaciekawionymi spojrzeniami. Nataniel podświadomie oczekiwał, że zaczną ją zaczepiać - gdyby w ten sposób zażądała przejścia od marynarzy, z którymi dotychczas się stykał, nie puściliby jej tak łatwo. Jednak Hiszpanie tylko wyszczerzyli zęby w zachęcających uśmiechach i rozstąpili się z kurtuazyjnym "Por favor, senorita", a Jacklynn przeszła między nimi dumnie wyprostowana, nieco unosząc skraj sukni. Nataniel skorzystał i podążył za nią - nie robili mu trudności, choć zmierzyli go o wiele mniej przyjaznymi spojrzeniami.
Pazur zdążył przejść tylko parę metrów, gdy za plecami usłyszał szybkie kroki. Spiął się, gotów do walki, ale Hiszpan minął go, nie zaszczyciwszy nawet spojrzeniem i zrównał się z Jackie, przystosowując się do jej tempa. Był to jeden z kotów, który ustąpił im drogi - zapewne oficer statku handlowego, sądząc po jego wyglądzie. Ubierał się na wzór francuski: miał na sobie czerwony justaucorps z żółtą, podkreślającą biel halsztuka kamizelą, a na nogach nosił cullote z błękitnawymi pończochami i eleganckie buty z klamrami. Strój był, co prawda, nieco zużyty, a jego właściciel nie ufryzował włosów, poprzestając na związaniu ich w niedbały, nieprzypudrowany kucyk... Ale i tak wyglądał bardzo elegancko, zwłaszcza z tym wspaniałym, ozdobionym piórem kapeluszem na głowie.
- ¡Bienvenida, senorita! - przywitał się, wykonując wspaniały ukłon z fantazyjnym wywijaniem zdjętym nakryciem głowy. Nataniel miał niejakie trudności ze zrozumieniem całości jego wypowiedzi, jednak pojął, że przybysz przedstawił się jako Jose Maria Fernandez i zapytał, czy może towarzyszyć senoricie w jej przechadzce.
Jacklynn obrzuciła go dumnym spojrzeniem i po chwili wyniosłego milczenia wyraziła zgodę, jednak zastrzegła, że zrezygnuje z jego towarzystwa gdy tylko opuszczą ulicę nad nabrzeżem. Rozradowany Jose Maria zajął miejsce po jej lewej stronie i zabawiał ją rozmową. Powiedział, że jest pierwszym oficerem na handlowcu "Coraje", który przypłynął wczoraj rano z ładunkiem zboża. Następnie opowiedział jakąś skomplikowaną anegdotkę o kontroli celnej, potem opisał swoją mocno nieprawdopodobną utarczkę z angielskim slupem wojennym, który miał napaść na jego okręt, gdy wracał z Francji. Przy każdej możliwej okazji schlebiał Jacklynn i próbował ją oczarować pięknymi słówkami. Lorelei ani razu nie zmieniła wyrazu twarzy na łaskawszy, ale czuć było, że chłonęła jego pochlebstwa jak gąbka i chciwie czekała na więcej. Ani ona, ani jej adorator na Pazura nie obejrzeli się ani razu, jakby ten w ogóle nie istniał. Kapitana mocno to denerwowało - może i udawał, że nie ma z Jackie nic wspólnego, ale trzymał się za nią na tyle uparcie, że powinno to zwrócić uwagę senora Jose Marii. Tymczasem Hiszpan traktował go jak powietrze i bez żenady flirtował tuż przed jego nosem!
Kiedy w końcu doszli do skrzyżowania z uliczką dokerów, przystojny kocur zapytał, czy senorita aby na pewno chce dalej iść sama. Gdy Jackie potwierdziła, skłonił się elegancko i oznajmił, że jest zawsze do jej usług. Na odchodnym wyraził też nadzieję, że będzie miał jeszcze okazję spotkać piękną damę, a swoje życzenie poparł uwodzicielskim uśmiechem i błyskiem w ciemnozielonych oczach. Jackie nie zmieniła wyniosłego wyrazu twarzy i pożegnała go jedynie chłodnym "Hasta luego, senor". Jednak kiedy jej galant odszedł, nie zamierzała od razu pójść w swoją stronę. Dzielnie odczekała, aż senor Jose Maria nieco się oddali, ale potem nie wytrzymała i odwróciła za nim głowę, odprowadzając go wzrokiem. Jeszcze przez dłuższą chwilę stała nieruchomo na środku ulicy, spoglądając za oddalającym się Hiszpanem. Ruszyła się z miejsca dopiero, kiedy Pazur zaczął posykiwać jej z niecierpliwością do ucha, ale i tak przez resztę drogi miała lekko rozmarzony uśmiech na twarzy i nieobecne spojrzenie, z którymi było jej naprawdę ładnie. Nataniel, nadal lekceważony, czuł się coraz bardziej zirytowany. Kiedy w końcu stanęli przed zapuszczoną ruderą w której miał mieszkać Raul, Jacklynn nadal miała minę jak kociątko przylepiające twarz do szyby wystawowej cukierni, a Pazur chętnie by komuś przyłożył.
- Jesteśmy! - burknął ze złością Pazur, mając wielką ochotę złapać ją za ramiona i mocno potrząsnąć, żeby się trochę ogarnęła.
Na szczęście, na dźwięk jego głosu Jackie zaraz wróciła myślami na ziemię i obrzuciła stojący przed nią obraz nędzy i rozpaczy uważnym spojrzeniem.
- Opis się zgadza - oznajmiła, ujmując się pod boki. - Wchodzimy!
CO zrobiłaś?!
- No przecież mówię: założyłam się, że zdobędę więcej części mapy niż on.
Natychmiast po wyjściu Pazura do kajuty wśliznęła się Sammy. Wyjątkowo zadowolona mina odchodzącego Nataniela sprawiła, że spodziewała się zastać Jackie rzucającą przedmiotami po całym pokoju, ale jej przyjaciółka siedziała przy stole zupełnie spokojna i w doskonałym humorze. Samantha, oczywiście, natychmiast chciała poznać przyczyny takiego fenomenu, ale dowiedziawszy się o wszystkim wpadła w panikę.
- Czyś ty oszalała! - wyjęczała, chwytając się za głowę. - Tak się z Omarem i Tabbym staramy, żeby zawiązać przyjaźń między załogami, a ty nas wplątujesz w jakieś współzawodnictwo?! To koniec! Kto by nie wygrał, raz na zawsze przekreśli to szanse na dobrą współpracę!!!
Jackie prychnęła lekceważąco.
- Nie miałam innego wyjścia, wierz mi. Nasza "przyjaźń" przed paroma minutami zakończyłaby się z wielkim hukiem, gdybym nie wpadła na ten pomysł. On się z każdą chwilą zachowywał coraz bardziej bezczelnie i lekceważąco; jak, według ciebie, wyglądałaby ta cała "współpraca", jeśli kapitan dawałby swojej załodze taki cudowny przykład? Nie, Sammy, to najlepsze, co można było zrobić! - stwierdziła stanowczo, podnosząc palec do góry. - Zgadzając się na rywalizację z nami, automatycznie przyjęli, że jesteśmy im w pewien sposób równe - w końcu nikt nie stara się udowodnić swojej wyższości komuś, kto przy nim zupełnie nie ma szans. Przy odrobinie szczęścia tak się przyzwyczają do tego uczucia, że nareszcie przestaną na nas patrzeć jak na kicie z zamtuzu!
Pierwsza oficer nieco się uspokoiła.
- To brzmi logicznie... Możesz mieć rację. Ale co z tobą i Pazurem? Do zdobycia jest tylko pięć kawałków mapy, więc nie ma szans na remis - któreś z was przegra! Jak was znam, na pewno nie przejdziecie nad tym do porządku dziennego i zaraz będziecie na siebie warczeć!
Jacklynn zamruczała cicho, mrużąc z zadowolenia oczy.
- Nie martw się... Kiedy wygram, nie będę go zbyt długo dręczyć, a mała nauczka dobrze mu zrobi - on potrzebuje porządnej lekcji pokory. To może nam wszystkim tylko wyjść na dobre, zobaczysz.
Samantha poruszyła się niespokojnie.
- A co, jeśli ci się nie uda? - zapytała.
Lorelei rozśmiała się głośno.
- Oj, Sammy, Sammy... Tym się nie musisz martwić.
Przeciągnęła się z zadowoleniem, zamruczała i dodała cicho, z tajemniczym, pewnym siebie uśmiechem:
- Bo widzisz: ja po prostu nie mogę przegrać!
Pazur stał na sterówce, przyjmując swoją ulubioną postawę - prawa ręka na biodrze, lewa wzdłuż tułowia - i z zadowoleniem przyglądał się zgromadzonym na śródpokładziu piratom. Jego dobry humor nie uszedł uwadze załogi, toteż wszyscy zachowywali zaciekawione milczenie, czekając aż Pazur się odezwie. Nataniel czuł niemal, jak powietrze gęstnieje od domysłów. Zakołysał z ukontentowaniem ogonem, wygiął go w dumne "S". To, co teraz powie, na pewno im się spodoba - co najmniej tak samo, jak jemu.
- Słyszeliście już, że w otwartej wczoraj butelce była część mapy prowadzącej do skarbu - zaczął - Zapewne wiecie również, że do odnalezienia zostało jeszcze pięć fragmentów. Spodziewacie się, że wyruszymy na ich poszukiwanie, prawda? - przerwał na chwilę, pozwalając, by piraci przytaknęli zgodnym chórem. - Cóż, nie mylicie się - z tym że sytuacja wygląda o wiele ciekawiej. Kapitan Bloodbane - pierwsze słowo wymówił jakby z pewnym ociąganiem, które sprawiło, że marynarze zastrzygli uszami - uważa, że nie doceniamy jej załogi... - tu pozwolił sobie na ironiczne podniesienie brwi. Kocury zaczęły się śmiać i trącać łokciami, nie pozostawiając mu tym samym wątpliwości, co myślą o piratkach.
- ...Dlatego zaproponowała mi pewien układ. Twierdzi, że ona i jej podwładne są lepszymi piratami od nas - uśmiechnął się pod wąsem, a odgłosy rozbawienia na śródpokładziu przybrały na sile i intensywności, gdy kontynuował - ...I zamierza to udowodnić. Założyła się, że zdobędą więcej kawałków mapy niż my, co bedzie dowodem na ich wyższość. Oczywiście się z nią nie zgodziłem. Ten, kto wygra, weźmie większość skarbu - całe trzy piąte. Co o tym sądzicie, chłopcy? Podoba wam się taki zakład? Czy też mam się wycofać, co? Może jeszcze się uda... - zakpił, śmiejąc się pod nosem.
Odpowiedzią było głośne, entuzjastyczne zaprzeczenie i grupowy wybuch radości. Perspektywa pokazania kotkom, gdzie ich miejsce podobała się jego załodze niemal tak bardzo, jak większy udział w skarbach.
Odczekał, aż piraci nacieszą się wspaniałą nowiną, a gdy nastał względny spokój, przemówił znowu.
- Płyniemy teraz do Llanes, portu, w którym autor listu rozstał się z Raulem, tym Hiszpanem. On powinien mieć cztery fragmenty mapy. Przy odrobinie szczęścia dostaniemy je wszystkie naraz... Mam nadzieję, że nie jest wam szkoda, że zdobycie skarbu może wymagać tak mało wysiłku, co?
Tak jak przypuszczał, piraci wcale się nie przejęli taką możliwością. Nieco niepokoiła ich raczej długa, zapewne nudna podróż na wybrzeże Europy i myśl o wpływaniu do hiszpańskiego portu, gdzie na pewno są wywieszone za nimi listy gończe i mogą też stacjonować garnizony. Ale nie takie numery już wywijali Hiszpańskiej Flocie i żołnierzom króla, toteż nie martwili się tym jakoś szczególnie mocno. W końcu jest z nimi ich kapitan!
Nataniel uśmiechnął się z zadowoleniem. Wspaniale! Nareszcie coś się będzie działo. Co prawda, zakład z Jackie nie będzie jakimś wielkim wyzwaniem, ale doda przyszłym wydarzeniom smaczku. Parę miesięcy żeglugi, a potem zdobędzie pierwszy kawałek mapy. Dzięki temu ucieszy swoją załogę... I pokaże Jacklynn, na co się porwała! To się nazywa upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu! Jedyne, czego należy się obawiać, to nuda podróży, która może rozdrażnić jego piratów - ale na to na pewno coś się poradzi...
Jackie stanęła przy burcie i w zamyśleniu zabębniła pazurkami o reling. W pewnej odległości od "Morskiej Wiedźmy" pruł fale dziób "Mongrels Conquerora". Jacklynn rzuciła mu nieprzychylne spojrzenie. Wspaniały okręt budził w niej niechęć, żywo przypominając swego właściciela. Dumnie wydymając żagle, parł naprzód, zdając się samym swoim istnieniem rzucać wyzwanie wszystkim przepływającym jednostkom... Ale co z tego, że dobrze się prezentuje, jeśli na sam widok ma się ochotę podziurawić go kulami? No i - Jackie z niesmakiem wydęła wargi - przydałoby mu się porządne mycie! Ona w życiu nie dopuściłaby do sytuacji, w której jej albo "Morskiej Wiedźmy" nie cechowałaby przynajmniej zadowalająca czystość! I taki ktoś ma śmiałość..!
Czując niejasną irytację, jak zwykle, gdy jej myśli zahaczyły przypadkiem o drażliwy dla niej temat, kapitan Bloodbane odwróciła się tyłem do nielubianego okrętu. Nie przyszła tu, żeby się denerwować - zwołała dziewczęta na naradę i mają wiele do omówienia! Przez te parę tygodni, które minęły od jej rozmowy z Pazurem, wiele myślała. Doszła do wniosku, że jej największym problemem jest w tej chwili zapewnienie kotkom jakiegoś interesującego zajęcia na czas długiej żeglugi. Co prawda, jej znudzone podwładne nie próbowałyby tłuc się ani buntować, ale monotonia zabiłaby w nich cały entuzjazm. Nie mówiąc już o tym, że jest ich kapitanem oraz przyjaciółką i powinna się starać, żeby czuły się jak najlepiej!
Spojrzała na zebrane dookoła kotki. Jej pomysł powienien im się spodobać i nawet, jeśli nie odniosą znaczącego sukcesu, bedą miały jakieś zajęcie w wolnym czasie. A w najlepszym razie... Kto wie? Może będzie to tak upragniony przez Sammy sposób na przyjaźń między załogami?
- Miałybyście coś przeciwko inteligentnej rozrywce, dziewczyny? - zapytała, uśmiechając się do nich tajemniczo. Oczywiście nie miały, za to bardzo były ciekawe, co wymyśliła. Zamiast jednak od razu wyjaśnić, o co jej chodzi, zadała kolejne pytanie.
- Co myślicie o załodze "Mongrels Conquerora"?
Jedna przez drugą, posypały się chaotyczne odpowiedzi. Po chwili wrzawy Jackie potwierdziła swoje przewidywania: według kotek, piraci mogliby być interesujący, gdyby nie ich brak manier, lekceważące podejście do kobiet w każdej, niewymagającej używania garnka roli i niski poziom higieny osobistej. No i kompletny brak romantyzmu. I delikatności uczuć. I elokwencji. Oraz kiepski gust, wulgarne słownictwo, nietolerancja, no i jeszcze...
Pokiwała głową na znak, że całkowicie się z nimi zgadza.
- A co wy na to, żeby ich zmienić? - zapytała od niechcenia, wysłuchawszy wszystkich skarg.
Zamilkły, zdumione. Jackie, wyjątkowo z siebie zadowolona, założyła ręce za plecami i zaczęła się przechadzać, lawirując między słuchającymi uważnie kotkami.
- Tak, to właśnie od nas zależy! Przecież możemy mieć na nich wpływ, prawda? Wystarczy, że się trochę postaramy... - obróciła się powoli, posyłając wszystkim dookoła niej porozumiewawczy uśmiech - ... I zrobią takie rzeczy, o których pewnie jeszcze w całym swoim życiu nawet nie pomyśleli! Chyba mi nie powiecie, że mogliby się oprzeć naszym... delikatnym sugestiom? - mrugnęła porozumiewawczo.
Kotki wokół niej wybuchnęły radosnym śmiechem i zaczęły wiwatować, podskakując i klaszcząc w ręce z zachwytu. Jacklynn z przyjemnością wzięła udział w ogólnej radości, a kiedy już emocje nieco opadły, powiedziała:
- Porozmawiamy o tym za parę dni i wtedy zaczniemy omawiać naszą strategię. Do tego czasu chciałabym, żebyście przemyślały ewentualne sposoby postępowania, najważniejsze zmiany, które chcemy wprowadzić... I może wstępnie wybierzecie sobie cele? Będziemy współpracować, ale myślę, że przede wszystkim powinnyśmy popracować nad nimi indywidualnie - dobry pomysł?
Chóralny chichot odebrała jako wyraźną aprobatę.
Przez następne parę tygodni Jacklynn i Pazur się nie widzieli. Nie było takiej potrzeby, gdyż od początku już znali cel swej podróży i nawet nie mieli się o co kłócić. Dlatego też Jackie i jej przyjaciółki nie miały możliwości wprowadzić w życie swych niecnych zamiarów. Poprzestawały na coraz bardziej szczegółowym planowaniu, nieco tylko rozczarowane, że aż do czasu przybycia do Hiszpanii mogą nie mieć okazji wypróbować swoich pomysłów. Wyglądało na to, że rzeczywiście będą musiały poczekać, ale...
- Jackie, to nie do wytrzymania! Ja już naprawdę dłużej tak nie mogę! Jak można w takich warunkach pracować?!
Kapitan Bloodbane z braku lepszego zajęcia robiła porządki w biurku, kiedy do jej kajuty wparowała Vicky, jedna z jej załogantek. W jednej łapce trzymała słoik pasty do polerowania domowej roboty (ług i popiół, formuła ultra-skuteczna) a w drugiej mięła szmatkę. Na jej rdzawym pyszczku walczyły o lepsze irytacja i zakłopotanie.
Jackie wyciągnęła ręce z czeluści szuflady i spojrzała na nią bez zrozumienia. Najwyraźniej działo się coś, o czym nie miała pojęcia. Opuściła rękawy, dając sobie nieco czasu na zastanowienie, co też mogło tak zdenerwować kotkę, ale nic nie przychodziło jej na myśl. Vicky uznała jej milczenie za zachętę do dalszego użalania się.
- Ja rozumiem, że oni muszą, każdy przecież czasem... Ale to już przesada! Staram się, wszystkie się staramy, próbowałyśmy ich przeczekać, ale im się wcale nie znudziło! To naprawdę niesamowicie nam przeszkadza!
Jacklynn nadal nie miała najmniejszego pojęcia, o czym mowa; musiała zrezygnować z półśrodków i walić prosto z mostu... No, może niezupełnie...
- Ale o co tak dokładnie chodzi? - zapytała takim tonem, jakby na statku działo się mnóstwo denerwujących rzeczy, które dopraszają się jej uwagi, a o każdej z nich wiedziała wszystko od początku do końca.
Rudawa kotka zamrugała i spojrzała na nią ze zdziwieniem. Po chwili bezmyślnego wytrzeszczania oczu okręciła się na pięcie i wykonała zachęcający gest.
- Chodźmy! Tam, na pokładzie!
Jacklynn ruszyła pośpiesznie za piratką, która prawie biegła. Przewędrowały tak przez pół pokładu i dotarły do burty po zawietrznej. Vicky podeszła do relingu, który nosił ślady przerwanego polerowania, i dramatycznym gestem wyciągnęła przed siebie rękę dzierżącą szmatkę. Jej wysunięty oskarżycielsko palec wskazywał prosto na płynącego równolegle "Mongrels Conquerora".
- Proszę! - zagrzmiała triumfalnie, drżąc ze wzburzenia i poczucia własnej ważności.
Jackie podążyła spojrzeniem wzdłuż niezbyt czystej dłoni. Dokładnie tam, gdzie wskazywała, grupa piratów robiła coś na burcie. Podskakiwali, wychylali się niebezpiecznie do przodu, przytrzymując się want...
- Vicky! - powiedziała z naganą, odwracając pośpiesznie wzrok.
- Mam wrażenie, że bardzo ich to bawi - powiedziała ponuro kotka, patrząc gdzieś w niebo. - Jednak my nie możemy tak pracować! Jak mam polerować reling, jeśli nie mogę patrzeć w tamtą stronę? A im się wcale nie nudzi! Stoją tam od parunastu minut i tylko co jakiś czas się zmieniają... To krępujące!
- No przecież nie można im zakazać. Muszą się czasem załatwić! - mruknęła z zakłopotaniem Jacklynn. - Ale żeby takie rzeczy..!
Odwróciła się od nieprzyzwoitego widoku. Za jej plecami piraci gwizdali i śmiali się głośno, rzucając sprośne żarty i nieprzystojne propozycje.
- Na litość, przecież latanie z opuszczonymi spodniami to popisy na poziomie siedmiolatków! - rzuciła ze złością, gorączkowo się zastanawiając, co teraz.
- Problem w tym, że takim dzieciakom to się nudzi po kilku chwilach, zwłaszcza, jeśli nie zwraca się na nich uwagi - odparła Vicky. - A oni ciągle się rozkręcają, nic na nich nie działa! I co my mamy z tym zrobić? To dla nas strasznie krępujące, a przecież nie możemy chodzić z zasłoniętymi oczami...
Jackie rozejrzała się bezradnie. Piratki, które niepostrzeżenie zgromadziły się przy niej, patrzyły na nią wyczekująco. I co teraz? Przecież nie pójdzie do Pazura ze skargą, wyśmiałby ją! Sytuacja rzeczywiście jest niezręczna, a oni z własnej woli nie przestaną - za bardzo ich to bawi...
Pomysł, który nagle pojawił się w jej umyśle, był prosty, a jednocześnie niezwykle skuteczny... I z pewnością bardzo denerwujący dla kotów z "Mongrels Conquerora" - a zwłaszcza dla kapitana. Lorelei pozwoliła, aby na jej usta wypłynął szeroki, nieco złośliwy uśmiech.
- Chodźcie tu, dziewczyny, potrzebujemy waszej pomocy - oznajmiła, przywołując swoje podwładne bliżej. - Trzeba dać tym bezwstydnikom porządną nauczkę! A zrobimy tak...
Nataniel w skupieniu odmierzał cyrklem odległości na mapie, chcąc dokładnie obliczyć, ile jeszcze będą płynąć. Nie bardzo lubił to robić, bo wymagało to od niego pełnego skupienia - kiedy tylko się rozproszył, za mocno przyciskał instrument i dziurawił pergamin. Starał się więc, żeby w czasie pracy nikt nie miał do niego żadnych spraw. Szczerze mówiąc, nawet jeśli teoretycznie nic się nie powinno dziać, zawsze ktoś mu przeszkadzał i...
- Panie kapitanie, sir!!! - Pazur skrzywił się, gdy drzwi kajuty bez najmniejszego ostrzeżenia rozwarły się na całą szerokość i z hukiem uderzyły o ścianę. Nie sprawdził od razu, kto przyszedł, tylko spojrzał z ponurym przeczuciem na mapę. Jego przewidywania sprawdziły się - cyrkiel przebił symbol miasta A Coruna, zostawiając okrągłą dziurkę w samym środku litery o.
- Jest pan natychmiast potrzebny..! - zawołał stojący w drzwiach marynarz, ale słowa ugrzęzły mu w gardle, kiedy jego kapitan zmierzył go morderczym wzrokiem.
- Eeee... Coś się stało, sir? - wyjąkał, gdy udało mu się odzyskać głos.
- Nic oprócz tego, że muszę ZNOWU kupić nową mapę... Chyba, że mieszkańcy A Coruna zrobią mi uprzejmość i wykopią wielką dziurę w środku miasta, żeby wyjaśnić jakoś ten krater na moim planie - oznajmił lodowatym tonem.
Pirat nie znalazł żadnych słów, które brzmiałyby w tej sytuacji dobrze, wobec tego milczał. Nataniel przez chwilę patrzył na niego zastanawiając się, czy kot odważy się przypomnieć o swojej sprawie, ale tamten nadal się nie odzywał. Kapitan prychnął niechętnie.
- No więc? Co to za niesamowicie ważna sprawa, z którą przychodzisz?
Ku jego zdumieniu, marynarz wyraźnie się speszył i zaczął przestępować z nogi na nogę. Zza jego pleców zaczęli wyglądać inni piraci, zaniepokojeni brakiem powodzenia u ich wysłannika.
- Bo my... Bo one... Tego... Hm. - wykrztusił w końcu, całkowicie niezrozumiale.
Jego towarzysze wydali z siebie potępiające pomruki i zachęcające okrzyki, ale to wcale nie pomogło.
- Gapią się, jak szczamy! - zawołał jakiś odważniak z tyłu.
- ŻE CO?! - Pazur wytrzeszczył oczy i nieostrożnie przeciągnął cyrklem po mapie, wydzierając na środku poszarpaną linię.
Odpowiedziały mu pełne poparcia pomruki, wzbierające na sile. Piraci, ośmieleni swoim własnym towarzystwem coraz głośniej pokrzykiwali, nie zwracając uwagi na milczenie kapitana. Dopiero po chwili ci z przodu zauważyli jego dziwną minę i przestali hałasować, ale chwilę potrwało, zanim do ich kumpli z tyłu doszło, że coś jest nie tak. Gdy wszyscy ucichli, Nataniel potoczył po nich nieodgadnionym wzrokiem, opierając brodę na splecionych dłoniach.
- A więc - odezwał się cicho - macie problem z załatwianiem się? Do tego jest kapitan, tak? Ze sztormu wyprowadzi, poda na tacy skarb i jeszcze tyłek podetrze, tak? Może smoczek? Nie wiem, czy starczy dla wszystkich, chyba bedziecie musieli się wymieniać...
- K-kapitanie... - wyjąkał ktoś z tyłu.
- No dobrze - odburknął Nataniel po chwili przesiąkniętej strachem ciszy - Pójdę zobaczyć o co chodzi. Ale jeśli to był tylko żart..!
Prychnął i wstał, po czym wyszedł na zewnątrz i otoczony piratami podszedł do zawietrznej burty. Na płynącej niezbyt daleko "Morskiej Wiedźmie" piratki sprawnie, ale niespiesznie wykonywały swoje obowiązki i zupełnie nie patrzyły w ich stronę. Nie wyglądało na to, żeby miały się na kogokolwiek natarczywie gapić.
Kapitan ujął się pod boki i palcami prawej dłoni zaczął wystukiwać jakiś rytm na biodrze.
- No i co? - rzucił, nie patrząc na członków swojej załogi, który zaczęli kręcić się niespokojnie.
- One chyba tylko wtedy, kiedy sikamy - mruknął ktoś niepewnie.
- To na co czekasz? - kapitan nadal wpatrywał się w drugi okręt. - No?! - warknął, kiedy marynarz nie zareagował - Czy może mam ci dać przykład?!
Z pewnym ociąganiem pirat stanął przy burcie i zaczął odpinać pasek.
- Jackie, jeden znowu próbuje - mruknęła Ruda, wcale nie spoglądając w stronę "Mongrels Conquerora" - I do tego ma widownię!
- Świetnie. Daj mi znać, gdy zacznie na całego... - pani kapitan również pozornie nie zwracała uwagi na drugi statek - Już? No to, dziewczyny; na trzy!... Raz... Dwa... Trzy!
Pirat, z początku spięty i robiący swoje z miną skrajnie nieszczęśliwą, z każdą spokojną sekundą odprężał się coraz bardziej. Już po chwili stał dumnie z miną pt. "szczęśliwy facet" i uśmiechał się błogo do całego świata. Jednak właśnie wtedy wszystkie kotki przerwały swoją pracę i w mig zjawiły się przy swojej burcie, solidarnie wbijając w niego cyniczne, dosyć znudzone spojrzenie. Na samym przodzie opierała się łokciami o reling Jackie, całą sobą pokazując, że jest tu tylko dlatego, iż ten widok jest odrobinę ciekawszy od jednostajnie falującego morza i absolutnie nie robi na niej najmniejszego wrażenia.
Pod ostrzałem uważnych, ironicznych spojrzeń pirat wydał z siebie coś w rodzaju urywanego charkotu i oblał sobie spodnie, które zaczął w pośpiechu zapinać, jednocześnie niezdarnie odskakując od burty. Z "Morskiej Wiedźmy" wiatr doniósł parę nie do końca stłumionych chichotów.
Kapitan wychylił się do przodu i oparł o reling, wbijając wzrok w oddzieloną od niego pasem morskiej wody Jacklynn.
- Dawać tu flagi sygnałowe! - warknął. - "Zameldować się u kapitana" na maszt, ale już!
Piraci rzucili się wypełniać jego rozkazy i już po chwili żądana flaga sunęła szybko do góry.
- Widzisz to? - Samantha wzrokiem wskazała Jackie sygnałówkę - Chyba ktoś chce cię widzieć.
- Doprawdy? - Jacklynn jeszcze nie zmieniła znudzonego wyrazu twarzy, ale w jej głosie czaiła się zapowiedź uśmiechu - Powiedz mi, Sammy, jakie jest najczulsze miejsce każdego mężczyzny?
Pierwsza oficer przyjrzała jej się ostrożnie, ale nie mogła nic wyczytać z jej twarzy.
- Krocze? - zaryzykowała.
Jackie kiwnęła głową.
- Fizycznie rzecz biorąc, tak - ale tylko fizycznie. Próbujesz dalej?
Samantha wzruszyła bezradnie ramionami.
- Duma - Jackie uśmiechnęła się drapieżnie - Sama przyznasz, że jestem coś winna Pazurowi za naszą ostatnią rozmowę. Nie pozwolę się tak traktować!
- To jak? - upewniła się Samantha - Z kolana w dumę?
- Dokładnie! - Jacklynn zaśmiała się głośno i odwróciła do podekscytowanych piratek. - Dziewczęta, przekażcie im, co o tym myślimy... Wiecie, o co mi chodzi, prawda?
- Kapitanie, jest odpowiedź! - marynarz na oku wyciągnął rękę, wskazując na "Morską Wiedźmę". - Ja... - zająknął się - nie potrafię jej rozpoznać!
Pazur odwrócił się w jego stronę tak szybko, że zawirowały za nim poły płaszcza. Co to za partacz, który nawet nie potrafi odczytać prostego kodu? Już miał zamiar porządnie nieszczęśnika opieprzyć, kiedy zdał sobie sprawę, że nie tylko ten marynarz wyglądał na zmieszanego. Ponownie spojrzał za siebie i zesztywniał.
Cała załoga wpatrywała się w zdziwieniu w nieznaną flagę, dopóki wiatr nie pochwycił czarnego materiału i nie rozpostarł go, w całej okazałości prezentując wymalowany na biało znak. Piraci zagapili się na niego, nie wierząc własnym oczom, po czym zaczęli nerwowo odsuwać się od kapitana. Nataniel wpatrywał się jeszcze chwilę w łopoczącą sygnałówkę, a potem powrócił do obserwacji Jacklynn. Ci, którzy mieli okazję stać blisko niego zauważyli, że zmrużył oczy, a napięte mięśnie zarysowały się wyraźnie pod ściśle przylegającą do pleców kurtką.
- Przygotować szalupę - wycedził przez zaciśnięte zęby - Mam do pogadania z "kapitan" Bloodbane...
Na topie masztu "Morskiej Wiedźmy" dumnie powiewała czarna flaga z wymalowaną na niej na biało dłonią pokazującą figę.
- Jackie, spuścili jolkę i Pazur właśnie do niej wsiada! - nieco zaniepokojona Samantha podeszła szybko do pani kapitan.
- Dobrze! Dziewczęta, możecie wracać do swoich obowiązków, tylko ściągnijcie tę figę z masztu - nie możemy przesadzać. Będę w mojej kajucie.
Bardzo zadowolona pobiegła do siebie, aby szybko upchać powyciągane rzeczy z powrotem do szuflady biurka. Kiedy będzie stawiać czoło Pazurowi, musi mieć idealny porządek. Zawsze sprzątała przed jego przyjściem, żeby stworzyć kontrast z zagraconym wnętrzem jego kajuty; nie wiedzieć czemu, czuła się wtedy pewniej.
Wtykając na miejsce dzienniki pokładowe chichotała pod nosem. Będzie wściekły - tego była pewna! Zastanawiała się, czy nie wymalować na fladze bardziej obelżywego gestu, ale zrezygnowała - to nie dałoby odpowiedniego efektu. Aby komuś naprawdę dopiec nie należy używać złośliwości wielkiego kalibru - to te najdrobniejsze rzeczy najbardziej złoszczą. Drobiazgi są jak cieniutkie igiełki: choć niemal niewidoczne, włażą w skórę i nie dają się wyciągnąć, drażniąc przez bardzo długi czas. No i - uśmiechnęła się złośliwie - to igłami, a nie gwoździami przebija się balonik. Figa w odpowiednim momencie - i już z Pazura schodzi trochę powietrza!
Nucąc radośnie zamknęła szufladę i dokonała ostatnich poprawek w wyglądzie pokoju: przesunęła dywanik, poprawiła zmarszczkę na kołdrze, domknęła szafę... Po czym z premedytacją przekrzywiła obrazek na ścianie, żeby mieć co poprawiać, kiedy on tu wpadnie.
Nataniel tupiąc gniewnie wmaszerował na pokład "Morskiej Wiedźmy" i rozejrzał się w poszukiwaniu Jackie. Oczywiście, nie było jej tutaj! To do niej podobne - wywołać zamieszanie, ośmieszyć go przed całą załogą i jeszcze zmusić, żeby szukał jej po całym okręcie. Chociaż w zasadzie spodziewał się, gdzie może ją znaleźć.
- Jest w swojej kajucie?! - warknął do Samanthy, która widząc jego minę zawahała się przez ułamek sekundy, zanim skinęła głową. Nie zawracając sobie głowy podziękowaniem ruszył przed siebie, gniewnie młócąc powietrze ogonem. Ostatnio był dla niej miły, ani razu nie podniósł na nią głosu, i co? Oto efekty! Przy najbliższej okazji wystawia go na pośmiewisko. Tym razem nie popełni takiego błędu, o nie!
Nie zawracając sobie głowy pukaniem (co akurat nie było nowością) gwałtownie otworzył drzwi do kajuty kapitan Bloodbane i wparował do środka, dysząc słusznym (przynajmniej w swoim mniemaniu) gniewem. Spodziewał się, że zastanie skruszoną winowajczynię u progu, ewentualnie przycupniętą niepewnie na brzeżku krzesła za stołem. To by pasowało do jego nastroju, mógłby wtedy miotać się wściekle po pomieszczeniu i ciskać gromy na zuchwałą kotkę. Ale kiedy się pojawił, Jacklynn stała parę metrów od ściany, w pełnym skupieniu przyglądając się jakiemuś obrazkowi.
Nataniel zatrzymał się, nieco zmieszany. Jego przybycie nie zostało zauważone! Jak to możliwe? Usiłując znów wpaść w poprzednie wzburzenie, warknął głośno. Zdziałał tylko tyle, że Lorelei jak w jakimś transie postąpiła parę kroków naprzód i powoli poprawiła obrazek, który wydawał się nieco przekrzywiony. Odstąpiła do tyłu i założyła ręce na piersiach, krytycznie oceniając swoje dzieło.
Pazur poczuł, że zaginiony gniew powraca i nadyma go, niemal rozsadzając od środka. Napędzany gorącem dławiącym go w gardle podszedł naprzód i stanął między Jackie a obrazkiem. Jeśli myśli, że może go lekceważyć, to się grubo myli!
Jackie zamrugała niepewnie, po czym przyjrzała mu się z łagodnym, wytrącającym z równowagi zdziwieniem.
- A, to ty - stwierdziła z czymś na kształt rozczarowania i niesmaku w głosie - Mógłbyś się trochę odsunąć?
- To już szczyt wszystkiego! - Nataniel zawarczał wściekle, zaciskając dłonie w pięści - Odstawiasz takie durnowate numery, odmawiasz stawienia się i wytłumaczenia z tego, co wyprawiasz i po tym wszystkim masz jeszcze czelność tak się zachowywać?! Żądam wyjaśnień i to w tej chwili!
Jackie lekko drgnęła i niemal się cofnęła, ale udało jej się powstrzymać i przybrać dumną i nieco znudzoną minę.
- Bądź łaskaw nie pluć na mnie - powiedziała chłodno, ostentacyjnie ocierając policzek nieco drżącą dłonią - i byłabym ci wdzięczna, gdybyś krzyczał trochę ciszej - od tych twoich nieustannych wrzasków mam bóle głowy!
Nataniela zatkało. Jeszcze podskakuje! I kto tu niby cały czas się wydziera..!
- Ty podstępna, bezczelna... - wypluł poszczególne słowa niczym te cierpkie tabletki, które Christoph kiedyś podstępem ukrył w jego obiedzie.
- Licz się ze słowami, sierściuchu! - resztki niecodziennego opanowania Jackie ostatecznie zniknęły - Nie dość, nieokrzesańcu, że zwalasz na mnie winę za odrażające zachowanie swojej załogi i traktujesz mnie jak swoją podwładną, to jeszcze ten twój język! Jak śmiesz ubliżać damie!
- Damie? Ha! - Nataniel parsknął pogardliwie - Takie osoby jak ty... Co? Jakie znowu zachowanie mojej załogi?
Zaskoczony zaczął szybko rozmyślać o co, do diaska, może jej chodzić, toteż umknęło mu, że Jacklynn cichutko odetchnęła i wsparła się niezbyt pewnie o biurko.
- A więc nie wiesz? - odezwała się po chwili głosem znacznie już spokojniejszym, za to z lekkim odcieniem pogardy - A może tylko udajesz ignorancję, żeby jakoś z tego wybrnąć? To do ciebie podobne...
Nataniel opanował chęć zgrzytnięcia zębami, słysząc jej pełen wyższości ton, ale nie mógł pozbyć się narastającego uczucia niepokoju. Trochę już ją znał i czuł, że nie zmyśla; tylko w takim razie o czym, do jasnej cholery, mówi?!
- Nie podejrzewam cię o bycie pomysłodawcą tego pożałowania godnego incydentu TYLKO dlatego, że nie było cię w tym czasie na pokładzie, a wątpię, czy byś przepuścił taką okazję... Pozostaje pytanie: wiedziałeś o tym i mimo to pozwoliłeś im na takie ekscesy, czy może nie masz nawet pojęcia, o czym mowa? - Jackie odzyskała zimną krew i wróciła do eleganckiego sposobu wysławiania się, obserwując go jednocześnie zmrużonymi oczami.
- Daruj sobie! - prychnął, odsuwając na bok niepokój - Mówisz ciągle o złym zachowaniu mojej załogi, ale to wy bezwstydnie ich podglądacie - i to z tobą na czele! Dowodzę kotami o subtelnej naturze, a takie gapienie się uwłacza godności osobistej i rani ich uczucia!
Lorelei z paskudnym uśmieszkiem wzruszyła ramionami, markując jednocześnie chichot.
- Jeśli im to nie odpowiada, mogą załatwiać się po nawietrznej - zaproponowała słodziutko.
Nataniela zatchnęło z oburzenia.
- Czyś ty do reszty oszalała?! Mają sikać pod wiatr?!
Jacklynn założyła ręce na piersi i nieco pochyliła głowę, starając się ukryć triumfalny uśmieszek.
- Jeżeli nie umieją odpowiednio się zachować i nie wiedzą, że nie należy stać - a tym bardziej skakać i wyprawiać różnych innych rzeczy - z opuszczonymi spodniami dla czystej rozrywki, to obawiam się, że nie ma innego wyjścia. Ale spójrz na to z innej strony - po paru tygodniach burta będzie tak cuchnąć, że wszystkie pąkle odpadną od kilu!
Pazur wytrzeszczył oczy. Coś takiego robili?! Nikt mu o tym nie powiedział!
Kiedy zdał sobie sprawę ze swojego wyglądu próbował zapanować nad mimiką, ale Jackie bezbłędnie odczytała jego minę.
- No, no - powiedziała cicho, biorąc się pod boki - A więc pan kapitan nie wie, co się dzieje na jego własnym statku? Ładne rzeczy, ładne rzeczy...
Nataniel gorączkowo usiłował znaleźć sposób, żeby wyjść z całej tej sytuacji z podniesioną głową. Jeśli przyzna, że nie miał o niczym pojęcia, straci twarz, ale też kłopot... Zachowa godność, jeśli powie, że wiedział o tej akcji, jednak może się wtedy pożegnać z szansą na naprawienie sytuacji... Co robić?! A na dodatek Jacklynn przygląda mu się z zadowoloną z siebie miną i najwyraźniej świetnie się bawi!
W końcu kapitan Bloodbane machnęła ogonem i zrobiła minę łaskawej pani.
- No dobrze, niech już będzie - oznajmiła wspaniałomyślnie - Ale żeby to się więcej nie powtórzyło! Przestaniemy się wygłupiać, ale liczę na to, że wytłumaczysz swojej załodze pewne sprawy!
Natanielowi na jej protekcjonalne słowa gwałtownie skoczył puls, ale udało mu się zmilczeć. Zamierzał zachować swoją złość dla tych idiotów, którzy go w to wszystko wplątali.
- To już mój interes! - odburknął tylko, wychodząc z kajuty.
Jeszcze przez chwilę trwała cisza, gdy Jackie bez zbędnych słów wyciągnęła stary kawałek papieru, owinięty wcześniej w list. Natychmiast potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, przepychając się, żeby na własne oczy zobaczyć fragment mapy wyspy ze skarbem. Chyba tylko cud sprawił, że nie porozdzierali jej na strzępy, wyszarpując sobie nawzajem znalezisko z rąk.
- Cudowne miejsce, gdzie rosną drzewa rodzące klejnoty i drogocene kamienie! To jak niesamowity sen! Nigdy bym w to nie uwierzył! - emocjonował się Tabby, podskakując na stołku.
Nataniel oglądał uważnie mapę, szukając jakiegokolwiek znaku, że jest to tylko głupi żart, ale mimo zbadania każdego milimetra nie znalazł niczego, co świadczyłoby o fałszerstwie. "Wygląda na prawdziwą!" zdumiał się, badając ją ostrożnie palcami. "Czy to znaczy, że skarb również istnieje? Brzmi nieprawdopodobnie, ale..."
- Myślę, że z tymi drzewami to tylko przenośnia - stwierdził w końcu, odchylając połę płaszcza i robiąc miejsce w kieszeni na piersi. - W końcu, przy tym całym napuszonym stylu jedna fantazja więcej nie robi różnicy - ważne, że tam chyba naprawdę jest coś wartego zachodu.
Jackie, obserwująca go uważnie, trochę się zjeżyła.
- Przepraszam bardzo, ale mogę się dowiedzieć, co ty robisz z MOJĄ mapą? - fuknęła zadziornie, widząc, że kapitan najwyraźniej zamierza schować cenną karteczkę za pazuchę.
Nataniel zamarł w pół gestu i spojrzał na nią uważnie, po czym lekko wzruszył ramionami.
- Zabieram.
Jacklynn nastroszyła groźnie futerko i wyszczerzyła ząbki.
- To widzę - wycedziła - Ale jakim prawem?!
Spojrzał na nią z politowaniem, jak na kogoś niezbyt lotnego. Naprawdę, co za kłótliwa kotka!
- A po co ci? - zapytał krótko, nawet nie oczekując odpowiedzi.
Lorelei zamrugała ze zdziwieniem, wlepiając w niego spojrzenie dużych, zielonych oczu.
- Cieszę się, że masz o mnie tak wysokie mniemanie, ale muszę cię rozczarować - powiedziała w końcu z przekąsem. - Nawet ja nie dam rady zdobyć ukrytego skarbu bez mapy.
Nataniel parsknął lekceważąco przez wąsy, dając jednocześnie wyraz swemu zniecierpliwieniu.
- Choć raz sobie daruj, dobrze? Oboje doskonale wiemy, że ty w życiu sobie z tym nie poradzisz i to ja z moją załogą zdobędziemy resztę mapy i odwalimy całą robotę, więc przestań się zachowywać, jakbym cię czegoś pozbawiał! Kto szuka skarbu, ten potrzebuje mapy, więc to chyba jasne, że zostanie u mnie...
Jackie najpierw poruszyła niepewnie uszami, jakby zastanawiając się, czy na pewno się nie przesłyszała, ale kiedy dotarło do niej, że to nie pomyłka, nieźle ją to rozzłościło.
- Czy ja dobrze zrozumiałam?! - wysyczała groźnie. - Wydaje ci się, że jesteś ode mnie lepszy, tak? Niby z jakiego powodu, mogę się spytać?
- No naprawdę, bądźmy poważni! Możesz sobie chodzić w spodniach i nosić broń, ale jesteś jedynie kobietą i żadne ubrania tego nie zmienią...
Jacklynn zerwała się na równe nogi sycząc i wyciągając pazurki, w jej oczach lśniła żądza mordu.
- Wydaje ci się, żeś lepszy ode mnie, tylko dlatego, że jesteś mężczyzną? Myślisz, że wszystko zależy od tego, co ma się w spodniach, tak?! To może pozbawię cię tego, co czyni cię kocurem, i wtedy pogadamy z "równiejszego" poziomu, co?
- Panie kapitanie! Pani kapitan! - Christoph, dotychczas z niepokojem obserwujący rozwój wydarzeń, wskoczył pomiędzy szczerzącego ostrzegawczo zęby Nataniela i zjeżoną Jackie, trzymając ich od siebie na dystans. - Milady, dopiero co pani wyzdrowiała, powinna pani teraz odpocząć! Sir - zerknął błagalnie na swojego zwierzchnika - pani kapitan nie powinna się teraz podniecać, może to być szkodliwe dla jej zdrowia..!
- To już nie moja wina, że tak na nią działam, jeśli się jej podobam, to nic na to nie poradzisz! - Nataniel ze złośliwym uśmiechem rozparł się na krześle, ubawiony niezręcznym sformuowaniem medyka.
- Miałem na myśli, że pani kapitan nie powinna się ekscytować - sprostował Christoph, rzucając przestraszone spojrzenie Jacklynn, która miała minę, jakby chciała go udusić. Lorelei w odpowiedzi gniewnie zmrużyła oczy, jednak nie zamierzała wyżywać się na lekarzu - jej celem był ów impertynent w kapitańskim kapeluszu.
- Wszyscy wyjść! - rozkazała - Coś mi się widzi, że mamy do pogadania...
- Jackie, dajcie temu spokój! Naprawdę, te wasze kłótnie do niczego nie prowadzą, a tylko zatruwają atmosferę... - Samantha, z potakującym ruchami głowy tygrysem za plecami, próbowała załagodzić sytuację.
Jacklynn fuknęła i odwróciła się w jej stronę.
- Sama jesteś sobie winna! To ty i Omar wpakowaliście nas w ten sojusz, a teraz martwisz się, że nie potrafimy się ze sobą dogadać? Zresztą, ja jestem pełna dobrych chęci, to ten szowinistyczny, pyszny osobnik tutaj...
- Co proszę? - Pazur gwałtownie się wyprostował, zainteresowany pierwszymi słowami Lorelei i jednocześnie puszczając mimo uszu część dalszą. - To wy to ukartowaliście?
- Nie wiedziałeś? - Jacklynn rzuciła mu nieprzyjemnie rozbawione spojrzenie. - Ja domyśliłam się już dawno. Rozmawiali o tym w tawernie, do której Sammy was wtedy zaprosiła...
Nataniel rzucił szybkie, rozeźlone spojrzenie na tygrysa. "W ładnej mnie stawiasz sytuacji, Omarze!" - pomyślał ze złością. "Wychodzi na to, że nie znam swojego własnego oficera!"
- Mam nadzieję, że jesteś zadowolony z tego, do czego doprowadziły mnie twoje nieprzemyślane decyzje - oznajmił chłodno, mierząc tygrysa wzrokiem.
- "Czasem niezastanowienie lepiej nam służy niż najumiejętniej skombinowane plany!" - odparł ten zupełnie nieprzejęty, zdecydowanym gestem krzyżując ręce na piersi. Widać znowu miał dzień na cytowanie Szekspira.
- Chodźmy, Jackie rozkazała wyjść! - Samantha, wobec wydania się jej sekretu, wolała dać za wygraną i opuścić niebezpieczny teren. Za nią, nie oglądając się za siebie wyszedł Omar, a po nim, rzucając niespokojne spojrzenia swoim dowódcom, podążyli inni. Nataniel został sam na sam z Jackie.
- Ubzdurało ci się, że ty i twoja załoga jesteście od nas lepsi, bo my jesteśmy kobietami, tak? - Jacklynn wróciła do przerwanej wcześniej rozmowy. - A nie przyszło ci na myśl, że właśnie dlatego mamy nad wami dużą przewagę?
Pazur nagle poczuł, jak jego irytacja zmienia się w rozbawienie. Zaśmiał się głośno, na powrót swobodnie rozpierając się na krześle.
- Ty mówisz serio! - stwierdził, szczerze ubawiony. Wydawało mu się, że jest po prostu kłótliwa i nie zgadza się z nim dla czystej przekory, ale ona naprawdę tak myśli!
- Śmiejesz się ze mnie? Może lepiej pomyśl o tym, co ci powiedziałam! - Jackie, tracąc nieco swojej pewności siebie pod wpływem jego wzroku, zaczęła krążyć po pokoju. - Możesz potrzebujesz dowodów? Proszę bardzo! Zacznijmy od tego, że na moim pokładzie nigdy nie wybuchnie bunt, bo wszystkie kotki są do mnie bardzo przywiązane. Kłótnie czy bijatyki też są mało prawdopodobne, bo jak sam wiesz, to wy, faceci, jesteście bardziej skorzy do bitki i rywalizacji, podczas gdy towarzyskość i chęć do współpracy to tak zwane kobiece cechy. Jesteśmy więc bardziej zgrane, chętniej sobie pomagamy... Nie przerywaj mi! Odezwiesz się, kiedy skończę!
Pazur, który chciał rzucić jakąś uwagę, zamilkł. "Dobrze, niech mówi dalej, co mi tam szkodzi!" - pomyślał, rzucając jej pobłażliwe spojrzenie. W pewnej siebie postawie Jackie i jej zapalczywym tonie było coś, co nie pozwalało się na nią złościć... Za to dostarczało mu sporej rozrywki.
Lorelei, mile zaskoczona jego ugodowością, kontynuowała nieco mniej wojowniczym tonem:
- W porcie moje przyjaciółki nie zginą zasztyletowane w jakiejś awanturze w porcie, nie będą gwałcić, palić i mordować, zabijają tylko w obronie własnej. Żadna z nich mnie nie zdradzi, bo gdyby nawet dostały ułaskawienie za współpracę z władzami, w najlepszym razie mogłyby co najwyżej liczyć na to, nie zrobiono by im krzywdy... Oczywiście i bez tego jestem pewna, że są lojalne i nie twierdzę, że twoi kamraci chcieliby cię wydać, ale rozpatruję sprawę czysto teoretycznie - przyznała łaskawie. Najwyraźniej milczenie Pazura było okolicznością łagodzącą dla jego poglądów, skoro sama z siebie dorzuciła takie sprostowanie.
- Dziewczęta nie lubią rumu tak bardzo jak twoja załoga, więc nie upijają się, nie awanturują, gdy jest go mało i nie podpijają ukradkiem z beczki. Nie przechleją też całego swojego udziału w łupach i nie latają za ladacznicami, więc zostaje im bardzo dużo oszczędności... Z uwagi na to, nie są aż tak potwornie żądne łupów, bo z każdej zdobyczy realnie mają o wiele więcej niż przeciętny marynarz, który traci wszystko po wieczorze spędzonym w portowej tawernie... Nie mówiąc już o tym, że każda z moich załogantek cechuje się wyższą higieną osobistą niż wszysy twoi piraci razem wzięci! - dodała, nieco rozzuchwalona jego brakiem reakcji.
Nataniel, bynajmniej nie wzruszony przytykiem, odchylił się do tyłu i zaczął huśtać na krześle.
- Wszystko pięknie - oznajmił po chwili, kiedy stało się jasne, że Jacklynn nie zamierza na razie nic dodać - Ale pominęłaś najważniejsze zagadnienia. Chyba mi nie powiesz, że fizycznie też nas przerastacie, co? Oczywiście, oprócz wyglądu - dorzucił z kurtuazją, wprawiając Jackie w zdumienie i zmieszanie, co tylko poprawiło jego i tak wspaniały humor. - Przeciętnie każda z obecnych na tym pokładzie kotek jest co najmniej trzy razy słabsza od któregokolwiek z moich chłopców... No, nie licząc Benny'ego. Tak w walce, jak przy stawianiu żagli czy też zmaganiu się z trudnymi warunkami na morzu jesteście na przegranej pozycji - i to jest o wiele ważniejsze niż wszystkie wymienione przez ciebie przed chwilą zalety.
Jackie skrzyżowała ramiona na piersiach i buntowniczo potrząsnęła głową, aż jej czarne loki zawirowały.
- Wcale nie! Na "Morskiej Wiedźmie" jest więcej osób, niż na "Mongrels Conquerorze", a to równoważy nasze szanse w walce. Jeśli chodzi o zmianę takielunku i kierowanie okrętem, to mamy tu zmodyfikowany system bloczków, który sprawia, że potrzeba mniej siły do wciągania żagli, a co do zmagania się z pogodą... Jakoś dotychczas nie narzekam. Ani razu nas nie zatopiłam, mimo, że przez niejeden porządny sztorm musiałyśmy się przebijać!
- Hmm, no tak, rozumiem - mruknął Natniel, z trudem maskując uśmieszek. Aby ukryć rozbawienie, leniwie się przeciągnął, ale wtedy spojrzał na triumfującą minę Jacklynn, która najwyraźniej uważała, że raz na zawsze udowodniła niezbicie wyższość jej piratek nad jego załogą... Nie wytrzymał i parsknął śmiechem.
Jackie gwałtownie poczerwieniała.
- Jak... Jak śmiesz! - wykrztusiła w końcu wysokim ze zdenerwowania głosikiem. Jej pełen pretensji ton wywołał jednak tylko kolejną salwę potężnego rechotu u kapitana. Nataniel, nie mogąc wytrzymać, złapał się za brzuch i pochylił do przodu, ale to wcale nie pomogło. Łzy rozbawienia pociekły mu po policzkach, jego ramiona drżały spazmatycznie, kapelusz spadł na podłogę, a on ryczał ze śmiechu, zgięty w pół. "Jaka ona zabawna! Naprawdę sądzi, że kobiety mają jakiekolwiek szanse na morzu! Co za ubaw!!!" - kapitan, mimo że już brakło mu tchu, nie mógł przestać.
- Uspokój się, słyszysz?! Skończ z tym natychmiast!- rozzłoszczona Jackie krążyła wokół niego, prychając i sycząc, co tylko pogarszało sytuację. W końcu, nie mogąc dłużej wytrzymać, trzepnęła go pięścią między napięte do granic możliwości barki. Nataniel zakrztusił się i w końcu udało mu się opanować. Kiedy podniósł głowę, był już spokojny, ale końce wąsów nadal podejrzanie mu drżały.
- No, bez żartów - powiedział poważnie. - Pogadaliśmy sobie, pośmialiśmy się, ale wystarczy. Na litość, przecież wszyscy wiedzą, że żeglarstwo - a tym bardziej piractwo - nie jest zajęciem dle kobiet. To męska sprawa, i tyle!
Jacklynn przyskoczyła do niego, w jej oczach szalał zielony pożar.
- A więc to tak, ty wstrętny wyśmiewaczu cudzych racji! To w tym rzecz! Nie chodzi ci o to, że nie damy sobie rady, rzecz w tym, że to wasza działka, tak? Kobiety powinny siedzieć w domach, prać, sprzątać, gotować i rodzić dzieci, no i jeszcze wskakiwać do łóżka na zawołanie! Gardzisz tymi kotkami, co pozwalają sobą tak pomiatać, ale dla nas, które wyrwałyśmy się z tego chorego schematu, masz tylko niechęć! Wolałbyś, żebyśmy tkwiły na lądzie i prowadziły takie życie, prawda?! Bo kobiety sie do niczego innego nie nadają?!?!
Spojrzał na nią z kpiącym, ale nawet przyjaznym uśmiechem.
- Tak ten świat został stworzony. Nic na to nie poradzisz, kiciu.
Przez chwilę myślał, że wydrapie mu oczy, bo już wysunęła pazurki, ale udało jej się powstrzymyać
- Nie nazywaj mnie tak!!! Nigdy tak do mnie nie mów!!! Nie jestem dla ciebie żadną "kicią" - dla kogo innego zresztą też nie!!!
Ręcę jej drżały tak mocno, że musiała je zacisnąć w pięści, ale i to niewiele pomogło.
Nataniel chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył, bo drzwi do kabiny stanęły nagle otworem i do środka wparował Christoph, z oficerami z obu statków za plecami.
- PANI KAPITAN NIE POWINNA SIĘ DENERWOWAĆ!!! - ryknął przerażającym basem, od którego zadzwoniły flakoniki na stole. Jackie i Nataniel spojrzeli na niego kompletnie zbaraniałym wzrokiem, zbyt zdumieni, żeby rozzłościć się jego impertyencją.
- Wybaczy pan, sir - powiedział po chwili już normalnym tonem, pokornie pochylając głowę - Ale jestem zmuszony prosić pana o opuszczenie tej kajuty. Stan pani kapitan może się pogorszyć, jeśli będzie krzyczeć i tak się przemęczać!
Jackie rzeczywiście słaniała się na nogach, jednak nie przestała sztyletować Nataniela wzrokiem. Na szczęście pozwoliła bez słowa protestu odprowadzić się na koję.
- Wróć tu jutro rano... Nie dokończyliśmy naszej rozmowy - wychrypiała, siadając na kołdrze.
Christoph chciał zaprotestować, ale Jacklynn zamknęła mu usta nie znoszącym sprzeciwu spojrzeniem.
- Nie zdążyliśmy ustalić kursu, a bez tego przecież nie wypłyniemy- oświadczyła stanowczo.
Medyk westchnął.
- No dobrze... Ale musi pani wypić porcyjkę tranu! - dodał chytrze. - Bez tego może pani nie mieć siły jutro wstać z łóżka!
Lorelei prychnęła z irytacją, lecz nie próbowała się kłócić.
- Do zobaczenia jutro - syknęła do wychodzącego Pazura. - Jeszcze z tobą nie skończyłam!
Kapitan posłał jej przez ramię drwiący uśmiech i szybko zamknął drzwi. Dołączył do stojącego nieopodal Omara i razem zaczęli niespiesznie spacerować po pokładzie, czekając na Christopha, który pilnował żeby pani kapitan wzięła swoją porcję leków.
- Coś ty jej zrobił? - mruknął Omar, starając się, żeby jego słowa nie dotarły do kajuty za ich plecami. - Wrzeszczała tak, że aż drżały topy masztów!
Nataniel wyszczerzył się szeroko.
- Nic - odpowiedział, chichocząc na wspomnienie jej miny. - Zupełnie nic!
- ...Wyśmiewał się ze mnie!!! Siedział, bezczelnie rozparty na moim krześle, w mojej kajucie - i śmiał mi się prosto w nos!!! - Po półgodzinie Jackie mogła znowu mówić i szczegółowo relacjonowała Samancie całe zajście. Przyjaciółka stała na środku pokoju ze skrzyżowanymi ramionami i głową pochyloną w zamyśleniu.
- Może mu się jakiś kawał przypomniał - podsunęła niepewnie. Wcale w to nie wierzyła, ale starała się jakoś załagodzić nieprzyjemne skutki kapitańskiej debaty. Nie mogła pozwolić, żeby urażona Jackie zerwała łączący dwie załogi pakt!
Jacklynn popatrzyła na nią jak na wariatkę.
- Albo się zgrywasz, albo w ogóle do ciebie nie dociera, co mówię! - zdecydowała w końcu. - On, on... - nie mogąc znieść szarpiących nią emocji porwała z koi jaśka i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju, przyciskając go mocno do siebie. - Siedział tam, słuchał uważnie, kiwał głową, miałam nawet wrażenie, że się ze mną nareszcie zgadza... Przez chwilę nawet mi się wydawało, że jest miły - jak na niego, oczywiście. A jak tylko wyliczyłam wszystko, co mi przyszło na myśl, pokazał swoją prawdziwą twarz! Popatrzył na mnie jak ktoś dorosły, kiedy słyszy kociątko dąsające się, bo nie może dostać gwiazd do zabawy! Tak-tak... drwiąco, pobłażliwie i trochę z politowaniem! A potem wybuchnął śmiechem, płakał z rozbawienia!!! Ochhhhhhh! - z frustracji ugryzła róg ściskanej w objęciach poduszki.
- To rzeczywiście nie było zbyt... miłe - zgodziła się ostrożnie Sammy, patrząc jak jej przyjaciółka żuje z pasją biały atłas. - Smaczny ten jasiek?
- Ale to nie jest w tym wszystkim najgorsze!!! - Jackie chyba nawet nie zwracała uwagi na to, co się do niej mówi. - Te jego kpiny mogłabym jeszcze znieść, ale one świadczą o tym, że on mnie zupełnie nie traktuje poważnie!!! Gdyby tak mnie wyśmiał ktokolwiek inny, wyprułabym mu po prostu flaki, ale jemu nie mogę nic zrobić!!! NIC, rozumiesz?!?!?! - ze złością cisnęła poduszką o gródź. Wymiętoszony, pogryziony jasiek plasnął żałośnie o ścianę i zjechał po niej, chowając się z wyraźną ulgą za łóżko. Sammy pomyślała, że mu zazdrości - on przynajmniej ma już spokój, w przeciwieństwie do niej.
- Bo to wszystko przez te wasze ciągłe kłótnie - wymamrotała, starając się wyciągnąć z obecnej sytuacji jakąś korzyść. - Gdybyś była dla niego trochę milsza, może by się tak nie zachowywał.
Jackie ponuro potrząsnęła głową spoglądając na pierwszą oficer.
- Myślisz, że na to nie wpadłam? Próbowałam, naprawdę, ale ja po prostu nie mogę być uprzejma dla kogoś, kto mnie zupełnie nie szanuje!
- Ejże? - zaniepokoiła się Samantha - To jest aż tak źle? Nie miałam pojęcia, że tak to wygląda!
- SAMMY! Przecież on ma nas wszystkie za nic, on i cała jego załoga! Dla nich my się po prostu bawimy w piratów, zgodzili się na ten sojusz bo potrzebują drugiego okrętu, a nie naszej pomocy! Przecież oni sądzą, że jesteśmy całkiem bezużyteczne, tyle że potrafimy wypalić z działa w odpowiednim momencie! Dla nich jesteśmy warte mniej niż kozy!
- Dlaczego zaraz kozy? - zainteresowała się gwałtownie pierwsza oficer.
- Bo one, oprócz tego że mogą być obiektem seksualnym, to jeszcze nadają się na obiad, a nas raczej nie zjedzą...
Samantha się zakrztusiła.
- To oni są... kozolubni?
- Nie mam pojęcia! Ale sama dobrze wiesz, jakie rzeczy dzieją się na okrętach, gdy załoga długo nie była w porcie!
- Racja... Chociażby ten kuk na "Zdobywcy", pamiętasz? On wolał chłopców...
"Zdobywca" był statkiem, na którym Sammy i Jackie poznały się jako młode dziewczyny, gdy uczyły się żeglarstwa, udając majtków - tyle że Sammy zaciągnęła się sama, a Jackie została schwytana, gdy brytyjczycy zaatakowali hiszpański statek. Załoga była bandą największych szumowin wśród angielskich marynarzy, przekleństwem każdego kapitana, potworami, dla których nawet stryczek był za dobry. Jednak nawet wśród nich postrach budził sadystyczny, znęcający się nad więźniami pierwszy oficer... Oraz kuk, wprawiający w drżenie wszystkich młodych chłopców na pokładzie. Niejeden raz przyjaciółki zrywał w środku nocy ze snu odgłos jego ciężkich kroków i musiały chować się po kątach, gdy skradał się, przeszukując hamaki, aby wyciągnąć z nich tego majtka, który miał pecha zasnąć z dala od kolegów...
- Nie można tego tak zostawić - westchnęła z żalem Sammy, wracając myślami do ich rozmowy. - Oni powinni uważać nas za równe sobie, za towarzyszy...
- ...A zamiast tego spoglądają na "Morską Wiedźmę" jak na darmowy, pływający burdel! - dokończyła Jacklynn.
Zapadła cisza. Kotki zamyśliły się nad swoim obecnym położeniem.
- Musimy udowodnić im swoją wartość - zadecydowała Lorelei. - Inaczej nic z tego nie będzie!
Samantha popatrzyła na nią z nadzieją.
- Masz jakiś pomysł? - zapytała.
Jackie zmarszczyła brwi, czując, że coś zaczyna jej światać.
- Jeszcze nie - mruknęła - Ale do jutra rana coś wymyślę...
Nagle zaklęła głośno i z uczuciem.
- Szlag! Z tego wszystkiego zapomniałam odebrać mu moją mapę!!!
Następnego dnia rano kapitan zwlókł się z koi, kiedy tylko wschodzące słońce zajrzało przez bulaj i zaświeciło mu w nos. Ziewając podrapał się po głowie i po omacku zaczął szukać koszuli, jak zwykle nie pamiętając, gdzie ją wieczorem rzucił. Nie miałby nic przeciwko pospaniu sobie jeszcze z godzinę dłużej, ale wizyta u Jackie zapowiadała się na wyjątkowo zabawną, więc nawet nie żałował. Pewnie znowu będzie się tak śmiesznie złościć, i to z tego bzdurnego powodu... Jest zupełnie niepoważna - sądzić, że może się z nim równać! Gdyby nie było to takie śmieszne, to chyba nawet by jej współczuł takiego zaślepienia.
Poprzedniego dnia po powrocie na "Mongrels Conquerora" załoga otoczyła kapitana, oficerów i medyka, żądając sprawozdania. Tabby przytoczył całą usłyszaną historię, powodując wybuch radości tych piratów, którzy założyli się, że butelka zawierała mapę prowadzącą do skarbu. Ci szczęśliwcy podążyli potem za Omarem do kajuty oficerów, aby odebrać swoją nagrodę. Biorąc pod uwagę zazdrosne spojrzenia tych, którym się nie poszczęściło, zaproponowano zwycięzcom, żeby przechowali złoto w kufrze u Tabby'ego, ale odmówili. Woleli trzymać wygraną w swoich sakwach, nawet ryzykując, że ktoś spróbuje im je podwędzić. Pocieszeniem dla przegranych była myśl o skarbie, który zdobędą po odnalezieniu wszystkich fragmentów mapy - bo w to, że ich wspaniały kapitan będzie w stanie zgromadzić dawno zagubione kawałki nie wątpili nawet przez chwilę.
"I mają słuszność!" - pomyślał Nataniel, wychodząc ze swojej kajuty i zakładając kapelusz. "Jedynym problemem może być Jackie, ale ona od początku jest na przegranej pozycji - nic dziwnego, że tak się wścieka!"
Szalupa z wioślarzami już na niego czekała. Wskoczył do środka i dał znak do wyruszenia. Dziś płynął sam, bo chodziło tylko o ustalenie kursu, czynność rutynową - choć biorąc pod uwagę usposobienie Jackie, bynajmniej nie monotonną. Kapitan umilał sobie podróż wspominaniem jej zachowania z poprzedniego dnia, więc wydawało mu się, że dobili do burty "Morskiej Wiedźmy" prawie natychmiast. Uśmiechając się z zadowoleniem, zaczął wspinać się po drabince.
Jackie niespokojnie miotała się w swojej kajucie. Co chwilę przysiadała na krześle, żeby zaraz się zerwać i podejść do okna, podnieść coś z podłogi lub po prostu przespacerować się pod przeciwległą ścianę. Mimo wczorajszej rozmowy z Samanthą nadal była na Pazura wściekła i nie mogła się uspokoić, a świadomość, że kapitan będzie rozbawiony jej irytacją, wcale jej nie pomagała. Co więcej, nadal nie wiedziała, jak może mu raz na zawsze udowodnić, że jej załoga w niczym nie ustępuje jego piratom. A on tu zaraz będzie! Załamana, opadła na krzesło, opierając łokcie na stole i pochylając głowę. Przecież nie może tego tak zostawić!
Oczywiście, akurat wtedy drzwi się otworzyły i Nataniel wszedł do środka. Zobaczył ją, zanim zdążyła przybrać jakąś bardziej wojowniczą pozę i na twarz wypłynął mu drwiący uśmiech. Pani kapitan z trudem powstrzymała się od rzucenia w niego czymś ciężkim.
- Kiepski humor? Czyżby mały spadek poczucia własnej wartości? - zapytał z rozbawieniem, wyciągając się nonszalancko na krześle po przeciwnej stronie stołu.
- Raczej ubolewanie nad zaćmieniem umysłowym u pewnych osobników, którym się wydaje, że są doskonali! - odgryzła się, gwałtownie prostując plecy. - Nie oddałeś mi wczoraj mojej mapy!
Nataniel ze znudzoną miną zajął się poprawianiem mankietów swojej koszuli.
- Znowu do tego wracamy..? To robi się nudne. Nie dałabyś sobie rady z odnalezieniem pozostałych części, więc nie potrzebujesz tego fragmentu! I przejdźmy w końcu do planowania kursu...
Jackie łupnęła piąstką w stół, aż podskoczyły flakoniki z lekami.
- Nic z tego! - syknęła. - Myślisz, że możesz sobie mówić takie herezje, a potem spokojnie przejść do innych spraw? Udowodnię ci, że mam rację! Załóżmy się... Jeśli masz dość odwagi, oczywiście!
Pazur zamarł w pół gestu.
- Niby jak? I o co? - zapytał z zainteresowaniem.
- Zostało pięć fragmentów mapy do znalezienia. Ten, kto zdobędzie więcej części, udowodni swoją rację... I weźmie trzy piąte skarbu! - popatrzyła mu wyzywająco w oczy, przybierając drwiącą minę. - Chyba, że się boisz.
Nataniel wstał z krzesła i podszedł do niej, wyciągając prawą dłoń.
- Jak sobie życzysz... Przyda ci się trochę przytrzeć nosa. Mówimy o tym załogom, czy może nie chcesz najeść się wstydu, kiedy przegrasz?
- Chyba śnisz! - roześmiała się głośno, podając mu rękę na zgodę. - Ogłoś to wszem i wobec. Nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć twoją minę, kiedy zdobędę wszystkie części mapy!
- Na pewno jesteś zdecydowana? - zapytał, nie wypuszczając jej dłoni ze swojej. Pochylił się nieco w jej stronę z protekcjonalnym uśmiechem na twarzy - Wciąż możesz się wycofać..!
- Daruj sobie, bo pomyślę, że tchórzysz!
Uścisnęli sobie ręce i odsunęli od siebie, każde z zadowolonym uśmiechem na twarzy.
- Czyli umowa stoi? To będzie dowód, że jesteśmy od was lepsze, tak? - upewniła się Jackie, biorąc się pod boki.
- Gdyby tak się stało, że wygracie... Owszem - Nataniel wyszczerzył zęby w rozbawionym grymasie. - Ale realnie nie ma takiej możliwości.
- Daruj sobie, nikt nie uwierzy w tą twoją fałszywą pewność siebie... I oddaj mi mapę. To, że ten kawałek się nie liczy w naszym zakładzie nie znaczy, że ci go oddam!
"Tyś, który znalazł ostatnie chyba ślady po mnie na tym świecie, wiedz, że jest to historia kota fałszywego i niegodziwego, i winić bym cię nie mógł, gdybyś na wstępie ze wstrętem cisnął mą spowiedź do morza, które niejedną już mroczną tajemnicę w swym wnętrzu zawarło."
- Ach, ci Hiszpanie - mruknął pod nosem Pazur. - Na jedno zdanie marnować tyle atramentu!
- Cicho tam! - syknęła na niego Jackie, czując się nieco dotknięta, bo przecież i w niej płynęła gorąca hiszpańska krew. Jednak po chwili urażonego milczenia odchrząknęła i kontynuowała lekturę.
"Jeśli jednak cię to nie odstrasza, i zechcesz poznać moje dzieje, wiedz, że możesz zostać za to hojnie wynagrodzon. Wystrzegaj się jednak, abyś nie czytał dalej, skuszon jeno zyskiem, bo tako jak i ja marnie skończysz. Jednakże jeśliś zdecydowany, tedy poznaj historię mego żywota, mojej zdrady i nieszczęścia mojego."
- No jak? Jesteśmy jednakże zdecydowani? - zapytała Jacklynn, uśmiechając się z rozbawieniem.
- Jeszcze się pytasz?! - wrzasnęli pozostali (z wyjątkiem Omara, który jak zwykle siedział pod ścianą z poważną miną).
"Zdrajcą byłem od początku i zdrajcą pozostałem. Razu pewnego płynąłem na okręcie Króla, Pana naszego, psia jego mać. Ojciec mój, hazardzista i hulaka, majątek rodowy przepuścił, tak że od służby na morzu nie mógł mnie wykupić, a nawet jeśliby miał ku temu środki, to by mu się to nie uśmiechało. Wodne klimaty mi nie odpowiadały, a że zawsze wątłego zdrowia byłem, to i na okręcie floty żem zaraz lumbago podłapał. Złożon ciężką chorobą, narażon na kpiny i urągania śmierdzącego żeglarskiego motłochu, przesiadywałem w pomieszczeniu oficerów, za skrybę im służąc, bo chamy niskiego rodu podpisać ino krzyżykiem się umiały. Razu jednego, tym dzikim, owłosionym świniom podobni, uchlali się podłą mieszanką rumem zwaną, i językom folgować poczęli. Tedym się od nich dowiedział, że kapitan nasz za małą fortunkę od kogoś mapę tajemną do skarbu prowadzącą kupił, i w swej sypialni w kufrze o podwójnym dnie trzyma. Przed oczyma poczęły mi krążyć widoki onych niezmierzonych bogactw, których mógłbym się stać posiadaczem, i postanowiłem zdobyć mapę. W tym celu, kiedy mię w kuchi do pomocy zatrudniali, psułem smak każdego jedzenia, które mogłem w swe ręce dostać, a z beczki rumu, nędznego alkoholu z odpadków pędzonego, wychodek żem sobie zrobił."
- Dupek! Drań! Do rumu naszczać, co za..! - zaczęli się przekrzykiwać zebrani (łącznie z Jackie i z wyłączeniem Omara, który raczej z zasady nie krzyczał). Gdy emocje opadły, Jacklynn, błyskając gniewnie oczami, czytała dalej.
"Kiedy marynarze, smak gorszy jedzenia poczuwszy, zaczęli być rozeźleni, począłem ich do buntu podjudzać, wierząc, że w zamieszaniu uda mi się mapę zdobyć. Łatwo mi poszło, a kiedy z bronią ruszyli na tych, co zwierzchnikom posłuszni byli, otwarłem siłą drzwi do kwatery kapitańskiej, i ułapiłem mapę. Za pazuchę ją schowawszy, wybiegłem i udawać począłem, że w walce zagorzale uczestniczę. Jednako pani Fortuna, suka zmienna i przekupna, po stronie imć pana kapitana widocznie stała, bowiem przegraliśmy. Dowódcy wierni marynarze ostrzelali nas z broni palnej, dla byłych kamratów nie czując nijakiej litości. Kiedy dym był opadł, poczęli bez litości żywiejących przeciwników wyciągać spod trupów i krępować ich powrozami, w tym i mię, nieszczęsnego, wydobyli spod draba, który stał mi się żywą tarczą, dzięki temu choć jeden dobry uczynek w swym parszywym życiu spełniwszy. Tedy kapitan, dumny jak paw, przechadzać się wśród pojmanych począł, a głosić głosem surowym, że dla zdrajców jednaka jest na morzu kara - za bunt na rejach się winnych wywiesza. Podniósł się wśród skazańców lament, poczęli błagać i o litość skomleć, do trzewików panu padając, ale nie wzruszyło to jego kamiennego serca. Tedy, o własną skórę się trzęsąc, wskazali mię jako prowodyra tego buntu, a także kilku tych marynarzy, którzy jako pierwsi mym namowom ulegli. Żywota to zdrajcom nie ocaliło, bo pan kapitan kary im darować nie zamierzał, ale mię i tych, co jako pierwsi bunt podnieśli, na później zachować kazał, mówiąc, żeśmy nie zasłużyli na szybką i litościwą śmierć przez powieszenie. Przyznaję to szczerze: trząsłemże się jako ta osika na wietrze, oczyma duszy liczne kary gorsze od stryczka widząc, a kapitana wyraźnie to bawiło, zaraza na niego i jego nasienie. W końcu, gdy ledwiem żył ze strachu, ogłosił, że w łódce na bezkresny ocean nas puszczą, jeno beczułkę wody i dzienną porcję solonej - tfu! - wieprzowiny za prowiant nam dając. Przygotowawszy nam owe rzeczy, więzy nam poluzowali i na dno tej łupiny od orzecha rzucili, śmiejąc się, że kiedy pragnienie nam doskwierać pocznie, pomordujemy się wzajemnie, a najpodlejszy zdechnie ostatni. Spuścili nas na wodę i odpłynęli, gwiżdżąc nam i machając chustkami na pożegnanie, a paru majtków stojąc na rejach spodnie ściągnęło, i obelżywie podogonie nam ukazywało, cobyśmy ich za ciepło nie wspominali."
Jackie odkaszlnęła, sięgając po szklankę z wodą. Gardło ją już nieco bolało, ale o wiele bardziej dokuczała jej głowa. Zrozumienie zawiłego stylu Hiszpana było niezbyt łatwe, zwłaszcza, kiedy przy wszystkich tych wyszukanych słowach i niezwykle długich zdaniach wtrącał nagle wyrażenie, które nie powinno się wydobyć z ust szlachcica. Widać przebywanie wśród marynarzy wpłynęło na niego bardziej, niż myślał.
Przetarła oczy, odchrząknęła dyskretnie, po czym, poganiana niecierpliwymi spojrzeniami towarzyszy, czytała dalej.
"Liny długo naszych rąk nie krępowały, i kiedy tylko współpasażerowie moi więzy zrzucili, ochotę mieli wielką mię zadusić. Z łapskami potężnymi na gardle zakląłem ich, coby nic pochopnie nie czynili, bowiem wszystko to przewidziałem w swym błyskotliwym, tajemnym planie, który zaraz im wyłożę. I opowiedziałem, jakżem zwiedział się o mapy skarbu istnieniu, i jakżem wszedł w jej posiadanie. Patrzeć poczęli na mię podejrzliwie, ale pokazałżem im ową mapę i ich wierność i odwagę wychwalać począłem. Wyjawiłem im, iż choć przejęcie statku się nie udało, złoto jest w zasięgu rąk naszych, bowiem wypuścili nas w szalupie akurat na prąd, który do owej tajemniczej wyspy skarbu prowadzi. Na dowód pokazałżem im zwykłą mapę, którom także z kajuty kapitana zabrał, i pozwoliłem im ją z mapą skarbu porównać, pokazując, gdzie w chwili owej jesteśmy. Podkreśliłem, iż sytuacja jest dla nich niezwykle profitową, bowiem jest nas jeno dziesiątka, a więc bogactwa niezmierzone na każdego z nas przypadną. Pragnę tu jednak nadmienić, że jako żywo, nie taką przyszłość planowałem, a z owymi nieokrzesańcami dzielić się ochoty nie miałem, jednak cóż czynić - była to dla mię jedyna szansa na pozostanie na tym łez padole.
Tedy poczęli na mapy spozierać, a nosami kręcić, a ślepiami parszywymi wywracać, bo prostymi dachowcami jeno byli i na czytaniu map się nie rozeznawali, choć przyznać się do tego nie chcieli. Wyższości swej zapobiegliwie wyrazu nie dając, cierpliwie wyłożyłem im, iż przy tej nikłej chyżości łodzi parę dni drogi nas czeka. Popatrzyli tedy po sobie kaprawymi oczyma, następnie prowiant nasz sprawdzili, i orzekli, że nijak go dla dziesięciu chłopa nie starczy; trza się kogoś pozbyć!
Wzrok paru na mię się zwrócił, ale ci rozumniejsi skrzywdzić mię nie dali, jako że mapy czytać umiałem. Wybychła więc bójka, łódka kołysała się tak, iż nędzny mój obiad z żołądka mi uciec próbował, ale po chwili wszystko ucichło. Za burtą pływały cztery trupy tych, którzy w ofierze naszego planu złożeni zostali. Piątka zwycięzców usiadła z powrotem, noże za paski chowając i żaden za się na martwych się nie obejrzał. Patrzyli naprzód, jakby na pojawienie tajemniczej wyspy czekając.
Dni siedem minęło, a wyspy przed dziobem nijak nie było. Wodę od początku dozowaliśmy, mimo to na dnie beczki jeno zaglonione resztki pozostały. Wszyscy słabi byliśmy, lecz im gniew mocy dodawał, ponieważ sądzić poczęli, iż ich co do położenia wyspy oszukałem. Sytuacja różową nie była: wyjąwszy noże, na których wciąż jeszcze krew tamtych zabitych pozostawała, poczęli do mię z groźnymi minami się zbliżać. Jużem z życiem się żegnał, kiedy na przedzie kropka zielona na niebieskim bezkresie mi zamajaczyła! "Ziemia, ziemia! Wyspa" - krzyknąłżem w chwili ostatniej, bowiem ostrze do ciosu już się zamierzało..."
- A możemy przejść do chwili, kiedy już zeszli na ląd? - zapytał Pazur, kompletnie skołowany niełatwą lekturą. - Bo wydaje mi się, że nie usłyszymy tego prędzej niż za pół godziny..!
Jackie, zachrypnięta do niemożliwości, zrobiła rzecz niewiarygodną: po raz pierwszy w życiu się z nim zgodziła!!! Przebiegła tekst wzrokiem, upewniając się, że nic ważnego nie pominie, po czym odnalazła odpowiedni fragment.
"...Wyskoczyliżeśmy na piaszczystą plażę, z wielkiej radości ziemię całując. Od razu rozbiegliśmy się na wszystkie świata strony, życiodajnej, słodkiej wody szukając, a znalazłwszy strumień, do zatoki wpadający, chłeptaliśmy chciwie wprost z koryta jego. Na dnie, pomiędzy wodnymi roślinami, ujrzałem zaplątany kłąb poszarganego, wypłowiałego materiału, a przeszukawszy go, wydobyłem amulet z kamienia, nijakiej wartości nie posiadający. Obejrzawszy uważnie znalezisko, odrzuciliśmy je, jako miana skarbu nie warte. Potem ucieszyliśmy żołądki nasze owocami jakowymiś o kształtach dziwnych, na drzewach i krzewach nieopodal rosnących. Dopiero głód i pragnienie zaspokoiwszy poczuliśmy powagę sytuacji. Przecie znajdujemy się na nieznanej wyspie, wyspie skarbów, na której czeka nas wiele niebezpieczeństw! W ciszy uroczystej wyjąłżem mapę i na piasku między nami ją położyłem. Pochyleni nad nią, poczęliśmy drogi szukać a pułapek wypatrywać. Wedle planu owego, mnogość wielka na naszej drodze niebezpieczeństw się czaiła: symbole tajemne nie wszystkie rozpoznać umieliśmy, a inskrypcji nijakiej nie było, ale przekaz płynący był jasny: nie wolno ni na krok z drogi zboczyć! Aby w pełni sił witalnych być i na wędrówkę się odpowiednio przysposobić, uradziliśmy na plaży przenocować i rankiem bladym na szlak wyruszyć.
Sposobiliśmy się do wieczerzy, a wokół mrok zapadał, gdy słońce w morze nurkowało. Na posiłek mieliśmy owoce i dziwne, kolorowe ptaki, do papużek w bogatych domach mieszkających podobne. Jeden z żeglarzy poszedł jeno do lasu, coby drwa na opał nazbierać. Minęło pół godziny, trzy kwadranse, godzina, aż zaniepokojeni, uzbrojeni w pałki i noże ruszyliśmy go szukać. Drogę jego znaczyła roślinność połamana i pocięta, prowadząca tak przez czas pewien i kończąca się znienacka nad jakowymś dołem. W dziurę ową zajrzawszy ostrożnie, znaleźliśmy go na samym dole: był tam, zakrwawiony, z grymasem potwornym na mordzie zastygniętym. Zaostrzone pale z drewna przebiły go na wylot, żywotem wchodząc, a wystając z pleców. Straszny, zaiste, był to widok.
Wróciliżeśmy na plażę, zbierając trochę chrustu po drodze. Podróż nasza po skarb się jeszcze nie zaczęła, a już jeden stracił swe życie, wpadając do pułapki na dziką zwierzynę. Sytuacja poważną się stała, gdyż sidła takie, bez kości żadnych na dnie, oznaczały jedno: wyspa zamieszkaną była. A jej rezydenci, nawet przyjaźnie usposobieni, skarbu po dobroci nie oddadzą. Jednak nie zamierzaliśmy się poddać: nie po to życie czterech kotów poświęciliśmy, nie po to także jednego dziś straciliśmy, aby jako te psy tchórzliwe się poddać! Tedy gdy jutrzenka horyzont zaróżowiła, ruszyliśmy w drogę na mapie opisaną.
Wiele niebezpieczeństw napotkaliśmy, jednak pisać o nich nie będę, gdyż papieru mi zbywa. Ważne, iż podróż nasza dni trzy i dwie noce trwała, a łatwą nie była. Większość zbirów paskudnych, za towarzyszy mi przez los danych, zdechła jako te psy, a choć łzy po nich nie mi wylewać, litość bierze nad sposobami okropnemi jakowymi ze świata tego zeszli. Pierwszego dnia jeden zginął, gdy widząć idola ze złota, niepomny naszych ostrzeżeń, rzucił się w jego stronę i w trujące, kolczaste zarośla się zamotał. Skonał w wielkich mękach, a śmierć jego próżną się wydała, gdyż posąg potworny jeno miką był dekorowany. Od tej chwili nikt z drogi ani na krok nie zbaczał, pomny dwóch nieboszczków. Mimo podjętych środków ostrożności, następny padł, zabity strzałą, przez jakowyś mechanizm wystrzeloną. Niebacznie stąpnąwszy, pociągnął za ukrytą w kurzu drogi linę, a ta grot zatruty wypuściła. Po tym wydarzeniu poważną naradę odbyliśmy: została nas ino trójka, a na swej drodze po raz pierwszy zastaliśmy pułapkę niechybnie na intruzów nastawioną. Poprzednie śmierci niejako przez przypadek się zdarzyły, ale strzała znakiem nieprzychylności mieszkańców tej wyspy była. Widać przybyszów skarbem skuszonych się spodziewali i nie zamierzali się z nimi bogactwami dzielić. Niewielu nas zostało, czy warto było się narażać?
Tak. Zdecydowaliśmy, iż głupotą byłoby się wycofać teraz, gdy tak daleko żeśmy doszli. Rzecz jedna jeszcze na korzyść tego przemawiała: z tyłu mapy, przez przypadek nad ogniskiem ogrzanej, znaleźliśmy byli krótką notatkę, według której w trzy ostatnie dni każdego miesiąca strażnicy skarbu oddalają się ze swego posterunku, aby w głębi dżungli medytować i sny prorocze przeżywać. Droga ich naszej nie przecinała, więc bylibyśmy bezpieczni i moglibyśmy do woli napychać nasze sakwy złotem!
Szliśmy więc dalej. Droga, wcześniej ledwie spod zarośli widoczna, ścieżki leśnej zwierzyny przypominająca, teraz nieco lepszą się stała. Widać bardziej uczęszczaną była, bo przecinało ją mnóstwo jej podobnych, kubek w kubek takich samych. Gdyby nie mapa, dawnobyśmy zabłądzili. Dnia trzeciego, kiedy się zmierzchać poczynało, oczom naszym ukazała się nagle budowla, w dzikiej dolinie skryta. Drzewa, dookoła niej rosnące, zasłaniały ją wcześniej przed naszym wzrokiem, tak że teraz stanęliśmy ze zdumienia, na widok ów nieprzygotowani. A potem, o skarbach wielkich sobie przypomniawszy, ruszyliżeśmy pędem naprzód.
W dół zbocza schodząc, uważnie się rozglądaliśmy. Wśród drzew ogromne kamienne posągi stały, wszystkie kształtem straszne i groźne. Ale towarzysze moi, zew złota czując, nie oglądali się za siebie i za nic mieli kamienne idole.
Kiedyśmy przed wrotami świątyni (bo zaiste, świątynia to była) stanęli, ogrom jej nas przytłoczył. Wielka, ponura budowla, z nieco zaledwie ociosanego kamienia szarego wzniesiona, groźne robiła wrażenie. Drzwi nie miała ni okien, jeno pustką czarną, jakby potworną paszczą, w miejscu wejścia ziejąc. Zimno od niej buchało takie, że mimo dusznej wilgoci na zewnątrz panującej dreszcz mi po plecach przebiegł. Onieśmieleni, wstąpiliżeśmy na schody, zauważając, iż lodowaty, mglisty opar przy ziemi się snuje, gdzie wyziewy ze świątyni z gorącem z zewnątrz się spotykają. Pełni obaw, ramię w ramię zanurzyliżeśmy się w nieznane za ponurymi wrotami.
Ciemność panowała nieprzenikniona, zimna i wilgotna, a kroki nasze, lubo ostrożnie stawialiśmy nieobute stopy, głośnym echem w korytarzu się niosły. Nie wiem, czybyśmy w tym mroku przedwiecznym cokolwiek zoczyli, gdyby nie to, że jeden z nas ręką po ścianie wodząc, znalazł pochodnię w obejmie, i zaświeciwszy ją, drogę przed sobą oświetlał. Szliśmy tedy naprzód, zgodnie z przypisami na tyle mapy, według których mieliśmy tak lub inaczej w kolejnych korytarzach skręcać. Nikogo na swej drodze nie spotkaliśmy, lubo wszyscy na owych obrzędach tajemniczych byli. Ale strach nasz, przyznać muszę, potężny był i bez tego. Ściany zdawały się miażdżyć nas między cielskami swemi, lodowaty, lepki opar zamarzał na wąsach naszych, a złowrogą ciszę jeno myśmy mącili. Ino pragnienie skarbu pchało nas naprzód, bowiem gdyby nie chciwość i żądza rozpalająca serca nasze, dawnobyśmy pognali do wyjścia przez zimne korytarze. Czuło się tu jakowąś złowrogą obecność, jakby czyjeś rozeźlone ślepia wpijały nam się wzrokiem w wilgotne od potu plecy. Po wielokroć każdy z nas obracał się gwałtownie, bojąc się tego, co mógłby zoczyć, lecz zawżdy ino pusty korytarz widział. Zło drzemało wśród tych ścian z kamienia litego, jak smoczysko z opowieści na legowisku ze złota, strzegąc go zazdrośnie. Wątpić już w mapę i istnienie bogactw poczęliśmy, nogi coraz wolniej żeśmy przesuwali, aż nagle powiew gorący a duszny w nozdrza nasze uderzył, bliskość wyjścia zwiastując. Kroku raźno przyspieszyliśmy, z ulgą, ale i rozczarowaniem świat na zewnątrz witając, jednakoż kiedy oślepienie dawno nie widzianym słońca blaskiem minęło, spostrzegliśmy, iż to nie ten sam otwór, przez któryśmy weszli. Oto roztaczał się przed nami ogród, dziki, lecz zadbany, wśród krzewów i traw wyniosłe drzewa o pniach potężnych kołysały swymi koronami. Zapach odurzający, gęsty, aromatyczny, zawrócił nam w głowach, nieomal powalając swą mocą na ziemię. Podnosząc załzawione oczy w górę ujrzeliśmy drogocenne kule, z gałęzi się zwieszające. Skarby! Piękniejsze niż złoto, srebro i klejnoty, prawdziwe, przez cudowne drzewa rodzone! Rzuciliśmy się zrywać one, padały na nas cennym deszczem, zbieraliśmy spadłe wcześniej z ziemi, a mocna woń ich zapachem bogactwa była. Bogaci! Zaiste, byliśmy bogaci! Ściągaliśmy koszule, robiąc z nich worki, napełnialiśmy je naszym majątkiem, upychaliśmy po kieszeniach, łapaliśmy w objęcia, byle unieść jak najwięcej. Opłacało się grać o swe życie ze śmiercią, byle się tu znaleźć! Radość naszą przyćmiewała nieco myśl, iż niewiele unieść zdolimy, a tyle dobra tu zostanie, jednakowoż nie było na to rady. Obładowani, nieledwie na nogach stojący, wróciliśmy w ciemne korytarze, a serca nasze śpiewały z radości, wiedząc, iż kiedyś możemy tu wrócić i znów się wzbogacić.
Droga powrotna krótką nam była, lodowate korytarze zdawały się znajome niby sień rodzimego domu, pełna pułapek dżungla stała się równie straszną, jak kępa drzew nad rzeką, w której chłopcy siedząc łowią ryby. Pachnący skarb dodawał naszym sercom odwagi tak dalece, że nieomal życzyliśmy sobie, by pojawili się mieszkańcy tej wyspy, cobyśmy mogli dowieść swej odwagi w walce. Na szczęście nasze, nikogo nie napotkaliśmy. Dotarłwszy na plażę, poczęliśmy ścinać smukłe palmy, robiąc z ich pni potężną tratwę, a z ich liści żagiel splatany trawą. Nie śpieszyliśmy się zbytnio, by błędu nijakiego nie popełnić, jednakowoż w pamięci mieliśmy, iż ci, którym zuchwale odebraliśmy skarb, mogą nas wyśledzić. Zgromadziliśmy w pustych tykwach zapasy słodkiej wody, nad ogniskami uwędziliśmy pasy mięsa papug i dziwnych zwierząt złapanych nieopodal.
Na wieczór przed odpłynięciem siedziałżem z Raulem, jednym z ocalałych buntowników, kiedy nasz towarzysz za potrzebą poszedł. Od słowa do słowa, zgadaliżeśmy się i doszliśmy do wniosku, iż łacniej we dwójkę płynąć będzie. Toteż kiedy tamten wrócił i przy ogniu spoczął, ostatni mój towarzysz wbił mu nóż pomiędzy żebra. Nie czułem się winny: zabity zbirem był i niejedno istnienie miał pewnikiem na sumieniu, a gdybyż w spokoju go ostawić, bez wątpliwości przed końcem podróży naszej zarżnąłby nas jak prosięta - takież więc działanie było li i tylko obroną. Raul natomiast, bydle sumienia pozbawione, nie potrzebował nijakiego powodu, coby kolejny mord popełnić z chciwości jeno, podczas gdy mię ręka sprawiedliwości na ten pomysł skierowała, by za grzechy jego ukarać.
W końcu, będąc gotowi, spuściliżeśmy tratwę naszą na fale i pożeglowaliśmy w kierunku szlaków handlowych, uczęszczanych przez nasze okręty. Coby skarby nasze przed tymi, co nas z tratwy podejmą, ukryć, ułożyliżeśmy je w drewnianych, lianami powiązanych skrzyniach, każdziusieńkie jedne w trawę i liście żeśmy opatulili, coby się w transporcie nie poturbowały, liśćmi przykryliżeśmy, a na wierzch narzuciliśmy nad ogniskiem ususzone zielska, kwiaty i różnorakie liście. Niektóre cuchnęły przeokrutnie, ale było to nam barzo na rękę, gdyż maskowało słodką naszego skarbu woń. Mój to pomyślunek sprawił, że takową wyborną kryjówkę sporządziliśmy: żeglując w stronę szlaku handlowego, dobrzem wbił mojemu tępemu kompanowi, co ma zeznać, na spytki przez tych, co nas uratują brany: w skrzyniach jeno rośliny i nasiona leżą, na wyspie przez naszego towarzysza zebrane, który doktórem jakowymś był. Biedaczysko, od tropikalnej gorączki padł, a kiedy jeszcze dychał, towarzysze podli nas wraz z nim na wyspie ostawili, choroby się lękając. Konając, zaklął nas, cobyśmy zebranych przeze niego roślin tu nie ostawiali, i zabrali je ze sobą, bo to okazy rzadkie i nauce nie znane. Przysiągł, iż z zaświatów wróci, coby nas skarać, gdybyśmy ostatniej prośby konającego nie wypełnili, więc kiedyśmy go pogrzebali, suszone rośliny ze sobą w skrzyniach zabraliśmy, aby po powrocie mężom uczonym je przekazać. Wbijałżem tą historyjkę Raulowi do łba tępego, póki przez sen nawet jej poprawnie nie recytował. Gwarantem miała być nam ona, iż nikt w skrzyniach grzebać nie będzie i naszej zdobyczy prawdziwej nie odkryje. W czasie, gdy wiatry w stronę szlaku handlowego naszą tratwę gnały, zrobiłżem jeszcze jedną rzecz; ponieważ Raul, z natury podstępny i podejrzliwy, żądał oddania mu mapy, cobym po powrocie do domu sam po resztę skarbu nie wyruszył, podzieliłżem ją na sześć części i oddałżem mu cztery, sobie dwie ostawiając, coby go udobruchać. Ustaliłżem z nim, iż po przybiciu na ląd, sprzedamy nasze części skarbu i za pieniądze uzyskane dostatnie życie wieść będziemy, ale przede wszystkim - mały okręcik kupimy. Po roku, gdy się nam już fundusze skończą, spotkamy się, okręcikiem na wyspę pożeglujemy i tam, połączywszy kawałki mapy, skarb odnajdziemy i całą ładownię nim zapełnimy. Mapa pokawałkowana zagwarantuje, iż żaden z nas sam po bogactwo nie popłynie. Raul dwa dni myślał, nim uznał, że to dobry pomysł. Nie wiedział jeno, iż w tajemnicy przed nim jego części przerysowałżem dokładnie. Chciałem samopas po skarb popłynąć, co mi się prawnie należał.
Niepokój nas ogarniał, bowiem prowiantu zaczynało braknąć, a żaden okręt nie przepływał. Jednak ranka pewnego ujrzeliśmy na horyzoncie zgrabny szkuner, co kurs na nas wziął. Na pokład podjęci, opowiedzieliśmy naszą wymyśloną historię z przejęciem i trzęśliśmy się nad skrzyniami, jako nad największym skarbem - którym, zaiste były. Zgodnie z mym zamysłem, marynarze szerokim łukiem je omijali, bojąc się pomsty umarłego doktóra. Nikt w prawdziwość naszych słów nie wątpił i choć pracować na pokładzie nam kazali, całych i zdrowych na ziemię w najbliższym porcie, wraz z naszym bagażem ostawili.
Spieniężyliżeśmy tedy skarb nasz u kupców, kupiliżeśmy zgrabny stateczek i rozstaliżeśmy się z Raulem. Głupiec, hulać począł, rumu i dziwek używając, kiedym ja potajemnie sprzęt zgromadził, i następnego miesiąca wypłynąłżem, na wyspę skarbów kurs biorąc. Co on zabrał, to przebolałem, ale nie będzie, złodziej i nikczemnik, więcej bogactwa używać! Pewien jestem, że swą małą fortunkę w przeciągu miesiąca rozpuścił i w biedzie żył dalej w chacie swej w mieścinie Llanes, skąd pochodził i dokąd udać się zamierzał... Ale coś czuję, że okazji po temu, aby się przekonać, nie będzie.
Dopłynąłżem szczęśliwie, dni dokładnie wymierzyłem, coby znów na nieobecność tubylców w świątyni trafić. W wór, w który w drodze powrotnej skarbów pragnąłem nabrać, zapakowałżem butelki rumu i nieco prowiantu, a potem ruszyłem. Przebyłem dżunglę szczęśliwie, a w murach ciemnych, do skarbu drogi broniących, nikogo nie zoczyłem. Jednakowoż nie doceniłem przebiegłości mych przeciwników, mniemając, iż pozwolą, abym po raz wtóry bezcenności wielkie wyniósł. Pułapka ich perfidną i bolesną była: kiedym zoczył światło na końcu mrocznego korytarza, zwiastujące mi przepych cudownego ogrodu, kiedym rzucił się w tęże stronę co sił w nogach, gdy palce me naprzód wyciągnięte nieomal muskały blask słonecznych promieni, a słodka woń poczęła bić w me nozdrza, przepaść bezmierna, istna czeluść piekielna otwarła się pod mymi stopami, a ja spadłem w nią tak głęboko, iż blask dzienny zgasł w mych oczach i zdawało się, że nigdy nie istniało nic prócz tej wszechogarniającej, wilgotnej ciemności.
Nie zgadnę, ilem czasu w dziurze tej obmierzłej spędził, nim przyszli. W chwili pewnej dojrzałem wiele par złotych oczu, w ciemności niezmiernej się unoszących, nieruchomo, bez dźwięku we mnie wpatrzonych. Krzyk mój poniósł się przez ciężkie od wilgoci korytarze, echa odbite od ścian mego więzienia nieomal pozbawiły mię możności słyszenia, ale jeden z nieznajomych sfrunął lekko i bezgłośnie na sam dół, usta mi zamykając. Mimo, iż tuż obok mię stał, twarzy jego ni postaci dostrzec nie zdołałem, wiem jeno, że postury był potężnej. Potem oczy me chustą zawiązał, mimo mego oporu dłonie mi skrępował, i na plecy mię zarzuciwszy, z łatwością wraz ze mną z tej dziury, którejżem nawet brzegu nie widział, wyskoczył.
Dni ciemne i strachem przepełnione dla mnie nadeszły, i w tym miejscu siedząc, ów list piszę. W celi jakiejś dziwnej osadzon, z której wyjście kamiennymi odrzwiami jest zamknięte, w ciemnościach, pochodnią jeno rozświetlonych, wokół ścian krążę. Krzywdy mi nijakiej dotąd nie zrobili, żywią dobrze, ale z chwilą każdą coraz większy strach mię ogarnia. To uprzejme traktowanie nie zmienia faktu, żem tu więźniem, a przyszłość ma niewiadoma. Nie powiodło mi się nawet rozeznać, kimże są ci, którzy mię pojmali. Posiłek, niewidzialną ręką przeze uchylone drzwi wsuwany, pewne rozeznanie o upływie czasu mi daje: mniemam, iż jakieś dwa siedmiodnie tu przebywam. Groza mię ogarnia, gdyż w celi tej ślady bytności czyjejś odnalazłem: bransoleta miedziana pode siennikiem leżała, a parapet małego prześwitu, wysoko pod sufitem wykutego, ślady pazurów nosi. Przede mną przebywali tu jakowyś inni jeńcy, ale losu ich jestem nieświadom. Czuję ino, iż dola ich przerażającą była - i że mię takowa czeka. Wszelkich sposobów na ucieczkę żem spróbował, ale krzyki, groźby, prośby i me próby wydostania się na niczym spełzły. Okienko, do którego wspiąć się zdołałem, wybite jest w żywej skale, której to częścią jest owa świątynia. Widok z niego jest na wiele stóp w dół, a u podnóża owej skały szumi rzeczułka. Nawet, gdybym zdołał przezeń się przecisnąć, zginąłbym próbując ucieczki. Nie ma dla mnie szans na ocalenie.
Przyszedł czas na pokutę i bicie się w piersi z boleści, gdyż nie wątpię, iż położenie me obecne karą jest za niegodne postępki tudzież chciwość. Drżąc, że wszelaka pamięć po mnie zaginie, na papierze, który zawsze przy sobie noszę, ze źdźbłem słomy z siennika za pióro mi służącym i sokiem z owocu miast inkaustu, historię ową spisuję. Wiem, iż żywym stąd nie wyjdę, przeto fragmenty mapy, przeze mnie posiadane, razem z tekstem przez ciebie czytanym do pustych butelek po rumie włożę. Wszystkich do jednego szkła nie pomieszczę, tedy muszę na każdy kawałek posiadanej przeze mnie mapy osobną butelkę przeznaczyć. Włożę także do każdej jednej kopię listu, który czytasz. Po czym zamierzam flaszki owe przez okienko w dół zrzucić, aż do rzeki wpadną. Wiem, iże jest to strumień, z którego za pierwszą mą wyprawą pragnienie zaspokajałem. Tedy, jeśli taka będzie wola niebios, butelki z częściami mapy skarbów i spowiedzią mą, nieuszkodzone do zatoki trafią i popłyną na ocean, z którego to, za przyzwoleniem sił wyższych, które ręką twą kierowały, trafiły do ciebie... O ile ktokolwiek ów list czyta.
Poprzednią butelkę z jedną oryginalną cząstką mapy do rzeki jużem posłał. Fałszywe, skopiowane kawałki w ogniu pochodni żem spalił. To one przyczyną są mego nieszczęścia, być może zniszczenie ich i odesłanie prawdziwej mapy przebaczenie - i wolność - mi kupią. Ten oto list z ostatnią cząstką przy sobie zatrzymam, coby ostatnie słowa tuż przed tym, co mię czeka, wpisać..."
Jackie podniosła głowę znad listu i potoczyła poważnym wzrokiem po obecnych.
- Następne słowa są niewyraźnie i niestaranne, pisane w pośpiechu - powiedziała cicho tonem wyjaśnienia.
"Idą po mię. Przed chwilą do więzienia mego wrzucili dziwny, paciorkami ozdobiony strój, a gest potężnej, ciemnej łapy nakazał mi się w to odziać. Wiem, że to koniec. Cokolwiek mię teraz czeka, zakończy mój nędzny żywot. Nie chcę umierać, nie tutaj, nie teraz... Bogowie i demony, słyszę kroki, muszę wyrzucić butelkę! Ktokolwiek ją znajdzie, niechaj pamięta o mym losie i poświęci chwilę na rozmyślanie o
Christobalu Dionisio Ernesto de Marrano Ortega Quesada y Vega de Collmillo y Willa de Felicidad"
Niespodziewanie dla samej siebie obudziła się następnego dnia - cała, zdrowa i przeraźliwie głodna. Wbrew jej obawom, złowieszcze grzybki okazały się nieszkodliwe dla organizmu, chociaż, sądząc po bardzo wyraźnych i nieco psychodelicznych snach, jakie miała, działały halucynogennie. Wzdrygnęła się, starając zapomnieć o tym, co wytworzył jej otumaniony umysł. Ziewnęła, przeciągnęła się, otrząsnęła... I okazało się, że miała towarzystwo.






